Wieśniakiem Być.

Polszczyzna nie pozostawia wątpliwości – lepiej pochodzić z miasta. Nie ma chyba przypadku w tym, że mówimy o „robieniu wiochy” i „byciu wieśniakiem” czy „wsiokiem”. Wieś i wstyd łączą się ze sobą w nierozerwalny językowy związek, odzwierciedlający mniej czy bardziej skrywaną pogardę.

Siła stereotypu jest oczywiście olbrzymia; nie trzeba nikomu udowadniać, że wyciąganie wniosków na czyjś temat tylko na tej podstawie, że mieszka na wsi, jest kompletnie bezpodstawne i irracjonalne, a mimo wszystko – uprzedzenia trwają. Nie próbuję z tym walczyć, spróbowałam za to ustalić, co na temat wiejskiego pochodzenia sądzą ci, którzy mieli lub mają z wsią wiele wspólnego.

To widać, słychać i czuć

Zimowe szaleństwo zaczynało się od wojny na śnieżki między dziećmi z dwóch miejscowości. Dębnica kontra Działyń. Pierwsza to osada licząca pięciuset mieszkańców, której dzieje sięgają tysiąca lat wstecz; u swych początków stanowiła grodzisko piastowskie. Ola opowiadaotymzdumą.

To miejsce, w którym się wychowałam, sielskie, przyjazne, wszyscy się znają. Znają też problemy i historie swych rodzin, a sąsiedzi pracują w czasie żniw. Moja wieś jest dość bogata, są tam gospodarstwa rolne przekazywane z pokolenia na pokolenie, ci ludzie są samowystarczalni.

A Działyń? Ola zgadza się, są wsie, które nie do końca są fajne. Działyń nie jest. Po wojnie w dawnym majątku niemieckiego hrabiego utworzono tam Państwowe Gospodarstwo Rolne.

Oni nie pracowali na swój rachunek, często widywałam ich brudnych, w gumiakach i kombinezonach, na klatce pachniało ziemniakami i brudnymi butami – to było „robienie wiochy”. Niektóre rodziny były ubogie, patologiczne, miały problemy z alkoholem, po 1989 cała wieś wylądowała nagle na bezrobociu. Działyń może nie być powodem do dumy, jednak wiele osób stamtąd żyje normalnie, skończyło studia i założyło rodziny.

Nie zapytałam, kto na ogół wygrywał wojnę na śnieżki. Wszystkie dzieci, i z Dębnicy, i z Działynia, chodziły do szkoły znajdującej się w pobliskim miasteczku, ale mama Oli nie chciała tam posłać córki.

W Kłecku funkcjonowały klasy miejskie i wiejskie. Mama bała się, że zostanę zakwalifikowana jako dziecko ze wsi. Chodziło głównie o dojazdy. Plan klas wiejskich był dostosowany do odjazdu autobusów – zamysł był dobry, niemniej była to jakaś segregacja. Sama trafiłam do Gniezna, ale tam niestety każdy był anonimowy. Szkoła w Kłecku, tak jak w wielu małych miejscowościach, to duża

Ola była jedyną osobą z Dębnicy, która uczęszczała do gnieźnieńskiego gimnazjum. Nie obyło się bez problemów.

Koledzy z klasy potrzebowali czasu, by się oswoić, ponieważ byłam spoza miasta. Sama zawsze się cieszyłam, że jestem ze wsi, ze środowiska dość zżytego. W pierwszej klasie gimnazjum na wzór piosenki „Jestem z miasta, to widać, słychać i czuć” oni raz zaśpiewali „Jestem Ola, jestem ze wsi, to widać słychać i czuć”. Pewnie uraziło mnie to przede wszystkim dlatego, że miałam trzynaście lat i wszystko bardzo brałam do siebie. Z czasem straciło znaczenie, że nie jestem z ich środowiska, przyzwyczaili się do mojej obecności. To, że nie mieszkałam w Gnieźnie, przestało być dla nich nowością.

Dwa rytmy życia

Dumę z wiejskiego pochodzenia czułam wtedy, gdy porównywałam się z synem koleżanki mojej mamy. Był bardzo sztywnym dzieckiem z miasta, które nie umiało się cieszyć przyrodą. Jako dzieci mogliśmy wchodzić na drzewo w ogrodzie, obserwować bażanty. Być bliżej rzeczy ważnych w życiu, czegoś pięknego i naturalnego. Ludzie ze wsi mają kontakt z naturą i więcej szacunku dla świata. Wiele osób się tym zachwyca.

Wraz z rozpoczęciem studiów Ola przeniosła się do Poznania. Jest jedną z wielu osób, które przyjechały z mniejszych miejscowości, aby zacząć naukę na wyższych uczelniach. Nie pamięta sytuacji, w której ktoś wyśmiewałby jej pochodzenie. Na ogół jednak przedstawiając się, wspomina tylko, że jest spod Gniezna, bo – jak przyznaje – Dębnica nikomu nic nie mówi. Kiedy jednak ktoś pyta o szczegóły, otwarcie odpowiada. Dla niej życie na wsi było szczęśliwe i jest z tego dumna. Ale i miasto ma pewne zalety.

Życie towarzyskie jest bardziej ożywione. Moja mama, przenosząc się przed moimi narodzinami na wieś, zostawiła w mieście znajomych. Po ślubie nie znalazła już wielu przyjaciół. W mieście łatwiej zorganizować się pod względem dojazdów, życie na wsi to właściwie tylko kwestia mieszkania. Praca, szkoła i rozrywki są już poza wsią. Jeśli chodzi o styl życia, to nie widzę większych różnic, poza jedną – na wsi rytm życia dyktuje rozkład autobusów. Wróciłabym tam, gdybym miała prace zdalną, bo codzienne dojazdy są bardzo uciążliwe.

Na końcu drogi

Rabowice to sypialnia Swarzędza, Kostrzyna oraz Środy Wielkopolskiej. Są również celem przeprowadzek poznańskich rodzin. Dwanaście lat temu właśnie tam wraz z bliskimi przeniósł się Jacek.

Wieś to sielanka – mówi – można zainwestować w ogród i duży dom, każdy ma własny pokój, nie muszę dzielić swojego z bratem. Nasza działka znajduje się na końcu drogi. Wokół lasek, pola, granica gmin, możemy sobie chodzić nago po ogródku, nikt nie może nas podejrzeć – śmieje się.

Rabowice zamieszkiwało kiedyś jedynie 130 mieszkańców, obecnie jednak miejscowość jest celem deweloperów budujących osiedla mieszkaniowe, wykorzystujących okres boomu budowlanego. Dzięki temu coraz więcej osób może uciec od zgiełku miasta i zbliżyć się do natury. Wieś znajduje się na tzw. wylotówce, blisko większych ośrodków, co ułatwia dojazd do pracy. Jednocześnie mieszkający tam od dawna rolnicy nadal zajmują się uprawą ziemi oraz hodowlą zwierząt.

Istnieją różnice między napływowymi a miejscowymi. Nie wiedzą wiele o sobie nawzajem, rzadko ze sobą rozmawiają – podkreśla Jacek. – Niedaleko jest jeszcze Jarosławiec, tak trochę pośrodku pola, tam ludzie tworzą wspólnotę. Jednak Jarosławiec nie jest już taki sielski, a to za sprawą architektury rodem z PGR-u.

Robienie wsi

Jacek sam o sobie mówi, że został wychowany w duchu miasta i dużą zmianą było dla niego zamieszkanie na wsi.

Jestem mieszczuchem, mieszkanie w mieście wziąłbym bez dwóch zdań, bo minusem życia na wsi są przede wszystkim dojazdy, plusem możliwość opalania się na działce. Czy gdybym był dzieckiem rolnika, miałbym kompleksy? Nie wiem, jestem trochę z zewnątrz.

Według Jacka istnieje wiele stereotypów dotyczących mieszkańców wsi.

Mniej obyci, mniej kulturalni, gorzej wyedukowani. Odstają od standardów mody, mniej zadbani. Jednak ludzie, których nazywamy wieśniakami, mogą być z miasta. Przecież nie o pochodzenie chodzi, a o zachowanie.

Gdy pytam go, co to znaczy „robić wieś”, odpowiada:

Nie wpisywać się w standardy. „Robienie wsi” to śmiecenie, przeklinanie, picie w miejscu publicznym. Jestem studentem, pracuję w knajpie w Poznaniu. Przychodzi tam stosunkowo wiele osób, które można nazwać burakami. Nie muszą się wyróżniać wyglądem zewnętrznym, mogą dobrze się wysławiać, to kwestia charakteru. Wstyd być burakiem i wieśniakiem, ale wieśniak niekoniecznie jest ze wsi. Czasem barierą jest sposób wypowiadania się, ale ludzie w mieście też mają swój sposób mówienia. Myślę, że ogólnie stosunek do ludzi ze wsi nie jest zły.

Jednak dla Oli wieśniak to właśnie osoba ze wsi, mieszkająca i pracująca tam. Zdaje sobie sprawę, że jest to również negatywne określenie, ale nie potrafi wskazać, kogo dokładnie – w takim sensie – mogłoby opisywać.

Może kogoś, kto nie potrafi się zachować tak, jak grupa tego oczekuje? „Robienie wsi” to wyolbrzymianie wielu rzeczy, traktowanie ich inaczej, niż inni by tego oczekiwali. Kiedyś, jako dziecko, na spacerze z koleżanką po mieście głośno się śmiałam i komentowałam sklepowe wystawy. Pewnie niektórzy mogliby to odebrać negatywnie, jako zwracanie nadmiernej uwagi na rzeczy naturalne. Poza tym wiele osób ze wsi inaczej wymawia słowa, czasem mówi czymś w rodzaju gwary. W innych przypadkach może chodzić o wygląd – praca na wsi to praca fizyczna, wiele osób ma zniszczone ręce, ale za to dbają o ubiór i – zwłaszcza kobiety – o swoje fryzury. Myślę, że pochodzenie nie świadczy o czyjejś wartości; chodzi raczej o wyznawane zasady, o to co się robi w życiu.


Dodaj komentarz