Zmodernizuj myślenie

Historia i architektura, wbrew pozorom, mają wiele wspólnego – obu nich doświadczamy każdego dnia, a mimo tego łatwo o nich zapomnieć i je zlekceważyć. Budynki, o których tu mowa, spotkał podobny los. Z każdą dziesiątką na karku stawały się coraz mniej widoczne, aż stały się podobne do mrówki zadeptywanej przez wandali i zasłanianej przez wielkoformatowe reklamy. W rzeczywistości jednak są one trochę jak motyle. Powoli opuszczają potransformacyjny stan poczwarki i na powrót stają się widoczne i doceniane. A przede wszystkim piękne.

Portale i przewodniki turystyczne pozostają dość jednolite, jeśli chodzi o dobór słów mających przyciągnąć odwiedzających do konkretnego miasta. „Ciasne uliczki” to jedno z sztandarowych haseł, pojawiające się równolegle z różnymi „zamkami””, „kamienicami” i „katedrami”. Wniosek z tego jest jeden: w miastach interesuje nas najbardziej architektoniczne dziedzictwo sprzed wielu wieków, historia zamknięta w cegłach, kamieniach, szprosach i witrażach. Powoli jednak do ogólnej świadomości zaczyna docierać też ta inna historia, z jednej strony niewidoczna, bo zaniedbana lub przysłonięta w całości reklamami, z drugiej strony przytłaczająca swoją monumentalnością. Historia wylana betonem i odlana w szkle, wywołująca kontrowersje często już dzięki swej nazwie: architektura czasów PRL.

Piętro pierwsze
Większość z nas mija je codziennie kilkakrotnie. Wielopiętrowe bloki z odnowionymi elewacjami w pastelowych kolorach, straszące dziwnymi rzeźbami gmachy, stare domy towarowe – wszystkie one pochodzą właśnie z tamtej epoki. Nie zauważamy ich, bo przez lata nauczono nas traktować je jako pomyłki poprzedniego ustroju. Trudno się sprzeciwiać – rzeczywiście niełatwo jest mówić o pięknie zaklętym w typowych, wielkopłytowych blokach. Jednak z drugiej strony zaczną nam one jawić się nieco pozytywniej, gdy poznamy genezę ich powstania, choć może raczej wypadałoby rzec: ich rodowód. Zaczęło się między innymi od słynnego francuskiego architekta-wizjonera, Le Corbusiera, który już w dwudziestoleciu międzywojennym, zainspirowany szybkimi i ekskluzywnymi transatlantykami, tworzył wizje wielkich budynków mieszkalnych. Były to tak zwane superjednostki, które – podobnie jak wspomniane statki – miały w sobie zawierać wszystko: od kin, przedszkoli i supermarketów po, rzecz jasna, mieszkania.

To między innymi jego pomysły trafiły potem na polski grunt, tu jednak zaczęły kiełkować na wiele różnych (począwszy od typowo corbusierowskiego) sposobów. W latach 1949–1956 wzrastały pod jaśniejącym słońcem socrealizmu, czyli doktryny, która zakładała podporządkowanie sztuki komunistycznemu państwu. Los ten nie ominął także architektury, czego efekty w postaci wielkich gmachów i szerokich ulic widać dziś między innymi na warszawskim MDM i w krakowskiej Nowej Hucie. Później, w miarę jak do miast przybywało coraz więcej ludzi, a pieniędzy ubywało, budownictwo tanich, prostych bloków zdominowało krajobraz. Tak przynajmniej nam się wydaje. Jednak pośród „betonowych lasów” powstawały też wspaniałe budynki mieszkalne, domy towarowe, hale wystawiennicze, aule, hotele. Słynny pawilon meblowy „Emilia”, Dworzec Centralny w Warszawie, Hotel Forum w Krakowie, Spodek w Katowicach czy Powszechny Dom Towarowy „Okrąglak” w Poznaniu projektowali najlepsi architekci tamtych czasów. Zaklęte w tych budynkach duch i założenia modernizmu pozostają widoczne do dziś, przede wszystkim jeśli chodzi o ich funkcjonalność, prostotę i brak większych zdobień, ale jednocześnie intrygującą formę, która ujawnia się przy bliższym spojrzeniu. Ujawnia się i zdecydowanie urzeka.

O tym, kto „się burzy”, a kto burzy naprawdę
Niestety, historycznie są one nierozerwalnie związane z epoką, od której Polska po 1989 roku stara się odciąć. Dlatego też często nie traktuje się ich jak dziedzictwo narodowe, a wręcz odwrotnie, jak niepotrzebne nikomu relikty przeszłości. Niecały miesiąc temu w mediach znów pojawiła się wieść, powtarzana od dawien dawna, na temat planów wyburzenia Pałacu Kultury i Nauki. Zapały polityków ostudzali historycy sztuki i konserwatorzy, przypominając, że budynek widnieje na liście polskich zabytków, tak więc pozbycie się go nie jest takie łatwe. O ile więc, jak się zdaje, o ten (było nie było) symbol Warszawy nie musimy się martwić, o tyle problem pojawia się w przypadku mniej znaczących i znanych budowli. Czasami są one tak zaniedbane, że pozostaje tylko się ich pozbyć – jak w przypadku budynków Ośrodka Postępu Technicznego w Chorzowie, zrównanych z ziemią w połowie listopada tego roku. Kiedy indziej niechęć do nich wynika z woli właściciela działki, który wolałby mieć na swojej ziemi coś bardziej opłacalnego niż stary pokomunistyczny kolos – tu za przykład może posłużyć warszawska Rotunda. Na nic zdały się protesty entuzjastów i znawców modernistycznej architektury. Została rozebrana, ma być zastąpiona nową. Na szczęście bywa też, że się udaje. Znany z coctail baru Pawilon „Powiśle” w stolicy był o włos od likwidacji. Budynek wpisano na listę zabytków, a inwestor ostatecznie zmienił plany. Tym razem modernizm wygrał, lecz pytanie – ile jeszcze podobnych „perełek” zostanie zamienionych w gruzy?

Powrót do przeszłości
Jeśli wierzyć w to, co pisze Filip Springer, reporter ze sporym dorobkiem w zakresie architektury, w swojej Księdze zachwytów, mianowicie, że Powoli kończymy już rozmowę o tym, czy zachowywać tego typu obiekty i że tylko najwięksi ignoranci mogą sobie pozwolić na lekceważenie reliktów socmodernizmu, fani architektury powinni spać spokojnie. To zdanie eksperta. Czy jednak pierwszy spotkany na ulicy przechodzień powiedziałby to samo? Upraszczając nieco temat, można by rzec, że to zależy od jego wieku.

Jak przekonuje Springer w swoim projekcie Źle urodzone dotyczącym budynków wybudowanych w czasach PRL, ludzie starsi często wciąż kojarzą je przede wszystkim z komunistycznym reżimem. Zainteresowanie tymi obiektami rośnie więc głównie wśród ludzi młodszych, niepamiętających okresu sprzed transformacji. Ale nie tylko – architektura to ogólnie rzecz biorąc temat ostatnimi czasy modny, do czego przyczyniły się zarówno nowoczesne, nagradzane na światowych konkursach budynki, takie jak np. Centrum Dialogu „Przełomy” w Szczecinie, a także książki takich autorów jak Springer oraz architektoniczne klasyki po raz pierwszy tłumaczone na język polski ( na przykład W stronę architektury Le Corbusiera). Nic więc dziwnego, że dzięki temu także architektura PRL-u zyskuje swoją wierną publiczność i propagatorów. Ten rok był obfity choćby w takie wydarzenia, jak wystawa poświęcona działalności Oskara i Zofii Hansenów, premiera filmu Uzdrowisko. Architektura Zawodzia o ustrońskim kompleksie „piramid” zaprojektowanym przez słynny śląski duet Buszko–Franta czy otwarcie wystawy poświęconej dorobkowi Witolda Cęckiewicza w zaprojektowanym przez niego hotelu Cracovia. Możemy mieć nadzieję, że będzie ich tylko więcej.

Pozostaje więc zadać na koniec fundamentalne pytanie: po co promować wiedzę o tych budynkach, po co się nimi zachwycać i emocjonować, po co w ogóle o nich pamiętać? Odpowiedź, może niełatwa, zdaje się narzucać sama: ponieważ tworzą one nasz krajobraz i codzienną przestrzeń każdego z nas, oraz – powtarzając za Springerem: może z nich wypłynąć jakaś nauka (albo nauczka) – o przestrzeni, o Polsce i jej historii oraz o nas samych. Lub ujmując to inaczej: żebyśmy się nie obudzili za kilkadziesiąt lat, że mieliśmy taką wspaniałą architekturę. Tyle że tym razem nikt nam jej nie zburzył. Tym razem pozbyliśmy się jej sami.


Dodaj komentarz