Z gracją słonia

Na życie powinno się przyjąć jakąś strategię. Nie można tak po prostu trwonić czasu na nic. Nie wolno patrzeć za długo na mewy przelatujące nad taflą morza, uśmiechać się do świni, która jeszcze nie jest wieprzowiną, brać za rękę obcych ludzi znienacka. Zawsze chodzi o szczęście – o ten nakaz, który narzuca nam świat.

Coraz bardziej popularny nurt psychologii pozytywnej i jego odnoga w postaci coachingu podbiły również Polskę. W myśl tych strategii życiowych mamy tyle szczęścia, na ile sobie pozwolimy. Wydaje się to być niezwykle proste, bo przecież ludzie nie mogą chcieć niczego poza byciem szczęśliwym. W praktyce okazuje się to dużo trudniejsze, bo jak powiedzieć człowiekowi, który od lat nie miał nadziei, że może zarabiać milion albo dwa rocznie? Z jaką siłą przekonywać bezdomnego, że wystarczy uwierzyć, a otrzyma dom? Brzmi to jak siłowanie się katolika z ateistą na dogmaty i altruistyczne argumenty chrześcijaństwa. Walka od samego początku spisana na straty.

Każdy, kto żyje na tej ziemi, wie, że czasem szczęście bywa ponure. To takie szczęście samotnej matki, która opiekuje się dorosłym niepełnosprawnym synem. To takie szczęście, kiedy otwierasz oczy na sali pooperacyjnej i cieszysz się, że jesteś. To takie szczęście chorego na zaburzenie dwubiegunowe, kiedy cieszy się manią a już zaczyna bać się depresji. Można by definiować bycie szczęśliwym na zasadzie przeciwieństw, wyliczeń, a czasem i pytań. Wystarcza jednak coś znacznie prostszego.

W psychologii pozytywnej duży nacisk kładzie się na to, że każdy człowiek może zbudować własne szczęście i że to w istocie od niego ono zależy. Na próżno więc lamentować, narzekać i oczekiwać więcej. Z mojej perspektywy jednak podejmowanie decyzji dla wielu ludzi okazuje się jedną z trudniejszych rzeczy w życiu. Dla większości liczy się „sterowność”, którą ktoś im zapewnia, mówi, jak ma być, a o czym można zapomnieć. Czy także twoi rodzice mówili ci, że pewne rzeczy są niemożliwe?

Prowadząc ostatnio zajęcia z przedsiębiorczości dla dzieci w małej miejscowości, stwierdziłam, że wiele z nich nigdy nie dokona niczego wyjątkowego. Powód jest banalny – nie wierzą w siebie. Im bardziej powątpiewają w to, że mogą zostać drugą Edytą Górniak w kraju, tym bardziej utwierdzają się w błędnym przekonaniu. Tak wygląda według nich prawda. Na koniec zajęć, czego nie planowałam, przygotowałam krótką galę wręczenia Oscarów dla młodych przedsiębiorców. Wtedy zobaczyłam uśmiech, taki prosto z serca. W słabych wierzyć muszą inni, inni wierzą w samych siebie.

Pamiętam kiedy jeden z moich nauczycieli, który prowadził gazetkę szkolną, powiedział: Barbara, może kiedyś o tobie przeczytamy w gazecie. Każdy z moich tekstów był poddawany jego krytycznej ocenie. Usłyszeć od niego pochwałę to było coś. Po latach, kiedy już dawno nie piszę dla gazetek szkolnych, jestem ogromnie wdzięczna tym, którzy wlewali we mnie wiarę realizacji własnych marzeń. Cieszę się, że mogłam na swojej drodze spotykać tak wspaniałych ludzi, którzy zachęcali mnie do rozwoju pasji, do podążania za marzeniami.

Według Victora Frankla, który przeżył to, co wielu nazywa niewyobrażalnym – Auschwitz, na powierzchni utrzymywała go nie tylko nadzieja, ale także to, że po każdym dniu przychodzi kolejny. Brzmi to niezwykle banalnie, ale jego słowa, że każdy ma w życiu swoje powołanie, właściwą misję, dlatego nikogo nie można zastąpić ani też powtórzyć niczyjego życia, nie tracą na aktualności. W ostatnio oglądanym przeze mnie dokumencie o zwierzętach Afryki, widziałam słonie, które z gracją szły przed siebie. Dla wielu za wolno, zbyt ospale, jak w składzie porcelany. Tak widzę spełnianie marzeń – krok po kroku.


Dodaj komentarz