Wszyscy kochamy Kevina

Ma blond włosy, jest chuderlawy i mieszka z rodziną daleko za oceanem. A do tego ledwie skończył 8 lat. Nie przeszkadza mu to jednak każdego roku przyciągać do siebie milionów Polaków! Jaką moc kryje w sobie Kevin (sam w domu)?

Nie ulega wątpliwości, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat do bogatej kolekcji ornamentyki świątecznej dołączył film „Kevin sam w domu” (wraz z kontynuacją „Kevin sam w Nowym Jorku”). Znaczna część Polaków po prostu nie wyobraża sobie bez niego świąt; ba! dla wielu jest to pierwsze, odruchowe skojarzenie z wieczorem wigilijnym.

Nic jednak w kulturze nie dzieje się przypadkowo i każda, nawet najgłupsza moda – jeśli w istocie jest bezsensowna i pozbawiona głębi – przeminie z wiatrem bardzo szybko. Przygody Kevina wciąż jednak trwają na piedestale nowych, świeckich zwyczajów Polaków. Muszą się z tym kryć jakieś racjonalne motywacje.

W szponach nawyku
Lubimy piosenki, które już słyszeliśmy, kochamy odwiedzać miejsca, w których już kiedyś byliśmy, wracać do ludzi, których kiedyś znaliśmy – to wszystko stare i powszechnie znane prawdy. Nie może więc dziwić, że rokrocznie oglądamy ten sam film. Zwłaszcza jeśli jego pokaz ma miejsce w jeden z najbardziej magicznych wieczorów w roku.

Wigilia to czas absolutnie szczególny, moment wręcz mistycznego uniesienia, w który – jak chcemy wierzyć – na kilka godzin świat staje się lepszy i piękniejszy. Wszystko co robimy w ten wyjątkowy dzień jest w związku z tym okryte płaszczem wyjątkowości. Nawet jeżeli to tylko złudzenia, to i tak sprawiają, że wykazujemy tego dnia zwiększoną podatność na wszelką rytualizację i symbolizację naszych zachowań.

Seans sentymentalny
Nawyk jednak nie powstanie, jeśli nie zwiążemy go silnie z warstwą emocjonalną – musi wzbudzać nasze uczucia. A do tego konieczne jest powiązanie z jakimś uzasadnieniem, choćby mitycznym. W przypadku Kevina jest ono proste i czytelne: to sentyment. Zwyczajny, ludzki sentyment do tej filmowej historii. Wynieśliśmy go z dzieciństwa.

Jako małolaty z zapartym tchem śledziliśmy na ekranach telewizorów losy Kevina, napawając się jednocześnie atmosferą wigilijnego spotkania w rodzinnym gronie. Nasze umysły powiązały te emocje i na zawsze je ze sobą spoiły. Teraz automatycznie przenosimy nasze emocje związane z Wigilią na chęć obejrzenia po raz kolejny filmu o rezolutnym dzieciaku, który przez fatalną pomyłkę rodziny został sam w domu na święta.

Synku, przedstawiam Ci Kevina
Skoro kochamy Kevina i tak silnie utożsamiamy go ze świąteczną atmosferą, to siłą rzeczy chcemy przenieść to na swoje dzieci. W końcu pokazując świat własnym pociechom staramy się zademonstrować im wszystko to co nas samych pasjonowało i przyprawiało o szybsze bicie serca, kiedy byliśmy w ich wieku. To naturalny mechanizm – człowiek chce zobaczyć w oczach swojego potomka tę samą iskrę, którą miał kiedyś sam. Chce dać mu radość i frajdę. Zwłaszcza w święta.

W ten oto sposób napędza się wokół filmu o Kevinie znakomita koniunktura – wiemy już, że oglądają go zarówno dorośli z rozrzewnieniem wspominający swoje własne dzieciństwo, jak i dzieci tychże dorosłych, które w ten sposób przejmują dziejową pałeczkę. Ten łańcuch pokoleń zapewnia rytuałowi oglądania „Kevina samego w domu” szansę długiego trwania.

Bo to, proszę Pana, dobre kino jest
Dlaczego akurat „Kevin…”? Dlaczego to ten film, a nie którakolwiek z setek innych okołoświątecznych produkcji porwała publiczność do tego stopnia, że na stale wpisała się w bożonarodzeniowy repertuar?

Szukając odpowiedzi na to pytanie nie można zapominać o najprostszej z możliwości: dzieło Chrisa Columbusa (autora m.in. pierwszych części filmów z serii o Harrym Potterze) to po prostu znakomity przykład kina familijnego i jeden z najlepszych filmów z tego gatunku w całej historii kina. Łączy w sobie m.in. fantastyczną, wciągającą fabułę, masę akcentów komediowych dopasowanych do wszystkich typów odbiorców, znakomicie dobraną obsadę, a także świetną reżyserię i niezapomnianą ścieżkę dźwiękową. Czegóż chcieć więcej?

Spełnione marzenie dzieciaków
Oś fabularna filmu, a więc pozostawienie małego chłopca samego w ogromnym rodzinnym domu to także – o czym wielu zapomina – wizja stanowiąca urzeczywistnienie marzenia milionów rówieśników głównego bohatera, rozsianych po całym świecie. Choć z perspektywy dorosłego może wydawać się to niezrozumiałe, to dla dziecka w wieku postaci granej przez Macaulaya Culkina stanowi to przedmiot wielkiego pożądania.

Pusty, kilkupiętrowy dom rodzinny to wprost nieograniczona przestrzeń do przeróżnych zabaw, spełniania fantazji, ale także – po prostu – zabawy w dorosłość. Zwłaszcza ten ostatni element wydaje się tu niezwykle istotny, bo jak wiadomo dzieciaki marzą o tym, by jak najszybciej dołączyć do „elitarnego” świata dorosłych, w którym (jak się im wydaje) nie ma już zakazów i nakazów, a panuje za to słodka wolność.

Domowe ognisko
Wyidealizowane marzenia amerykańskiego chłopca szybko spotykają się z brutalną rzeczywistością. Początkowy entuzjazm Kevina wkrótce mija, a w to miejsce pojawiają się liczne problemy i wyzwania – samotność, tęsknota oraz… duet wrednych złodziejaszków. Zupełnie jak w prawdziwym życiu.

Tu dochodzimy do najgłębszej i najpoważniejszej warstwy fenomenu „Kevina samego w domu” – jest nim filozoficzne przesłanie filmu, który sam w sobie stanowi piękną alegorię o odwiecznej konfrontacji dobra i zła, zbudowaną na przykładzie domowego ogniska. Zostaje ono Kevinowi nagle i zupełnie nieoczekiwanie skradzione, zmuszając do odbycia przyspieszonego kursu dojrzewania. To na swój sposób wzruszająca metafora, której przesłanie jest łatwe do odczytania: wchodząc w dorosłość porzucamy magiczny i bezpieczny krainę dzieciństwa; zostajemy rzuceni na żer wszelkim zagrożeniom, jakie niesie ze sobą samodzielność. Bezpieczna przystań ciepła domu rodzinnego skonfrontowana jest tu z mrocznym, ale i pełnym pożądliwości światem dorosłości.

„Kevin sam w domu” jest urzekającą przypowieścią filmową, która robi ogromne wrażenie zwłaszcza dzięki porze, w której jest emitowana w całej Polsce. Idealnie wpasowuje się w atmosferę wieczoru wigilijnego, kiedy większość z nas celebruje przebywanie w cieple domowego ogniska. Być może, tak jak film ukazuje utratę tego ciepła, by finalnie – poprzez powrót rodziny Kevina (nie docenianej przez niego przed utratą) – znowu je odnaleźć, tak i wielu widzom pomaga odkryć w sobie na nowo dziecko, by znów, ze słodką naiwnością, doceniać przebywanie z bliskimi. A w ten sposób – choćby na kilka godzin – uciec od ponurego marazmu świata dorosłych.


Dodaj komentarz