Zmierzch mediów

Według twórców słownika oksfordzkiego, słowem roku 2016 była „postprawda”. Czy to oznacza, że stan współczesnych mediów jest faktycznie tak opłakany, że na pierwszy plan przebijają się tylko fake newsy? Jeśli tak, to czy można temu jakoś zaradzić?

Pierre Bourdieu, wybitny francuski socjolog, został kiedyś poproszony o występ w telewizji w roli eksperta. Zgodził się, jednak występ zakończył się dla niego gorzkim rozczarowaniem. Okazało się bowiem, że specjalista, który zajmował przeciwne mu stanowisko, był o wiele bardziej medialny, mimo że wykazywał się mniejszą wiedzą. Umiał na siebie zwrócić uwagę, a dodatkowo był wspierany przez prowadzącego program prezentera. W efekcie przekaz, jaki chciał wnieść Bourdieu, uległ rozmyciu.

Wydarzenie to skłoniło naukowca do rozważań nad tym, czego właściwie doświadczył. Ostatecznie poprosił tę samą stację telewizyjną o możliwość samodzielnego wygłoszenia wykładu, w którym zaprezentowałby swoje wnioski. Ta, o dziwo, zgodziła się. Bourdieu postanowił bez ogródek przedstawić zagrożenia, jakie niesie za sobą postępująca komercjalizacja mediów, bezpośrednio mająca także związek z ich rozwojem technologicznym. Co ciekawe, miało to miejsce w 1996 roku, w czasach przed popularnością Internetu.

Temat omnibus
Bourdieu szczególnie dużo czasu poświęcił problemowi rozmywania informacji tak, aby przyciągnęła jak najwięcej odbiorców. Przykładów takich sytuacji mamy na co dzień setki, jeśli nie tysiące. Weźmy na przykład nie tak dawny jeszcze temat rodzin osób niepełnosprawnych protestujących w Sejmie. Początkowo skupiano się na kłopotach, z którymi na co dzień borykają się niepełnosprawni. Tłumaczono też, dlaczego potrzebują dodatkowego wsparcia ze strony państwa. Temat dosyć ciekawy, może nawet i nośny, ale niewystarczająco zajmujący. Przeniesiono więc nacisk na sam protest. Dlaczego rodziny zdecydowały się na „okupację” Sejmu? Jakie świadectwo wystawia to obecnemu rządowi? Padają zatem pytania o ich opinie polityczne.

Następnie prosi się o komentarz samych polityków. Najlepiej będzie, jeżeli dodatkowo zaaranżowana zostanie debata na żywo w studiu. Zaprasza się oczywiście najbardziej wyróżniające się osoby, co do których mamy pewność, że będą zażarcie i efektownie broniły swojego stanowiska. Z ważnego społecznie tematu zrobiono więc walkę polityczną, a to już bezsprzecznie zapewnia oglądalność. Jak twierdzi Bourdieu, media tym samym niszczą konkretną informację, podejmując tematy omnibus, „które nie przedstawiają żadnych problemów”.

Liczby muszą się zgadzać
Bezpośrednią przyczyną tego zjawiska jest oczywiście komercjalizacja mediów. Żadna gazeta, telewizja czy radio nie będzie w stanie kiedykolwiek oderwać się od procesów rynkowych. Od tego w końcu zależy jej byt. Stąd też nieustanna walka o widza, czytelnika bądź słuchacza. Przeciętny odbiorca tego nie widzi, lecz codziennie trwa starcie o jego uwagę. Coraz częściej otrzymujemy przekaz maksymalnie uproszczony. Możemy się oburzać, ile chcemy, ale prawda jest taka, że faktycznie jest to komunikat, który trafia do większości. Nie klikamy, wchodząc na portale informacyjne, w te najlepiej sprecyzowane nagłówki, ale w te, które wręcz dosłownie krzyczą Sensacja!. Z tym wiąże się także upraszczanie innych dziedzin życia, a przynajmniej ich obrazu w mediach. Wpływ owej mediatyzacji szczególnie wyraźnie widać na polu naukowym i artystycznym.

Bourdieu wspomina o tworzeniu „dziennikarzy ekspertów”. Ich jedyną rolą jest dobrze wypaść w telewizji. To, co mówią, musi jedynie sprawiać wrażenie faktycznie eksperckiej opinii. Ważniejsza jest jednak ich medialność, czyli to jak wypadną przed publicznością. Czy są na tyle charyzmatyczni, by zapaść odbiorcom w pamięć? Czy umieją w krótki i zrozumiały sposób wyrazić to, co myślą? A przede wszystkim: czy są dyspozycyjni? Większość ekspertów tego typu ma z mediami niepisaną umowę, to znaczy, jeżeli jest zapotrzebowanie na wypowiedź w jakimś bieżącym temacie, zawsze są gotowi przyjąć zaproszenie. W ten sposób buduje się zamknięty krąg, który w imię odpowiednich cyferek w statystykach zamyka nas, odbiorców, w pułapce wykreowanego przez dziennikarzy przekazu.

Co z tym Internetem?
Internet to medium całkowicie wyjątkowe w swojej postaci. W przeciwieństwie do mediów tradycyjnych, takich jak prasa czy telewizja, daje odbiorcy możliwość nie tylko wybierać dowolny przekaz, jaki zechce, ale również samemu go tworzyć. Można więc wysnuć przypuszczenie, że Internet powinien być ucieleśnieniem ideału medium obywatelskiego. Niestety zagrożenia, jakie niesie on ze sobą, potrafią być na tyle niebezpieczne, że nieraz przysłaniają jego dobre strony. W końcu to Internet przyczynił się w największym stopniu do rozkwitu popularności fake newsów. Wcześniej pojęcie to, jeżeli w ogóle zostałoby użyte, to tylko w stosunku do najgorszego sortu tabloidów. W dodatku każde przytoczone przez nie rzekome źródło można by w przynajmniej podstawowym stopniu sprawdzić. Internet jest natomiast tak ogromnym organizmem, że o wiele łatwiej za jego pomocą manipulować informacją.

Dodatkowo w sieci istnieją setki sposobów, aby jak najbardziej uwiarygodnić daną wiadomość. W ten sposób powstaje informacyjny chaos, który bardzo szybko dezorientuje odbiorcę. Nie wiadomo komu zaufać, a komu nie. Ostatecznie wybieramy tylko takie informacje, które sprzyjają naszemu światopoglądowi, co prowadzi do zamknięcia się na wiele obiektywnych i sprawdzonych źródeł. W tym bałaganie łatwo zatem zdyskredytować media faktycznie rzetelne. Powszechnie wiadomo, że Donald Trump wygrał wybory prezydenckie między innymi dzięki pomocy fake newsów. Obecnie sam używa właśnie tego terminu w odniesieniu do wszelkich krytykujących go stacji, stron czy prasy. Okazuje się więc, że narzędzie, które ma ułatwiać nam dostęp do informacji, jednocześnie mocno go utrudnia.

Strategia obrony
Bourdieu w swoim wywodzie przedstawił dwie koncepcje na to, jak należy bronić się przed zagrożeniami, które niesie za sobą dewaluacja informacji. Pierwsza wydaje się dosyć oczywista: wycofać się poza strefę zasięgu mediów. To jednak jest praktycznie niemożliwe, biorąc pod uwagę ich wszechobecność we współczesnym świecie. Oznaczałoby to całkowite zerwanie z jakimkolwiek dostępem do informacji. Nawet jeśliby założyć, że ktoś, kto zdecydował się na ten krok, będzie czytał tylko najobiektywniejszą prasę, oglądał najbardziej rzetelną telewizję i odwiedzał równie sprawdzone portale, nie dostaje on gwarancji, że w którymś momencie nie trafi się w nich błąd. Takie rozwiązanie należałoby więc odrzucić jako nieskuteczne.

Drugim wyjściem jest zdobycie się na autonomię. Bourdieu nazywa to zakwestionowaniem monopolu na instrumenty rozpowszechniania informacji. Oznacza to, że należy kwestionować każdą uzyskaną informację, sprawdzać jej źródła i dopatrywać się wszelkich nadużyć w środkach stosowanych przez media. Zadanie trudne, zwłaszcza że człowiek jest z natury po prostu leniwy. Nie jest to jednak niewykonalne, zwłaszcza przy narzędziach, jakimi obecnie dysponuje praktycznie każdy z nas. Nie powinno się zatem stawiać pytań o przyszłość mediów, lecz o kondycję społeczeństwa i czy faktycznie ma ono zapewnione środki do weryfikowania otrzymywanego przekazu.


Dodaj komentarz