Kiedy Ziemia powie sobie dość

Powszechnie wiadomo, że Ziemia nie jest studnią bez dna, z której można czerpać w nieskończoność. Wielu ludzi jednak nie potrafi sobie uświadomić, że może nadejść dzień, w którym zabraknie podstawowych zasobów wykorzystywanych przez nich na co dzień.
Już od 1987 roku na całym świecie szumnie ogłaszany jest Dzień Długu Ekologicznego, w którym ludzkość wykorzystała zasoby środowiska naturalnego, jakie natura jest w stanie odnowić w przeciągu jednego roku. Po raz pierwszy tę barierę przekroczyliśmy w 1986, natomiast w tym roku jest ona datowana już na 2 sierpnia – oznacza to, że przez kolejne pięć miesięcy prowadzić będziemy gospodarkę rabunkową ze świadomością, że surowce, które przetwarzamy na potrzebne dobra konsumpcyjne, przepadają bezpowrotnie.
Przecież to nie jest moja wina
Takie tłumaczenie można usłyszeć od wielu ludzi stających w konfrontacji z oskarżeniami o postępującą dewastację naszej planety spowodowaną nadmiernym rozwojem przemysłu. „Przecież powietrze zanieczyszczają wyziewy z kominów fabrycznych”, „Wody są brudne, ponieważ są do nich wylewane nieoczyszczone ścieki”, „Lasy są wycinane, bo nieuczciwi przedsiębiorcy chcą się wzbogacić kosztem biednej przyrody”. A może czas zmienić punkt widzenia? Dla kogo produkują potężne, nieekologiczne zakłady? Skąd biorą się ścieki, które potem powodują, że rzeki są zielone lub brunatne, a nie błękitne? Czy nie dla spełniania naszych potrzeb – potrzeb ludzi?
Nie jest wygodne ani przyjemne wypowiedzenie problemu wprost – to my jesteśmy głównymi winowajcami plądrowania Ziemi z jej naturalnych bogactw bez żadnej litości. Jesteśmy potężną grupą konsumentów, nabywających różnorodne towary nieustannie na całym świecie. Nie powstają one z powietrza ani za przyczyną magicznego zaklęcia – każdy produkt, który bierzemy do rąk, powstał z jakiegoś surowca, który został wyprodukowany w mniej lub bardziej przyjazny środowisku sposób. Nie można też powiedzieć, że nie korzystamy z różnorodnych usług. W najwyżej rozwiniętych gospodarkach świata, jak np. USA, udział zatrudnienia w tym sektorze gospodarki sięgnął w 2015 r. 76,3% ogółu pracujących (Bank Światowy). W świadczeniu tego typu działalności zazwyczaj również nie da się obyć bez wykorzystywania różnych materialnych zasobów, wytwarzanych z naturalnych surowców.
Elektrociepłownie nas trują!
Minionej zimy przez polskie media przetoczyła się burza poświęcona smogowi zalegającemu nad polskimi miastami niczym szczelna zasłona. W Krakowie w styczniu tego roku normy stężenia pyłów PM 10 przekroczyły 1200% normy bezpieczeństwa, określonej według wytycznych WHO. W podkrakowskiej Skale w noc sylwestrową stężenie szkodliwych pyłów i związków chemicznych w powietrzu było wyższe niż w Pekinie – miasteczko stało się potem słynne ze względu na wymienienie jego nazwy na łamach „Financial Times” na liście najbardziej zanieczyszczonych miejsc na świecie.
Fakty te są niezaprzeczalne i przy tym zatrważające, jednak winowajców takiego stanu rzeczy zaczęto szukać, wydaje się w zupełnie niewłaściwym miejscu. Ministerstwo Środowiska w oficjalnym oświadczeniu uznało, że największy problem stanowią zagraniczni inwestorzy, którzy przejęli polską sieć ciepłowniczą i teraz starają się osiągnąć maksimum zysków przy minimum wydatków. Ograniczają więc rozbudowę sieci oraz przeciążają stare, będące w kiepskim stanie technicznym urządzenia, generujące wielkie ilości zanieczyszczeń. Do tego wszystkiego właściciele ciepłowni nie chcą się jednak przyznawać. W tym momencie warto sięgnąć po głos rozsądku.
W kominku huczy ogień
Największym problemem, z jakim borykaliśmy się przez prawie całą zimę, było niezwykle wysokie stężenie pyłów stałych PM 10, czyli o średnicy drobin dochodzącej do dziesięciu mikrometrów. Nie jest tajemnicą, że tego typu zanieczyszczenia pochodzą przede wszystkim ze źródeł tzw. niskiej emisji, czyli wszelkich domowych pieców i piecyków, służących często za jedyne źródło ciepła w wielu domach. Często spala się w nich co popadnie – stare meble, chrust, śmieci z gospodarstwa domowego, wysuszony kompost czy runo leśne. Nie da się ukryć, że dla wielu ubogich ludzi jest to jedyny możliwy wybór, pozwalający nie zamarznąć zimą we własnym mieszkaniu. Problem ten należałoby rozwiązać z udziałem władz samorządowych lub państwowych – przeznaczenie środków na renowację istniejących systemów grzewczych, a następnie udzielanie pomocy na zakup odpowiedniego opału lub też podłączenie do sieci centralnego ogrzewania nie stanowi tak szalenie wielkiego obciążenia, aby miało ono zrujnować budżet miasta i państwa. Wygodniejsze jest jednak wydanie przepisów zabraniających korzystania z nieekologicznych źródeł ciepła i egzekwowanie ich za pomocą horrendalnych mandatów.
Są też tacy, którzy bez najmniejszego problemu mogliby zamontować bardziej przyjazne środowisku instalacje na własny koszt i przestać zatruwać powietrze. Na ten krok się jednak nie decydują, ponieważ pieniądze wolą przeznaczyć na inne cele – droższe ubrania, lepsze kosmetyki, nowocześniejsze smartfony. Tym samym swój własny komfort przedkładają nad dobro planety i wszystkich zamieszkujących ją ludzi. Świetnym przykładem jest sprawa sądowa, wytoczona mieszkańcowi krakowskich Bronowic w 2016 roku. Dla oszczędności spalał on w piecu centralnego ogrzewania zużyty olej silnikowy, zawierający do 40% zanieczyszczeń chemicznych, niebezpiecznych dla ludzkiego zdrowia. Nie robił tego bynajmniej z biedy – posiadał dwupiętrowy, odnowiony i zadbany dom jednorodzinny. Prokuratura w procesie śledztwa potwierdziła, że na brak odpowiednich dochodów nie mógł narzekać. Mimo to nie zdecydował się na zainwestowanie we właściwej jakości opał.
Trudno się takim zjawiskom dziwić – pojęcie ludzkości jest na tyle szerokie, że dla większości abstrakcyjne, natomiast groźba zniszczenia dostępnych zasobów środowiska wydaje się na tyle odległa, że aż nierealna. W końcu gdy zima mija, znowu widać błękitne niebo, zielone liście na drzewach i kwitnące kwiaty. Co jednak, gdy któregoś roku miesiące będą mijać, a mimo to słońce pozostanie za pyłowymi chmurami, drzewa nie zawiążą pąków, a rośliny zielone nie wzejdą?
Do pracy czterema kółkami
Znam wielu ludzi, dla których podróżowanie komunikacją miejską stanowi dyshonor, urąga ich godności. „Przecież nie będę jeździł z tymi wszystkimi pijakami, bezdomnymi, dresami i babami z siatkami” – słyszę. Jest to wizja przekoloryzowana, ponieważ wielu ludzi podróżuje na co dzień autobusami, tramwajami czy trolejbusami i nie muszą za każdym razem toczyć walki o przetrwanie.
Za korzystaniem z publicznych środków transportu przemawiają też względy finansowe. Samochody w warunkach miejskich spalają nawet 10-12 litrów benzyny na każde przejechane 100 km (testy.mojeauto.pl), co w połączeniu z wysokimi cenami paliw powoduje, że rachunki płacone na stacjach benzynowych są dla portfela każdego kierowcy niemałym obciążeniem. Podróżowanie po mieście wiąże się też z wszechobecnymi korkami – coraz częściej nie tylko w godzinach szczytu, ale praktycznie przez cały dzień.
Szybciej, taniej
Komunikacja miejska wydaje się dobrą alternatywą. W większości miast taryfy biletowe uwzględniają zakup karnetów okresowych – na miesiąc, a nawet kwartał czy pół roku. Możemy sami łatwo wykonać kalkulację, czy cena tzw. sieciówki byłaby niższa niż wydatki, jakie ponosimy na paliwo każdego miesiąca. Coraz częściej autobusy i tramwaje nie stoją w zatorach drogowych – te pierwsze w newralgicznych punktach mogą omijać samochody osobowe buspasami, a te drugie poruszają się głównie po wydzielonych torowiskach.
Oczywiście utopijną wizją jest miasto, w którym wszyscy ludzie podróżują komunikacją miejską. Gdyby jednak choć trochę więcej zrezygnowało z własnego środka transportu, efekty w formie krótszych kolejek przed skrzyżowaniami byłyby widoczne. Potwierdza to eksperyment przeprowadzony w 2013 roku w Krakowie. Kierowcy, którzy brali udział w symulacji, pozostawili swoje pojazdy na wyznaczonej wcześniej ulicy, a następnie przesiedli się do podstawionego obok przegubowego autobusu. Gdy ten ostatni się zapełnił, na jezdni obok stały aż 153 samochody, które stworzyły na pięciopasmowej trasie korek długości 150 metrów! Autobus zajął tylko 18 metrów jednego pasa ruchu.
Z czego więc wynika niechęć wielu Polaków do publicznego transportu? Czynników jest na pewno sporo, jednak jednym z najistotniejszych są mylne wyobrażenia na ten temat. Jedni mają przed oczami obrazki wiecznie przepełnionych, jeżdżących z potężnymi opóźnieniami, przestarzałych autobusów, w których każdy pasażer modli się, żeby do końca trasy nie poodpadały koła albo nie zarwała się podłoga, inni z kolei obawiają się tych wszystkich straszliwości, o których już wcześniej pisałem. Nie brakuje też osób, dla których posiadanie samochodu jest wyznacznikiem statusu społecznego – renomowana marka, młody rocznik, pełne wyposażenie… Cztery kółka są dla nich powodem do dumy, którym mogą chwalić się przed znajomymi i współpracownikami.
Alternatywa dla czarnego złota
Zarówno w kwestii transportu, jak i ogrzewania naszych domostw trzeba też dostrzec pozytywne zmiany. Coraz więcej ludzi decyduje się na montowania na dachach swoich domów paneli słonecznych, które w sprzyjających warunkach mogą całkowicie pokryć zapotrzebowanie na energię elektryczną – nie tylko latem, ale też zimą, dzięki możliwości akumulowania energii i przechowywania jej przez dłuższy czas. Według danych z raportu Polskich Sieci Elektroenergetycznych już w 2016 roku ponad 11 200 gospodarstw domowych w Polsce posiadało panele fotowoltaiczne, a w bieżącym roku eksperci z firmy PGE zapowiadali rekordowy przyrost tej liczby – na konkretne dane przyjdzie nam poczekać jeszcze kilka miesięcy.
Tradycyjne paliwa kopalne, wlewane przez nas codziennie do baków, wkrótce mogą odejść w zapomnienie – samochody hybrydowe to już dla większości z nas żadna nowinka. Ekspansję na rynki europejskie rozpoczynają także samochody elektryczne, określane jako najbardziej ekonomiczne pojazdy do jazdy w mieście. Co ważne, niegenerujące żadnych zanieczyszczeń. Projektanci starają się także, aby nie zajmowały zbyt wiele miejsca i były możliwie ergonomiczne. Jak wynika z badań KPMG oraz Polskiego Związku Motorowego w 2016 roku po Polsce jeździło już blisko 160 000 pojazdów z napędami alternatywnymi, a pośród nich przeważały auta hybrydowe. Tym samym wizja przyszłości bez ropy naftowej nie wydaje się już tak straszna jak jeszcze kilkanaście lat temu.
Idziemy na zakupy
Czego żądamy od produktów, które nabywamy w sklepach? Najlepiej, żeby były jak najtańsze i miały jak najwyższą jakość. Chociaż te dwie właściwości są ze sobą w jawnej sprzeczności, jednak producenci dwoją się i troją, aby sprostać naszym wymaganiom. Ochrona środowiska ma dla nich znaczenie drugorzędne – jeśli chociaż takie. Znacznie istotniejsza jest wydajność i skuteczność stosowanych metod, nawet jeżeli powodują one powstawanie toksycznych odpadków czy niebezpiecznych ścieków. Jeszcze stosunkowo niedawno woda zanieczyszczona w procesach przemysłowych zwyczajowo trafiała do najbliższej rzeki nawet bez oczyszczania mechanicznego. Współcześnie wysokość kar grożących za takie „oszczędności” dość skutecznie odstrasza, jednak wiadomo, że dla chcącego nic trudnego – w końcu służby państwowe nie są w stanie cały czas nadzorować, czy w każdej oczyszczalni przestrzegane są chociażby podstawowe normy.
Dokonując nieprzemyślanych wyborów, narażamy środowisko naturalne na nieodwracalne straty. Można odpowiedzieć, że nawet jeśli mała grupa ludzi zmieni nawyki, to w skali globalnej nie zmieni się nic. Owszem, jednak od czegoś trzeba zacząć – mechanizm efektu domina z czasem doprowadziłby do upowszechnienia się pozytywnych praktyk, a to zmusiłoby producentów do zmiany priorytetów. Jeżeli staniemy się bardziej świadomymi konsumentami, nieupatrującymi sukcesu wyłącznie w jak najniższej wartości rachunku, jaki otrzymujemy w kasie, a w zamian zaczniemy wybierać z zastanowieniem, a przez to z korzyścią dla siebie i dla środowiska, to najtańsze, ale szkodliwe dla zdrowia naszego i otaczającej nas natury produkty, utracą rację bytu. Czy jednak będziemy w stanie poświęcić więcej uwagi temu, w jaki sposób został wyprodukowany produkt, który właśnie wrzucamy do koszyka? Wybory tylko ze względu na cenę czy ładne opakowanie są wygodniejsze. Ostateczna decyzja należy do ciebie.


Dodaj komentarz