XXII wiek

Hanahaki – nazwa fikcyjnej choroby, przewijającej się przez wszelkie fanfiction. Powoduje ją nieodwzajemniona miłość. Objawia się wykaszliwaniem/wymiotowaniem kwiatków, które w miarę postępu choroby zarastają drogi oddechowe i doprowadzają do śmierci osoby chorej. Wyleczyć ją może odwzajemnienie uczucia przez obiekt westchnień lub operacja, co wiąże się z utratą wszelkich wspomnień o ukochanym/ukochanej.

Pierwsza połowa XXII wieku. Cywilizacja rozwinęła się do tego stopnia, że nie śniło się to twórcom fantastyki sprzed kilkudziesięciu lat. Jednak postęp technologiczny zebrał krwawe żniwo wśród rodzaju ludzkiego – coraz szybsze tempo życia i coraz to nowe wymagania stawiane przez społeczeństwo jednostkom przyczyniły się do epidemii depresji, w trzech czwartych przypadków kończącą się samobójstwem. Chorowali młodzi oraz starzy, kobiety i mężczyźni, wszyscy, niezależnie od statusu, rasy, orientacji seksualnej czy grupy etnicznej.

Po kilku dekadach sytuacja ustabilizowała się; jak na ironię, plaga wyeliminowała problem przeludnienia, z którym wielu państwom przyszło się borykać. Tempo życia zwolniło, terapeuci mogli teraz pomóc wielu pozostałym przy życiu ludziom, który zmagali się z konsekwencjami doświadczenia samobójstwa bliskiej osoby.

Minęło ponad dwadzieścia lat, nadeszło nowe pokolenie, wolne od traumy starszego. Mając jednak w pamięci los dziadków, starało się stworzyć idealny świat, w którym zanim pojawi się jakaś skaza, będzie można jej zapobiec. Lecz, jak powszechnie wiadomo, nic nie jest doskonałe, każdemu pokoleniu coś umyka, konkretna jednostka. A nawet kilka jednostek.

***

Nie sądziła, że ze wszystkich osób na świecie, właśnie jej to się przydarzy. Miała się za osobę rozsądną, zorganizowaną, twardo stąpającą po ziemi. W swoim wolnym wycinku czasu nie potrafiła i nie chciała znaleźć miejsca, by myśleć o kimkolwiek w sposób inny niż przyjacielski. Przez takie podejście parę osób postrzegało ją jako kobietę głęboko nieszczęśliwą i samotną. Jednak to było tylko ich zdanie, ona sama czuła się w obecnej sytuacji bardzo dobrze.

Spokój w życiu uczuciowym Evy okazał się ciszą przed burzą. W pewnym momencie, nie zdążyła nawet zarejestrować kiedy, coś się zmieniło. Zaczęła poświęcać swój czas oraz myśli konkretnej osobie, co zupełnie nie było jej na rękę.

W początkowej fazie fascynacji kolegą z pracy, Adamem, próbowała zwalczyć w sobie to uczucie, ale równie dobrze mogła motyką przekopać słońce. Jak się okazało, zauroczenie miało również swoje dobre strony.

Poczucie więzi z tym człowiekiem sprawiało, że, nie będąc zbyt rozrywkową czy entuzjastyczną osobą, chciała częściej wyruszać poza obręb miast, po którym głównie się poruszała. Chciała poszerzać swoje horyzonty, nabywać nowe umiejętności – zapisała się więc na kurs językowy dla dorosłych oraz do miejskiego koła historycznego w celu poznania dziejów rodzimej miejscowości, które do tej pory niezbyt ją interesowały. Adam i uczucie, jakie do niego żywiła, stały się jej siłą napędową do działania w kwestiach towarzysko-samorozwojowych.

Po raz pierwszy od kilku lat poczuła, że ktoś zaczyna być równie ważny jak ona sama. I była niemal przekonana, że jej uczucia są odwzajemnione. Po kilku konsultacjach ze wspólnymi znajomymi oraz samą sobą postanowiła otwarcie przyznać się przed obiektem zakochania, że chce czegoś więcej niż przyjaźń.

Jak zaplanowała, tak uczyniła. O ironio, nie przewidziała jednak najgorszego scenariusza, przecież do tej pory zawsze tworzyła takich tysiące, jeśli nie miliony – dla jednej sytuacji potrafiła wymyślić ich nawet sto. Niestety, różowe okulary skutecznie przesłoniły wszelkie wątpliwości, które powinna wcześniej wziąć pod uwagę.

Informacja zwrotna o przesłaniu „Przepraszam, ale nie jestem tobą w ten sposób zainteresowany. Pozostańmy przyjaciółmi ” okazała się dla niej olbrzymim ciosem, większym niż przypuszczała. Na zewnątrz uśmiechając się najszczerzej, jak tylko potrafiła skłamała, że była przygotowana na taką odpowiedź, tak w środku poczuła, jakby coś w niej skamieniało. Umarło.

Od tego momentu każde spotkanie z Adamem sprawiało jej ból nie do zniesienia. Serce dziko napierało na mostek, jakby chciało się wydostać z piersi, oddech był ciężki i urywany, jakby coś zatykało drogi oddechowe, uniemożliwiając swobodną wentylację. Z pozoru mogłoby się wydawać, że rozmawiają normalnie, jednak gdy zostawali sami, zapadała niezręczna cisza.

Nie mogła zerwać z nim kontaktu. Zdając sobie sprawę z własnego złego położenia chciała to zrobić, ale na przeszkodzie stało między innymi zbyt wielu wspólnych znajomych, więc siłą rzeczy musiała się liczyć z późniejszym spotkaniem.

Czas upływał, a ona czuła się coraz gorzej. Jeśli wcześniej wręcz nie potrafiła usiedzieć na miejscu, cierpiała na nadmiar energii, tak teraz miała wrażenie, jakby była małym balonikiem, z którego ktoś spuścił całe powietrze. Chodząc wlokła nogę za nogą, mało jadła, umiała zasnąć w dowolnym miejscu i położeniu.

Pewnego dnia, kiedy wreszcie udało jej się doprowadzić do porządku i wyjść na zakupy, zobaczyła go na ulicy w towarzystwie nieznajomej dziewczyny. Szli trzymając się za ręce. Adam patrzył na towarzyszkę jak na ósmy cud świata.

Poczuła, jakby coś w niej pękło. Dosłownie.

Ledwie dopadła toalety w galerii, a z jej ust prócz krwi wydobył się strumień różnokolorowych kwiatów. Kiedy skończyła wymiotować, wpatrywała się z osłupieniem w unoszące się po zabarwionej na czerwono wodzie płatki. Nie mogła w to uwierzyć. Zachorowała na drugą najgroźniejszą chorobę po depresji, która zdziesiątkowała ludzkość w okolicach połowy dwudziestego pierwszego wieku. Zachorowała na hanahaki – zachorowała śmiertelnie na nieodwzajemnioną miłość.

***

– Zamierzasz tutaj tak siedzieć póki nie zakaszlesz się na śmierć, Eva? – osoba, która zadała to pytanie musiała poczekać na odpowiedź dłużej, niż przewidywała. Adresatka, ze względu na swój stan zdrowia, nie była w stanie odpowiedzieć od razu. Zbyt wiele wysiłku wymagało od niej zarejestrowanie tego, że ktoś cokolwiek do niej mówi, co konkretnie i dlaczego mówi. Nie wspominając już o odwróceniu głowy w stronę pytającej.

Z dnia na dzień przegrywała coraz bardziej. Nie potrafiła spotykać się z innymi ludźmi, ponieważ większość z nich pochodziła ze wspólnego towarzystwa jej i Adama; przebywanie z nimi wywoływało niechciane wspomnienia, a te z kolei rozpalały płuca Evy żywym ogniem. Rzadko kiedy wyjście z przyjaciółmi nie kończyło się spędzeniem przynajmniej piętnastu minut w toalecie, zanosząc się kaszlem i wypluwając całe główki kwiatów, a nawet łodyżki razem z listkami.

Po kontaktach ze znajomymi przyszedł czas na pracę. Była tak osłabiona atakami, że nie potrafiła skupić się na danej czynności dłużej niż kilkanaście sekund. O ile w ogóle potrafiła się skupić. Lub chociaż opuścić łóżku w celach innych niż załatwianie spraw fizjologicznych. Co prawda nie zwolniła się od razu, wzięła urlop zdrowotny, przysługujący jej już od kilku ładnych lat. Nie sądziła jednak, że kiedykolwiek z niego wróci.

Mało kto do niej dzwonił, pisał, o odwiedzinach nie było mowy. Znajomi nie byli głupi, połączyli szybko fakty i chyba nie było osoby, która nie miała pojęcia o rodzaju choroby, na jaką zapadła Eva. Niestety, ta wiedza nie uczyniła ich bardziej empatycznymi – ich własny stan zdrowia stanowił w tym przypadku priorytet. Prawdopodobieństwo zarażenia się hanahaki było dość spore; jedna na pięć osób, mających kontakt z chorym, sama ulegała zakażeniu. Nikt nie chciał być piątym nieszczęśnikiem.

Towarzystwo przyszło do Evy z dość nieoczekiwanej strony. Do jej drzwi zapukał nie kto inny, jak dawna przyjaciółka – Adele. Kobieta jeszcze parę miesięcy temu była nosicielką dziwnego schorzenia, prawdopodobnie natury genetycznej, przez które urodziła się bez gałek ocznych, co, o dziwo, nie pozbawiło ją wzroku. Wiązała się też z tym inna rzecz – osoby, mające z nią więź silniejszą niż koleżeństwo potrafiły sobie zwizualizować posiadanie przez Adele oczu, jednak w przypadku każdego wyglądały nieco inaczej. Starszy brat kobiety mówił, że są jasnoszare, Eva widziała je w ciemnym błękicie. Ale jedna rzecz się zgadzała – zawsze były pełne ciepła. Nowe, sztuczne oczy może i miały piękną, brązowo-zieloną barwę, jednak nie wyrażały absolutnie niczego.Nieoczekiwana zmiana w wyglądzie nie stanowiła powodu, dla którego przyjaciółki oddaliły się od siebie. Zarówno dla Evy, jak i Gabriela, brata Adele, niepokojące było to, że nowe oczy przejęły nad nią pewną władzę – przedtem uczuciowa, uśmiechnięta kobieta przybrała nową twarz osoby pozbawionej jakichkolwiek uczuć. Albo pozbawionej po prostu możliwości okazywania ich. Jeśli coś działo się w sercu czy głowie Adele, nie wyrażała tego żadnym gestem, ani mimiką. To sprawiało, że Eva czuła się w jej obecności bardzo nieswojo. Chociaż nie chciała zostawić przyjaciółki samej w nowej sytuacji, zrobiła to. Nie mogła znieść spoglądania na swoje odbicie w pustych oczach Adele.

Nie miała pojęcia, dlaczego Adele przyszła tutaj i na swój sposób próbowała ją przekonać do „zrobienia czegoś”, cokolwiek to znaczyło. Mogła puścić mimo uszu wieść o jej chorobie, zostawić Evę samą z jej problemem. Postąpić podobnie jak ona. Ale tego nie zrobiła.

– A co mam niby zrobić, Adele? Nie wierzę w nagły cud wielkiej miłości Adama do mnie i cudownego ozdrowienia.
– Przynajmniej się nie okłamujesz. Tyle dobrze. Wiesz…są inne rozwiązania.
Popatrzyłam z otępiałym zdumieniem we wpatrzone we mnie obojętne oczy.
– Adele… Wszystko wszystkim, ale patrząc na to, co ty przeżywałaś…przeżywasz – niepewnie się poprawiła – to nie miałam pojęcia, że będziesz kogokolwiek namawiać do jakiegokolwiek leczenia. A mnie to już w ogóle…
– Jestem bardziej niż daleka od pozytywnego nastawienia w tej sprawie. Uwierz mi. Ale…po prostu chcę, żebyś wiedziała, że masz wybór. Widzisz… mi tego wyboru nie dali. Jestem jedyną znaną w tym kraju niewidomą widomą. Wiem, że są ludzie podobni do mnie, cierpią podobnie, bo decyzje dotyczące nas samych podejmują, dajmy na to, „bliscy”, bo nikt nie wie, jak ma z nami żyć. Bo jest nas malutko. Lecz twój przypadek jest inny, sama możesz zdecydować o własnym losie. Patetycznie umierasz z miłości, czy żyjesz dalej?


Dodaj komentarz