Zabawa historią, czyli naziści na Księżycu

Wiedzieliście, że naziści zbudowali bazę na Księżycu? Albo że Hitler potajemnie próbował zgłębić tajemną sztukę kung-fu? Nie? No to wszystko przed wami.

Podobno kolejne pokolenia młodych ludzi mają coraz większy problem z nauką historii i przykładaniem większej wagi do tego przedmiotu. Nie skupiamy się na tym, co było, żyjąc już nawet nie teraźniejszością, a właściwie przyszłością. Nieustannie biegniemy do przodu i oczekujemy na to, co przyniesie jutro. Zapominanie o przeszłości nie jest oczywiście dobrą tendencją, gdyż historia wciąż może nas wiele nauczyć, niewątpliwie jednak staje się to znakiem czasu. Szkoda, gdyż nie tylko przypomina nam o naszych największych porażkach i sukcesach, ale może również stać się znakomitą pożywką do tworzenia niesamowitych, nierzadko skrajnie absurdalnych opowieści, działających głównie na zasadzie „co by było gdyby”. Dzięki takiemu jej wykorzystaniu powstało wiele niezwykle interesujących dzieł, z którymi bez wątpienia warto się zapoznać.

Historia alternatywna jest gatunkiem zaliczanym do nurtu science fiction. Akcja utworów zaliczanych do tego gatunku dzieje się w świecie, w którym dzieje potoczyły się innym torem, niż znamy to z podręczników. Daje to ogromne pole do popisu twórcom zarówno powieści, jak i filmów i gier. Gatunek ten jest szalenie różnorodny i pozwala na sporą swobodę w kreowaniu opowieści. Ze względu na fakt, że tego typu tytułów powstało całkiem sporo, postanowiłam napisać o trzech filmach, które w specyficzny i niestandardowy sposób bawią się gatunkiem, przedstawiając dość zaskakujące historie związane z drugą wojną światową.

Zombie SS
Opowiem wam historię. Otóż w czasie drugiej wojny światowej norweskie miasteczko Øksfjord było ważnym strategicznie miejscem dla Niemców. Miejscowi nie chcieli pogodzić się z obecnością nazistów, szczególnie że dowódca oddziałów, pułkownik Herzog, zgotował mieszkańcom prawdziwe piekło na Ziemi. Prześladowano ich i torturowano niemalże każdego dnia. Pod koniec wojny, gdy wiadomo już było, że jest ona dla Niemców przegrana i nadchodzą wojska Armii Czerwonej, niemający już nic do stracenia żołnierze zaczęli rabować i mordować okoliczną ludność. Prześladowani i przyparci do muru postanowili się zbuntować i zemścić. Zgromadzili broń – wszystko, co tylko udało im się znaleźć i nadawało się do rozłupania czaszki – i zaskoczyli Niemców w środku nocy. Żołnierze nie mieli szans, jednak części z nich, w tym okrutnemu pułkownikowi Herzogowi, udało się uciec w góry wraz ze skradzionymi kosztownościami. Co było dalej? Tu mała zagadka dla ciebie, drogi czytelniku. Jak myślisz – co stało się z zaginionymi niemieckimi oddziałami?
A. dzięki determinacji i przy wykorzystaniu skradzionych dóbr przedostali się do Niemiec
B. umarli z głodu
C. zamarzli na śmierć
D. zamienili się w zombie i czekają na bogu ducha winnych turystów, których mogliby pożreć.
Tak, tak, oczywiście poprawną odpowiedzią jest odpowiedź D. Taką właśnie historię opowiada nam film Zombie SS. Dzieło to może niezbyt lotne i odkrywcze, ale na swój sposób zabawne. Szczególnie powinno spodobać się fanom żywych trupów, którzy dość mają już tytułów pokroju The Walking Dead czy Nocy żywych trupów. Nie odnajdziemy tu zbyt wielu nawiązań do autentycznych wydarzeń. Streszczona przeze mnie opowieść jednego z bohaterów jest w większości fikcją i trudno znaleźć informacje o tym, jakoby niemieckie oddziały zwane Einsatzgruppen kiedykolwiek dotarły do Øksfjord. Bez wątpienia jednak nie zabraknie czarnego humoru, absurdu i dużych ilości krwi i flaków. Zombie naziści nie różnią się szczególnie od swoich kolegów z innych produkcji, jednakże z pewnością dodają filmowi smaczku, który oczywiście nie każdemu przypadnie do gustu. Banda żywych trupów w charakterystycznych strojach nie tylko robi wrażenie i niewątpliwie przeraża (w końcu nie dość, że zombie, to jeszcze naziści), ale też mogłaby być interpretowana na poziomie metaforycznym. Wymagałoby to jednak sporo dobrej woli i możliwe, że również pewnej nadinterpretacji, gdyż twórcy nie silą się tu raczej na tworzenie dodatkowych, głębszych sensów. Ma być krwawo, głupawo i strasznie.

Kung Fury
Jeśli wydawało się wam, że zombie naziści to szczyt nonsensu, to nic jeszcze nie wiecie o kinie. Poprzedniemu tytułowi daleko do „odjazdu”, jakiego niewątpliwie doświadczył David Sandberg, reżyser i scenarzysta filmu Kung Fury. Opowiedziana przez niego historia jest tak szalona i okraszona czarnym humorem, że nieustannie balansuje na granicy żenady. Szczęśliwie, przynajmniej zdaniem niżej podpisanej, Sandbergowi udaje się jej nie przekroczyć, utrzymując przy tym najwyższy poziom absurdu. O czym jednak jest ta niewątpliwa perełka? Podczas pościgu za groźnym mistrzem kung-fu ginie jeden z policjantów. Jego partner zostaje porażony piorunem i ugryziony przez kobrę, w wyniku czego doznaje wizji i odkrywa tajemną sztukę walki. W ten sposób staje się on Kung Furym. Nasz bohater postanawia wykorzystać nowe umiejętności i stać się najlepszym policjantem na świecie. Kiedy jednak miasto zostaje zaatakowane przez rozszalały automat do gier, nawet on staje się bezradny. Szczególnie gdy dowiaduje się, że za atakiem stoi „najgorszy przestępca wszechczasów” – Adolf Hitler.
W tym momencie objawia się prawdziwe szaleństwo reżysera, a zaproponowana przez niego wersja historii przebija wszystko, co do tej pory znaliście. Otóż dowiadujemy się, że w latach czterdziestych Hitler był mistrzem kung-fu i zmienił imię na Kung Führer. On również znał przepowiednię Kung Fury i postanowił zrobić wszystko, by odkryć tajniki tej sztuki. Wraz z nazistowskimi żołnierzami przeprowadzał liczne eksperymenty mające przybliżyć go do odkrycia tej wielkiej tajemnicy. Kiedy jednak się to nie udało, zniknął i przeniósł się w czasie do roku 1985. Nasz bohater postanawia więc powrócić do nazistowskich Niemiec i raz na zawsze pozbyć się Hitlera.
Szaleństwo? Bez wątpienia. Przesada? To już zależy od wrażliwości widzów. Dla jednych temat drugiej wojny światowej nie jest tematem do żartów i wykorzystywanie postaci Hitlera w taki właśnie sposób wydaje się niesmaczne, dla drugich jest to wątek nad wyraz nośny i znakomicie wpasowujący się w ramy czarnego humoru. Reżyserowi nie można jednak odmówić zarówno kreatywności, jak i bujnej wyobraźni.

Iron Sky
Jak już wspominałam w tytule, istnieje pewna niezwykle absurdalna teoria, według której naziści uciekli na Księżyc i zbudowali tam swoją bazę. Możliwie, że tego typu doniesienia pojawiły się w ramach kampanii marketingowej omawianego filmu, możliwe również, że krążyły po Internecie już wcześniej. Niezależnie od tego, jaka jest prawda, jedno jest pewne – głupie to tak, że aż bolą zęby. A jednak wystarczyło na półtoragodzinny film, który nie tylko zabawia się historią, umieszczając nazistów po ciemnej stronie Księżyca, ale również wyśmiewa, kogo się tylko da i miejscami wychodzi mu to całkiem sprawnie. Pojawiają się tu wątki naprawdę trafione, jak chociażby ten, w którym jeden z niemieckich naukowców tworzy kabel USB (i nadaje mu rozbrajającą wręcz nazwę) bądź ten, kiedy podczas obrad przywódców najsilniejszych krajów do ataku na Ziemię i stworzenia maszyn zagłady przyznaje się Korea Północna. Podobnie jak poprzednie dzieła, Iron Sky rzadko odwołuje się do autentycznych wydarzeń, raczej wykorzystując znane nam wątki, symbole i stereotypy w celu ich przeobrażenia i wyśmiania. Mnie osobiście nie powalił na kolana, ale warto dać mu szansę. Ostra jazda gwarantowana.
Głównym celem tego typu przerabiania bądź wykorzystywania historii nie jest raczej przekazywanie nam wiedzy czy przekonywanie, że warto uczyć się i wracać do minionych zdarzeń. Jest to głównie forma zabawy, która może zachęcić do poważniejszych rozważań, ale może również służyć celom wyłącznie rozrywkowym. Nie należy jej jednak pomijać, gdyż jest coraz częściej wykorzystywana przez twórców i pozwala na tworzenie nowych, często bardzo interesujących, popkulturowych dzieł. Wyobraźnia ludzka nie ma granic, a historia oferuje nam masę wątków do wykorzystania. Skoro więc byli już zombie naziści i Kung-Fu Hitler, to może doczekamy się FrankenCezara?


Dodaj komentarz