Z ziemi włoskiej (i nie tylko) do Polski

Różne, często wyjątkowo kręte, były drogi zachodnich nowinek do Polski. Zdarzało się, że pojawiały się u nas błyskawicznie po światowej premierze – ale równie często potrzeba było na to długich wieków. Niekiedy sprowadzali je do nas polscy władcy, a kiedy indziej to właśnie politycy blokowali pojawienie się w Polsce zachodnich produktów.

Położenie Polski na obrzeżach świata zachodniego od zawsze w sposób nieomal jednoznaczny determinowało naszą rolę kulturową. Byliśmy przede wszystkim odbiorcami wszelkich wynalazków oraz towarów produkowanych w innych obszarach naszej cywilizacji. Docierały one do nas z krajów o przodującym znaczeniu kulturowym, m.in. z Włoch, Francji czy Wielkiej Brytanii.

Włoskie przysmaki
Klasycznym przykładem zachodniego produktu, który dotarł do Polski, jest włoszczyzna. Pod tą nazwą kryje się zestaw kilku warzyw, bez których nie wyobrażamy sobie dziś polskiej kuchni. Pojawiły się one nad Wisłą dopiero w XVI w., a odpowiadała za to królowa Bona – żona ówczesnego władcy, Zygmunta Starego. Pochodząca z włoskiej arystokracji władczyni jako pierwsza sprowadziła do Krakowa m.in. kapustę, brokuły, kalafiora czy sałatę. Również dzięki niej zasmakowaliśmy w pomidorach. To właśnie od nazwy rodzinnego kraju królowej pochodzi termin „włoszczyzna”.

Ten przykład dobrze obrazuje jeden z rodzajów przepływu dóbr wewnątrz cywilizacji – można go określić mianem: wpływowa osoba. Jak widać, nie trzeba nic więcej aby wprowadzić do rodzimej kultury nowy element. Choć, Bogiem a prawdą, wspomniane warzywa nie od razu przyjęły się w naszej kuchni i potrzeba było sporo czasu, zanim przyswoiliśmy podarunek królowej Bony.

Papieska rachuba czasu
Były też w historii takie wynalazki, które wprowadzano w naszym kraju błyskawicznie po światowej premierze. Tak było chociażby ze słynną reformą czasu ogłoszoną w 1582 roku. Kalendarz juliański zastąpiono wówczas gregoriańskim. Inicjatorem zmian był papież Grzegorz XIII (stąd nazwa), a w pierwszym rzędzie do jego zarządzenia zastosowały się najwierniejsze państwa katolickie – w tym Polska.

Co ciekawe, wprowadzenie nowego kalendarza nie było bynajmniej widzimisię ówczesnego biskupa Rzymu – chodziło o wyeliminowanie niezgodności i opóźnienia pomiędzy obowiązującym sposobem liczenia czasu (wprowadzonym jeszcze przez Juliusza Cezara) a naturalnym kalendarzem słonecznym. Zmiana okazała się skuteczna; gregoriański system obowiązuje po dziś dzień, a Polska może szczycić się tym, że była jednym z prekursorów jego wprowadzenia.

Wyczekana chłopska wolność
Przykładem wyjątkowo długo i opornie wprowadzanej zmiany jest uwłaszczenie chłopów. Na Zachodzie już w późnym średniowieczu stopniowo odchodzono od gospodarki feudalnej na rzecz kolejnych przejawów kapitalizmu. W Polsce proces ten dokonywał się z gigantycznym opóźnieniem. W efekcie stosunki feudalne – w tym zjawiska takie jak pańszczyzna – utrzymały się na ziemiach polskich aż do… XIX wieku.

Jako pierwszy z duchem postępu poszedł zabór pruski i począł dokonywać przekształceń uwłaszczeniowych w 1808 roku (choć trwały one aż do… 1872); w zaborze austriackim zmiana stała się faktem w 1848, zaś w rosyjskim – w 1864. W dwóch ostatnich przypadkach łatwo zauważyć, że zmianę wywołał bieżący interes polityczny. Było tuż po stłumionych siłą powstaniach ludności polskiej i zaborcy chcieli w ten sposób osłabi zapędy rewolucyjne wśród ludności wiejskiej.

Gazowana wolność w płynie
Jednym z symboli współczesnej amerykańskiej popkultury jest napój gazowany marki Coca-Cola. Przez lata w licznych zniewolonych krajach, gdzie napój ten nie był dostępny, charakterystyczna czerwona butelka stanowiła symbol zachodniego sposobu na życie, będąc swego rodzaju ikoniczną namiastką wolności. Nie inaczej było w powojennej Polsce.

Pierwszy przełom nastąpił w 1957 roku. Ówczesna odwilż polityczna pozwoliła na snucie poważnych planów i rozmów o sprowadzeniu napoju do kraju. Ostatecznie jednak władze nie zdecydowały się na ten odważny ruch i przez kolejnych kilkanaście lat coca-colę mogli popijać jedynie klienci sklepów walutowych.

Wraz z początkiem lat 70. do władzy w PRL doszedł jednak Edward Gierek i to właśnie jemu zawdzięczamy pojawienie się coca-coli na ogólnodostępnym polskim rynku. W 1972 ruszyła pierwsza polska linia produkcyjna, z której cola niemal dosłownie rozlała się w polskich domach. Polacy zachłysnęli się „napojem wolności”, a poetka Agnieszka Osiecka skwitowała tamte wydarzenia popularnym sloganem reklamowym marki: „Coca-Cola – to jest to!”.

Opóźnione metro
O ile inne pojazdy szynowe (takie jak pociąg czy tramwaj) pojawiły się na ziemiach polskich stosunkowo niedługo po premierze światowej, o tyle droga metra do polskich podziemi była wyjątkowo długa.

Dobrze obrazuje to pewne proste historyczne porównanie: gdy w Londynie oddawano właśnie do użytku pierwszą trasę podziemnej kolejki na świecie, na ziemiach polskich trwały ostatnie przygotowania do… wybuchu powstania styczniowego. Był styczeń 1863 roku.

Na swoje metro Polacy (a w zasadzie mieszkańcy Warszawy) musieli poczekać jeszcze ponad 130 lat. W międzyczasie podejmowano różne plany i przygotowania, ale ostatecznie nic z nich nie wychodziło. Według popularnej legendy po wojnie propozycję wybudowania metra w Warszawie miał złożyć stronie polskiej… Józef Stalin. Rodzimi komuniści woleli jednak Pałac Kultury i Nauki i to on stanął w centrum stolicy.

Ostatecznie premierowy odcinek I linii metra warszawskiego otwarto w kwietniu 1995 roku. Mozolna budowa całej trasy zajęła aż 25 lat. Obecnie w stolicy trwają prace nad drugą linią (wschód-zachód). Z jednej strony w końcu doczekaliśmy się własnej podziemnej kolejki i wypada się cieszyć, z drugiej jednak strach pomyśleć, kiedy Warszawa (gdyby rzecz jasna posiadała takie aspiracje) może dogonić Nowy Jork, gdzie obecnie funkcjonuje… 27 linii metra.


Dodaj komentarz