XXII wiek, część druga

Eva miała świadomość, że ta decyzja nie należała do najłatwiejszych. Poeci często rozpisywali się ckliwie, jak to słodko umierać z miłości do najwspanialszej osoby na świecie; jednak żadnemu się nawet nie śniło, że to uczucie może przybrać najgorszą z możliwych (fizyczną) formę i dosłownie zabijać. Gdyby wiedzieli, może ich stanowisko byłoby troszkę inne. Mniej szkodliwe.

Teoretycznie Eva miała dużo czasu na udzielenie odpowiedzi, jednak wiedziała, że w praktyce zostało go jej bardzo niewiele. Dotykając klatki piersiowej, czuła zarysy kłębiących się w niej splotów roślin. Ledwo oddychała, picie i jedzenie sprawiało jej trudny do opisania ból. Nie chciała umierać, a już na pewno nie w ten sposób.

Pragnęła żyć. Pielęgnować swoje pasje niezależnie od tego, przez kogo zostały w niej zaszczepione. Poznać kogoś znacznie bardziej wartego życia z nim niż umierania przez niego.

Bo Adam z pewnością nie był tego wart. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę, jednak, wbrew temu, co powiedziała Adele, nie wypierała całkowicie nadziei o odwzajemnieniu uczuć i wspólnej przyszłości. Zdarzało się, że ofiary hanahaki same z siebie wracały do zdrowia bez potrzeby wycinania czegokolwiek i wypierania wspomnień o kimś, lecz te przypadki stanowiły niewielki odsetek wśród osób, które poddawały się operacji lub umierały w męczarniach. Eva chciała być na tyle silna, by wyjść z tego dzięki tylko i wyłącznie własnej ciężkiej pracy, ale na obecnym etapie nie była w stanie zdobyć się na najmniejszy ruch w tym kierunku.

Bardzo potrzebowała pomocy, nieważne, z czyjej strony miałaby pochodzić. Musiała liczyć na Adele.
Popatrzyła na dawną przyjaciółkę. Odkąd kobieta wypowiedziała ostatnie słowo, musiało minąć sporo czasu, na co wskazywał opróżniony dzbanek z herbatą, pusty talerz po kanapkach i promienie zachodzącego słońca, rozświetlające pokój czerwonawym blaskiem.

– Adele… – wydusiła przez zaciśnięte gardło – Proszę, zawieź mnie do szpitala. Ja… Nie… nie chcę tutaj umrzeć. Sama.

***

– Proszę jeszcze o podpis na tej stronie w zaznaczonym miejscu, jak tylko sprawdzi pani poprawność danych – tęga pielęgniarka o nieodgadnionym wyrazie twarzy podała Evie plik dokumentów. Kobieta przyjęła go z westchnieniem; im bardziej operacja się odwlekała, tym więcej pojawiało się wątpliwości. Nie chodziło dokładnie o wybór, którego dokonała – bardziej chciała w końcu wyzdrowieć niż umrzeć, jednak niepokoiła ją sama operacja, oznaczająca usunięcie czegoś, co stało się częścią niej. Nawet jeśli był to pasożyt.

Do rzeczywistości przywróciło ją pełne zniecierpliwienia chrząknięcie. Pielęgniarka przeniosła znaczące spojrzenie z twarzy kobiety na jej dłoń, która zamarła w połowie podczas składania ostatniego podpisu. Po dokończeniu go przez niepewną pacjentkę w oczach pracownicy szpitala pojawiło się coś w rodzaju ulgi, kiedy zabrała papiery, i kazała chwilę zaczekać, aż wróci z lekarzem.

Eva obróciła się w kierunku stojącej za nią Adele, cierpliwie tkwiącej przy niej od kilkudziesięciu minut, podczas gdy sama przemieszczała się od jednego gabinetu do drugiego w celu wykonania rutynowych badań. Uśmiechnęła się, co miało zapewne podnieść Evę na duchu, ale przyniosło efekt odwrotny od zamierzonego. Kobietę ogarnął irracjonalny lęk, że coś tutaj się nie zgadza, że coś podczas operacji może pójść nie tak.

Jednak było za późno na wycofanie się – gruba pielęgniarka właśnie wróciła z mężczyzną w białym kitlu. Ten wyciągnął do niej rękę.

– Doktor Aaron Hovard, zajmę się panią. Proszę nie patrzeć na mnie z taką paniką. Naczytała się pani bzdur w internecie? – Eva przytaknęła niepewnym skinieniem głowy. Lekarz przez moment sprawiał wrażenie zmartwionego, ale zaraz uśmiechnął się pokrzepiająco.

– Chodziło o skutek uboczny, uniemożliwiający potem pokochanie kogoś ponownie? Tak jak myślałem. Owszem, taka… dolegliwość może wystąpić zaraz po zabiegu jako efekt samego ingerowania we wrażliwe tkanki serca i płuc, lecz zazwyczaj ustępuje maksymalnie po dwóch tygodniach od operacji. Nie jest stała, chociaż niekiedy może się ludziom wydawać, że to cała wieczność. Po prostu organizm potrzebuje trochę czasu, by zregenerować po cięższym stadium każdej choroby. Proszę się nie przejmować, naprawdę. Pani bezpieczeństwo jest naszym priorytetem.

Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy, a że oczy też go wyrażały, Eva uspokoiła się nieco i pozwoliła się zaprowadzić na blok operacyjny. Przed wejściem obejrzała się przez ramię za Adele, jednak przyjaciółka zniknęła. Miała do tego prawo, w końcu mimo tego, że jej obowiązek mógł się ograniczyć tylko i wyłącznie do odwiezienia chorej, to cierpliwie towarzyszyła kobiecie. Jednak wywołało to ponownie niepokój w Evie.

Poczuła, jak serce odbija się od mostka, po czym pada prosto w coś, co mogło być plączącymi się w klatce piersiowej roślinami. Zaczęła się krztusić, brudząc podłogę mieszanką krwi i podobnych do niezapominajek kwiatów. Nie poczuła, jak upada na podłogę – w locie straciła przytomność. Nie słyszała zgiełku, jaki stworzył otaczający ją wianuszek lekarzy. Nie mogła wiedzieć, że wśród nich znalazła się Adele.

***

Przeżyła operację, jednak zanim doszła do pełni sił, musiała spędzić półtora miesiąca w szpitalu, a po wyjściu z niego przez następne dwa stawiać się co tydzień na kontrolę. Doktor Hovard oznajmił, że trafiła do szpitala praktycznie w ostatniej chwili – gdyby nagły atak zamiast tuż przed salą operacyjną zaskoczył ją w mieszkaniu, z pewnością by umarła. Eva nie czuła, żeby było tak źle, nawet kiedy zaczęła powoli odstawiać leki przeciwbólowe. Pustka, która teraz jej towarzyszyła, stanowiła prawdopodobnie coś w rodzaju skutków ubocznych – w końcu pasożyt bardzo długo był częścią niej i, jeśli wierzyć słowom doktora, po kilku miesiącach i sesjach z terapeutą powinno to ustąpić. Dwa tygodnie bez uczuć, o których przed operacją wspominał lekarz, dotyczyły leczenia po wczesnym stadium hanahaki, nie zaś tak zaawansowanym i w większości przypadków kończącym się zgonem.

Znajomi wrócili. Było ich znacznie mniej niż przed chorobą, jednak Eva miała pewność, że świadczy to o jakości. Sposób, w jaki się do niej odnosili również uległ zmianie – wcześniej obchodzili się z nią trochę jak z małym szczeniaczkiem, znalezionym w kartonie w deszczowy dzień, teraz traktowali ją z większym szacunkiem, na który zdecydowanie zasługiwała. Przecież przeżyła śmiertelną chorobę, co nie zdarza się codziennie.

Tylko czemu momentami miała dziwne wrażenie, że trochę się jej… boją? I dlaczego Adele zniknęła, ani razu nawet nie odwiedzając przyjaciółki w szpitalu? Może chciała dać Evie spokojnie dojść do siebie? Byłoby to całkiem prawdopodobne, gdyby nie to, że znane kobiecie konta Adele na portalach społecznościowych zniknęły, zaś kiedy usiłowała się do niej dodzwonić, automat odpowiadał znudzonym dziewczęcym głosem, że taki numer nie istnieje.

To nie był jednak koniec tajemniczych zdarzeń.

Pół roku po operacji doszło do dziwnego incydentu.

Właśnie wracała z zakupów, dumając nad jakimiś nieistotnymi sprawami, gdy do jej uszu dobiegł sygnał karetki, przed którą ledwo zdołała uskoczyć. Ambulans zatrzymał się tuż przy zbiegowisku po drugiej stronie ulicy. Pchana zwykłą, ludzką ciekawością Eva podeszła bliżej.

Zamarła.

Nie znała mężczyzny, leżącego w kałuży własnej krwi, na powierzchni której pływały płatki kwiatów, jednak w głowie kobiety pojawiła się myśl, że powinna go przynajmniej kojarzyć i żałować. W bladej twarzy nieboszczyka było coś, przez co nieświadomie dotknęła klatki piersiowej, przeciętej gojącą się pooperacyjną blizną.

Nie mogąc znieść już dłużej widoku nieszczęścia biedaka, i świadomości, że gdyby nie pomoc Adele skończyłaby podobnie, spojrzała na stojącą najbliżej zmarłego dziewczynę. Patrzyła w stronę mężczyzny ze współczuciem. Prawdopodobnie to ona była przyczyną jego zgonu. Wyczuwając, że jest obserwowana, podniosła głowę i rozejrzała się; nawiązała kontakt wzrokowy z Evą, którego kobieta nie mogła przerwać, chociażby chciała. Miała wrażenie, iż w tej chwili z nieznajomą połączyła ją niewytłumaczalna więź. Jakby dziewczyna pragnęła coś jej przekazać, ale Eva nie była w stanie tego zrozumieć.

Wyraźnie zawiedziona, nieznajoma westchnęła i odwróciła się, by zniknąć w tłumie.

Skołowana kobieta popatrzyła raz jeszcze na mężczyznę, wkładanego właśnie do czarnego worka przez ubranych w ciemne uniformy sanitariuszy ze służby od przypadków śmiertelnych.

Dopiero gdy wiele lat później umierała samotnie, miało do niej dotrzeć, że patrzyła wtedy po raz ostatni na Adama.


Dodaj komentarz