Walka zawsze jest nierówna

Labirynty korytarzy, zimne mury, brudne okiennice. Pośród nich on, sam, stworzony z niepewności i strachu. Wciągnięty w plątaninę, której nie pojmuje, w świecie zdominowanym przez obłęd. Na ślepo toczy walkę o być albo nie być.

Premiera Procesu Krystiana Lupy pierwotnie miała mieć miejsce w 2016 r. w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Zaawansowane próby zbiegły się w czasie ze zmianą personalną na stanowisku dyrektora teatru. Zmiana ta doprowadziła do konfliktów pomiędzy nowym dyrektorem Cezarym Morawskim a składem Procesu na czele z Lupą. Reżyser zdecydował wtedy, że sztuka nie może być tam grana. W efekcie premiera odbyła się dopiero 15 listopada 2017 roku w Teatrze Nowym w Warszawie, który to stał się głównym producentem obecnego Procesu.

Reinterpretacja
Proces z 2017 r. to z pewnością opowieść różniąca się od tej zaplanowanej na prawie rok wcześniej. Krystian Lupa podkreśla to zresztą w wielu wywiadach – jak twierdzi Proces przeobrażał się z czasem w jego głowie. Problemy Lupy wynikające z trudu przeforsowania Procesu dostarczyły mu nowych, choć bolesnych doświadczeń. W związku z tym, reżyser spojrzał na sztukę jeszcze raz i przez pryzmat osobistych wydarzeń, wniósł do scenariusza pewne nowe spostrzeżenia. Sztuka ta bowiem nie jest tylko pieczołowitym odwzorowaniem dzieła Franza Kafki, a pewnego rodzaju hybrydą. Na scenie łączą się dwa światy – nam współczesny i dekadencki Kafki (jakże bliski zresztą reżyserowi).

Przedstawienie zostało podzielone na trzy akty. Pierwszy z nich to swobodna adaptacja początkowej części Procesu. Na scenie zamiast spodziewanego Józefa K., występuje Franz K. i to nie jeden, a dwóch. Pierwszy z nich w osobie Andrzeja Kłaka, drugi chowający się nieco z tyłu, polemiczny względem swojego scenicznego „bliźniaka”, w rolę którego wcielił się Marcin Pempuś. Relacje mężczyzn, tworzących w zasadzie jedną postać, cechowała zamierzona niespójność – prowokowali się nawzajem, co odzwierciedlało wewnętrzny konflikt bohatera. Samo imię oczywiście też nie jest przypadkowe. Uważny widz odnajdzie w sztuce oczywiste analogie z biografią autora Procesu.

Akt pierwszy ma charakter powolny, kontemplacyjny i z gruntu niepokojący. Część tę wyróżniają znakomite kwestie Andrzeja Kłaka i nienatarczywe, acz wyraziste sceny. Scenariusz tej części wiernie oddaje porządek powieści. To co nie zostało przedstawione linearnie względem treści książki, przywołano retrospektywnie.

Pierwszy Franz K. to mężczyzna nieśmiały, co w zasadzie jeszcze bardziej potęguje jego zagubienie w świecie. Jest niepewny i przestraszony. Doskonała gra Andrzeja Kłaka ujmuje szczerością, przekładając się na emocje oglądających. Zagmatwanie w świecie, niemożność złożenia wyjaśnień, supły myśli i ciągłe hamletyzowanie – wręcz uniemożliwiają mu działanie.

Kafka w XXI wieku
Druga część sztuki to, jak nazwał ją sam Lupa w jednym z wywiadów, biała plama powieści, którą on zapełnił. Forma tego aktu ma charakter niemal improwizacyjny, luźny, przez co jednak od samego początku odczuwa się wrażenie postępującego chaosu. Występuje tutaj tak jak poprzednio dwóch K. oraz bohaterowie nienależący do fabuły „Procesu”: przyjaciel Franza Max Brod (Adam Szczyszczaj) oraz kobiety, które w życiu pisarza były szczególnie istotne: Felicja Bauer (Marta Zięba) i Greta Bloch (Małgorzata Gorol). Postaci snują rozmyślania na tematy związane m.in. ze sztuką w XXI wieku, szczególnie w odniesieniu do instytucji państwa, nawiązując przy tym żywo do świata Kafki. Początkowo jasny i spójny zamysł tego aktu przerodził się na oczach widzów w zupełną plątaninę sensów, co jak ujął Jacek Wakar, sprawia że przedstawienie pęka – brakuje spoiwa, które połączyło by ze sobą, niestety, niepasujące części.

Ostatnia część Procesu składa się w zasadzie już tylko z dwóch dialogów z mecenasem i z kapłanem. Jest to część przesiąknięta kontemplacyjnością i obciążona wielością słów i sensów. Natłok elementów tego aktu sprawia, że przedstawienie nie zbliża się do końca, a wręcz coraz bardziej rozmywa się ogólny sens przedstawienia. Ścisły koniec sztuki sugeruje otwartość zakończenia i paradoksalnie jest zapowiedzią początku; zarysowuje bowiem problem – wciąż trwającego procesu, który może się toczyć przeciwko każdemu z nas, w każdym miejscu, o każdym czasie. Kolejną kwestią, która niebezpośrednio ujawnia się podczas analizy spektaklu, jest wina. Czy K. naprawdę był niewinny? Czy da się być niewinnym w ogóle? Niewinnym w świecie pełnym win?

Po pierwsze: spokojnie
Zachęcam wybierających się na Proces do spokojnego oglądania i trzymania nerwów na wodzy. Sztuka, ogólnie, bywa bowiem skrajna: momentami może zachwycić, a kiedy indziej rozczarować. Proces to projekt potężny, w realizacji wymagający wyobraźni mistrza, determinacji, skrupulatności i niewysłowionej wrażliwości. Bez względu na końcowy efekt Lupa był jedynym, który mógł się zdobyć na stworzenie tego przedstawienia.


Dodaj komentarz