Zawód wysokiego ryzyka

Wojna to ciągle trudny temat, o którym coraz rzadziej się mówi, szczególnie w kręgach dziennikarskich. Dawniej korespondenci wojenni, szczególnie polscy, często znajdowali się w centrum uwagi. W końcu kto nie słyszał o Ryszardzie Kapuścińskim czy Wojciechu Jagielskim? Dziś już nikt nie opłaca wyjazdów dziennikarzy w rejony ogarnięte wojną – rynek ten opanowali odważni freelancerzy.

Kiedy dowiedziałam się, że w lipcu nasza redakcja zajmie się tematem mediów, od razu pomyślałam o książce Grażyny Jagielskiej Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym. Jest to opowieść o życiu w ciągłym stresie i strachu o osobę, która ponad wszystko kochała dziennikarstwo i to, co ten zawód za sobą niósł – adrenalinę. „Pięćdziesiąt trzy wojny. Dla niego pełnia życia, przygoda, adrenalina, nagradzane na całym świecie reportaże. Dla niej samotność, niewyobrażalna tęsknota, paniczny strach. I kilkumiesięczny pobyt w klinice stresu bojowego, chociaż nigdy nie była na wojnie”.

Niebezpieczny zawód
Książka Grażyny Jagielskiej w doskonały sposób opisuje życie z człowiekiem, który swoją pracę może przypłacić życiem. Choć przeczytałam ją już parę lat temu, doskonale pamiętam opis znalezionego przez nią mężowskiego plecaka z dziurami po kulach. W takich momentach jeszcze bardziej uświadamiała sobie, jak blisko niego była śmierć. Czy osoby, które wtedy wyjeżdżały w tereny ogarnięte wojną – do Afganistanu, Syrii, Iraku – też zdawały sobie z tego sprawę? Myślę, że nie mógł tam jechać przypadkowy człowiek pozbawiony silnego charakteru. Niewątpliwie musiał to być ktoś, kto tak jak Wojciech Jagielski kochał silne emocje: połączenie przerażenia, szczęścia i ulgi.

Wojna przyśpiesza karierę
Myślę, że każdy, kto wybiera zawód dziennikarza, powinien mieć poczucie misji, wiedzieć, że robi coś ważnego, coś, co jest wartościowe nie tylko dla niego samego, ale i dla innych ludzi. Szczególnie korespondenci wojenni powinni wiedzieć, że na wojnę nie mogą jechać bezkarnie – muszą zdawać sobie sprawę z tego, że za swoją ciekawość mogą zapłacić życiem, tak jak wciąż żywy we wspomnieniach Waldemar Milewicz, reporter Telewizji Polskiej, który zginął w Iraku w 2004 roku. Problemem jest to, że wielu młodych ludzi, dopiero zaczynających swoją karierę myśli, że może wszystko. Skoro łatwo jest się dostać na wojnę, to dlaczego by nie skorzystać?

Drugie oblicze wojny
Zagraniczne wyjazdy wymagają na pewno większej świadomości swoich emocji i umiejętności powstrzymywania ich. Trzeba zachować zimną krew, mimo że obok zabijani są koledzy z tej samej branży. Śmierć ciągle zagląda korespondentowi w oczy – nawet kiedy tylko rozmawia z lokalną ludnością. Większość z nich to ofiary, ale jest też ta druga, gorsza część – oprawcy, którzy robili krzywdę, aby przeżyć. Dziennikarz przedstawia materiał i widz o nim zapomina, jednak w korespondencie może to tkwić przez całe życie. Wspomniany wcześniej Kapuściński stwierdził kiedyś, że zawód korespondenta jest tylko na pewien czas, bo na dłuższą metę niezwykle wyniszcza w każdy możliwy sposób.

Wojenny ćpun
Jak podaje serwis internetowy wiadomości.wp.pl w artykule Jak praca korespondenta wojennego zmienia dziennikarzy i ich rodziny, Polskie Towarzystwo Badań Krytycznych nad Stresem Traumatycznym przeanalizowało skutki pracy korespondentów wojennych, których wynikiem jest PTSD (posttraumatic stress disorder, czyli zespół stresu pourazowego) u 4-28% badanych, depresja u nawet co piątego dziennikarza uczestniczącego w misji i uzależnienie od narkotyków u co siódmego dziennikarza żądnego krwawych wrażeń. Eksperymentowanie z różnego rodzaju używkami to na pewno ucieczka, próba zapomnienia choć na chwilę o tym, co zobaczyli na wojnie.

Dlaczego decydujesz się na ryzyko?
Pęd za wydarzeniami daje dziennikarzowi na misji poczucie wyjątkowości i pełnej obecności. Bohater książki Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym, Jagielski, dążył do tego, by „być zawsze we właściwym miejscu i o właściwej porze”. Dawało mu to kontrolę nad wszystkim i może pozorne poczucie bezpieczeństwa. Nagradzane reportaże jego autorstwa też dawały mu spełnienie, ale co było tak naprawdę ważne? Kolejny laur czy silne emocje towarzyszące każdemu wyjazdowi?

Dzisiaj media już nie mają pieniędzy, które można by przeznaczyć na wysyłanie polskich dziennikarzy na wojny. Relacje konfliktów zbrojnych, zamieszek są zazwyczaj kopiowane z zagranicznych serwisów informacyjnych. Obecnie na rynku wojennym obecni są ci, którzy wyjazdy są w stanie opłacić z własnych pieniędzy, a zdobyte na miejscu materiały próbują sprzedawać za marne grosze do gazet, radia i telewizji, zyskując przy tym upragnione wrażenia.


Dodaj komentarz