Wędruję, więc jestem

Wychodzę z domu jak każdego dnia i jak każdego dnia idę w inną stronę. Nieważne, że fizycznie kończę wędrówkę w tym samym miejscu. Codziennie zmieniam kierunek. Raz idę odkrywać zapomniane zakątki mojego umysłu, raz udaję się na wojnę, a raz zmierzam donikąd. Pytanie tylko, czy zawsze docieram do celu?

Pielgrzymka na całe życie
Peregrinatio z łaciny oznacza pielgrzymkę. Słowo to pierwotnie znaczyło w starogreckim osobę, która przemierza obce kraje. W średniowieczu zaś wyraz ten zyskał konotacje religijne, które nadal są silnie zakorzenione w kulturze. Jednak pielgrzymka to coś więcej niż zwykła podróż do dowolnego sanktuarium. Tak naprawdę jest to pojęcie bardzo symboliczne i to stąd wzięło się właśnie jego duchowe znaczenie, nie zaś na odwrót. Ludzie szybko zauważyli bowiem, że całe życie można porównać do wędrówki – być może kończącej się śmiercią, a być może trwającej dalej. Na kanwie tego przekonania ukuto całą filozofię.

W ten sposób w kulturze wykształcił się motyw homo viator – człowieka wędrującego. W tematyce podróży dostrzeżono metaforę doli każdego człowieka, odwzorowanie poszczególnych etapów jego życia i wreszcie historię całej ludzkości. Na ile i w jakim stopniu ma to przełożenie na rzeczywistość? To pytanie nigdy nie zyskało jednoznacznej odpowiedzi, choć wielu próbowało i wciąż próbuje ją odnaleźć.

Odwieczny cykl
Najstarszymi ludźmi w kulturze, powołanymi tylko po to, aby podróżować, są postacie biblijne od Abrahama aż po świętego Pawła. Protoplaści zarówno judaizmu, jak i chrześcijaństwa przemierzają całe krainy w celu… no właśnie, w jakim celu? Ktoś może powiedzieć, że oczywiście po to, aby odnaleźć Boga. Brzmi to jednak zbyt banalnie. W końcu parę wieków później najbardziej zagorzali zwolennicy chrześcijańskich idei szukali zacisznego miejsca, aby do końca życia oddawać się kontemplacji. Co zatem było powodem nieraz długoletnich wędrówek, jakie odbywali patriarchowie najpopularniejszej religii świata? Być może odpowiedź odnajdziemy za pośrednictwem podobnych postaw postulowanych przez inne wierzenia.

Weźmy za przykład chociażby filozofię buddyzmu. Jednym z jej założeń (w uproszczeniu) są Cztery Szlachetne Prawdy mówiące, że życie składa się przede wszystkim z cierpienia. W rozumieniu buddyzmu chodzi tutaj głównie o sam fakt przemijania, którego nie umiemy zatrzymać. Cierpienie to można ukrócić, ale tylko w jeden sposób: podążając tzw. Ośmiostopniową Ścieżką. Jest to jedyna możliwość przełamania sansary – wiecznego cyklu życia, które stale odradza się i umiera. Ścieżka składa się z takich elementów, jak właściwe czyny, właściwe słowa, właściwy wysiłek, właściwe poglądy itp. Wszystkie te składniki mają prowadzić człowieka, który nią kroczy, do osiągnięcia nirwany – prawdziwego spokoju, wiecznego szczęścia uzyskanego poprzez odcięcie się od świata rzeczywistego.

Podobny tok rozumowania można odnieść do pozostałych religii. Chrześcijaństwo dość często wspomina, że życie doczesne jest niczym w porównaniu z tym, co czeka nas po śmierci. Jaki zatem jest sens naszego ziemskiego bytowania? Najbliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że jest nim poznanie samego siebie. Łatwiej jednak powiedzieć, niż zrobić. Można uznać to jedynie za górnolotny idealizm, który nieraz prowadzi do niczego więcej jak tylko rozczarowania.

Zagubione/znalezione
Czasem bowiem tak bardzo zagubimy się w naszej wędrówce, że nie tylko nie wiemy, czy idziemy w dobrą stronę, lecz także czy w ogóle mamy jakiś cel. To wrażenie nie należy do rzadkich przypadków. Zazwyczaj towarzyszy mu obezwładniające uczucie frustracji. Jak to?! Przecież wszystko zaplanowaliśmy! Wiedzieliśmy, co chcemy osiągnąć i jak zamierzamy to zrobić. Dlaczego więc tak nagle się pogubiliśmy? Jest to reakcja zrozumiała i całkowicie naturalna. Nic dziwnego, że utrata z pola widzenia obranej wcześniej drogi wywołuje w nas negatywne emocje. Wtedy zazwyczaj przestajemy iść i gniewnie stoimy w miejscu. A w najgorszym wypadku wpadamy w bezdenną otchłań smutku.

Ten nihilistyczny sposób postrzegania świata bardzo często brał górę nie tylko w filozofii, lecz także w kulturze. Artyści przygnębieni, niewidzący celu we własnym życiu, zyskiwali i wciąż zyskują szerokie uznanie. W końcu lubimy, kiedy ktoś mówi coś wiarygodnego, a przez postępującą komercjalizację szczęścia nierzadko postrzegamy radość jako iluzję. Tyle tylko, że jest pewien haczyk. Bez względu na wszystko i tak ostatecznie wybieramy jakąś drogę. Nieważne, czy odtąd decydujemy się iść krętą, szarą i zakurzoną ścieżką, czy szukamy tej drogi, którą zgubiliśmy, czy też wreszcie zbaczamy ze szlaku i idziemy, gdzie nas nogi poniosą – wciąż pozostajemy homo viator. Owszem, na jakiś czas można przystanąć, ale nie potrafimy i wręcz nie umiemy zatrzymać się na stałe.

Na koniec przyjrzyjmy się więc jednemu z najbardziej klasycznych motywów wędrówki w historii. Dzieje homerowskiego Odyseusza zna każdy. Bohater wojenny po horrorze batalii pod Troją nareszcie może wrócić do domu. Cóż z tego, skoro bogowie mu nie sprzyjają. Można powiedzieć, że jego tułaczka nie ma najmniejszego sensu. Został w końcu wbrew sobie rzucony w wir wydarzeń, nad którymi nie ma żadnej kontroli. Ale czy przez to pozbawiony jest tego, do czego dążył? Otóż nie, nie zapominajmy, że przecież celem jego wędrówki był powrót do tego, co dobrze znał – do rodziny i ojczyzny. Odys przez to stał się nam bliższy, niż zdajemy sobie z tego sprawę. Nie wiemy, co spotkamy na naszej drodze, ale koniec końców wiemy, dokąd dążymy.


Dodaj komentarz