W poszukiwaniu sensu

Pytanie o sens towarzyszy ludziom od zawsze. Spotykamy się z nim zarówno w zwykłych codziennych sytuacjach, jak i przy podejmowaniu ważnych życiowych decyzji. Nie inaczej jest z sensem w znaczeniu najogólniejszym. To zagadnienie od wieków spędza sen z powiek zarówno filozofom jak i tzw. zwykłym ludziom. Spróbujmy więc postawić je również na łamach Outro: jaki sens ma życie?

Wydawać by się mogło, że zadając to pytanie nie sposób uciec od rozważań religijnych. W końcu zupełnie inaczej przedstawia się wizja człowieka i jego życia, gdy przyjmiemy możliwość istnienia Boga/bogów. Ich obecność zmienia sposób patrzenia na egzystencję człowieka i stawia nas wobec perspektywy dalszego istnienia po śmierci.

Z kolei zupełnie inaczej przedstawia się sprawa, jeżeli uznamy istnienie ludzi za efekt serii kosmicznych zbiegów okoliczności, których ostateczną granicą, zza której nie ma już powrotu, jest moment śmierci każdego z nas. Ta mroczna perspektywa radykalnie zmienia patrzenie na los człowieka.

Aby jednak nasze rozważania choć trochę różniły się od milionów już istniejących, spróbujmy zrezygnować z rozpatrywania zagadnień religijnych i kwestii istnienia Boga. Poszukajmy sensu tu i teraz – w życiu doczesnym na ziemi.

Ludzie i punkty widzenia

Podejdźmy do sprawy ściśle egzystencjalnie, a przynajmniej z zacięciem charakterystycznym dla tego kierunku filozofii. Aby to uczynić skupmy się na wybranych, indywidualnych losach ludzkich. Jako przykład posłużą nam cztery żyjące współcześnie osoby. Dla formalności dodajmy jeszcze tylko standardową w takich sytuacjach formułę: „wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest przypadkowe” i możemy zaczynać.

Działka

Hanna nie wyróżnia się spośród tysięcy innych polskich emerytek. Kobiety takie jak ona mijamy na co dzień – na ulicach, w sklepach, parkach, pod domem i na klatce schodowej. Wydawać by się mogło, że zlewają się w jedną zwartą masę. Tymczasem każda z tych pań (swego czasu zwanych pogardliwie „moherami”) ma swój własny świat, do którego wstęp mają tylko nieliczni.

Świat Hanny zamyka się na obrzeżach miasta, w którym samotnie mieszka. To zaledwie kilkadziesiąt metrów kwadratowych, w których przebywa średnio trzy, cztery razy w tygodniu. I to tylko w miesiącach wiosenno-letnich. Miejsce to zwie się „ogródkiem działkowym”. To taka miejska namiastka kontaktu z naturą dla ludzi z bloków, których nie stać na dom z ogrodem.

Jednak dla naszej bohaterki działka to coś więcej niż tylko skromny kawałek ziemi otoczony ogródkami działkowymi nie zawsze życzliwych sąsiadów. Ona patrzy na to inaczej. To niemalże prawdziwy tajemniczy ogród, w który zanurzała się bohaterka klasycznej powieści Frances Burnett. Magia w czystej postaci. Każda z rosnących tu roślin nosi imię nadane jej przez właścicielkę i jest pieczołowicie pielęgnowana.

Przebywając na swojej działce, Hanna przenosi się do zupełnie innej rzeczywistości. Jest wtedy bardzo daleko od siermiężnego blokowiska rodem z PRL, w którym przyszło jej mieszkać. Nie przeszkadza to, że z jej działki dobrze widać niemal identyczne bloki górujące nad okolicą. Ta mała zielona kraina jest dla Hanny całym światem. Nic sobie nie robi z docinek ludzi, którzy dowiadują się o jej pasji. Zdarzało jej się bowiem słyszeć za plecami: ta wariatka gadająca do kwiatów. Dla niej problemem są jednak wyłącznie miesiące jesienno-zimowe, kiedy to jest zmuszona spędzać czas w mieszkaniu. Z dala od swojej pasji, która stanowi dla niej prawdziwy sens życia.

Klub

Jak co sobotę, Kuba wsiadł do autobusu mającego za chwilę ruszyć na przedmieścia miasta. Jest to 25-letni chłopak, który jednak nie zamierza się ustatkować. Poza codzienną pracą, cały wolny czas zajmuje mu zaangażowanie w środowisku kibiców. Kuba od najmłodszych lat jest zapalonym fanem miejscowego klubu piłkarskiego. Wciągnął go w to starszy brat, który jednak już dawno zapomniał o swojej pasji, podczas gdy Kuba wyrósł na lidera osiedlowej grupy kibiców .

Jest obecny na wszystkich spotkaniach, stadion miejski zna od podszewki, jeździ także na mecze wyjazdowe. W ten sposób zwiedził już niemalże cały kraj. Choć drużyna od lat nie radzi sobie najlepiej, chłopak nie rezygnuje z poświęcenia i z całą siłą angażuje się w działalność na rzecz ukochanego klubu. Z pewnością nie jest typem sezonowego kibica, który jest ze swoim zespołem tylko w czasie jej zwycięstw.

Również w domu Kuba nie ustaje w działaniach manifestujących przywiązanie do swojej drużyny. Tapeta na pulpicie komputera jasno daje do zrozumienia, czyim jest kibicem, podobnie jak strona startowa, którą jest forum wiadomego klubu. Ileż to razy ścierał się tam z kibicami innych drużyn. Nierzadko podobne problemy spotykały go także w realnym życiu – Kuba ma bowiem zwyczaj dumnie paradować w koszulce klubowej. Pół biedy, gdyby czynił to tylko podczas meczów. Niestety podobnie ubiera się także na co dzień, również podczas wypraw do tej części miasta, która jest zamieszkiwana przez kibiców zupełnie innej drużyny… Zawsze jednak jakoś sobie radzi. Pomocna okazują się umiejętności, które nabył trenując w gimnazjum karate, a także… sztuka szybkiego biegania.

Co sobotę, Kuba – oczywiście w pełnym umundurowaniu klubowym – wsiada z kolegami, lub sam do miejskiego autobusu, który podwozi go pod samą bramę stadionu. Często widuje tu starszą kobietę, o której mówi się w okolicy, że to wariatka, która gada z kwiatami. To nawet zabawne, ale Kuba nie ma czasu się nad tym zastanawiać – jego myśli krążą już tylko wokół kolejnego meczu. Wszystko skupia się wokół tego, bo właśnie to jest dla chłopaka prawdziwym sensem życia.

Rodzina

Zosia niedawno przekroczyła trzydziestkę. Jest to wiek, w którym otoczenie zaczyna od nas wymagać, abyśmy się ustatkowali i założyli rodzinę. Z biegiem lat dziewczyna zaczynała odczuwać tę narastającą presję, a na domiar złego tego samego domagał się jej wewnętrzny głos. Pomimo to wciąż nie mogła znaleźć odpowiedniego kandydata. Wszak – do tanga trzeba dwojga. Jak na złość wydawało się, że wszystkie koleżanki dawno już mają ten problem za sobą, a niektóre doczekały się już nawet dzieci. A ona wciąż pozostawała singielką.

Nie mogła jednak narzekać na swoje życie zawodowe. Skończyła dobre studia, które szybko zapewniły jej stabilną pracę i przyzwoite dochody. Różniła się pod tym względem od wielu swoich rówieśników. Ponadto w okresie studiów Zosia angażowała się w wiele działań – próbowała znaleźć swoją drogę i odkrywać nowe pasje. To zapewniło jej wiele wspaniałych przygód, doświadczeń i znajomości. Ale wciąż z tyłu głowy tkwiło niedające spokoju przekonanie o niespełnieniu. Czuła, że chciałaby znaleźć szczęście także w tej najbardziej prywatnej warstwie życia każdego z nas. To jednak nie było takie proste.

Nagle pewnego dnia pojawił się on. Spotkała go przez przypadek podczas jednej z imprez. Nie mieli żadnego wspólnego znajomego, a jednak od pierwszych słów nawiązali dobry kontakt. Ta obawa zawsze pojawia w takich sytuacjach i często paraliżuje przed nawiązaniem nowych znajomości. Na szczęście w tym przypadku lęk został przezwyciężony, a obawy nie sprawdziły się. Jakiś czas później spotkali się jeszcze kilkakrotnie, jednak Zosia nie była przekonana do tej znajomości. Czegoś jej brakowało i nie chciała przenosić tej relacji na wyższy poziom. Wolała poczekać na prawdziwe uderzenie miłości, strzałę Amora, czy też motyle w brzuchu.

Jednak lata mijały, a za każdym razem gdy Amor się zjawiał, posyłał strzałę w nieodpowiednim kierunku. Z kolejnych znajomości nic nie wychodziło. Po jakimś czasie Zosia zdecydowała się odnowić lekko już zakurzoną relację z chłopakiem poznanym na imprezie. Wciąż nie była do niego przekonana, ale okazał się, że nadal dogadują się tak samo świetnie jak wcześniej. Miała do wyboru: albo w dalszym ciągu czekać na tego jedynego, albo spróbować stworzyć coś trwałego z poznanym na imprezie mężczyzną . Wciąż pełna wątpliwości, wybrała w końcu tę drugą drogę. Z każdym dniem ich relacja układała się coraz lepiej, aż wreszcie zdecydowali się na ślub. Wkrótce po nim Zosia dowiedziała się, że jest w ciąży. Spełniały się jej marzenia o stabilizacji rodzinnej. Dopiero teraz poczuła się w pełni szczęśliwa. Nieoczekiwanie pokochała także mężczyznę z którym zdecydowała się założyć rodzinę. W końcu dostrzegła to, jak dobrze ją traktował przez cały ten czas. Patrząc na zdjęcie USG ich dziecka, zrozumiała, że „to jest to” i wreszcie poczuła, że odnalazła prawdziwy sens życia.

Pomoc

Marcin już od czasów szkolnych wykazywał aktywność w wielu dziedzinach. Albo–jak uważali złośliwi – wręcz nadaktywność. Był typowym społecznikiem, więc gdy tylko w szkole ogłaszana była jakaś akcja, on zawsze zgłaszał się jako jeden z pierwszych. Wszędzie było go pełno i zawsze można było na niego liczyć.

Nie ma jednak róży bez kolców. Często skrycie zazdrościł kolegom – lekkoduchom, którzy spędzali czas na niekończących się imprezach, zabawach i beztrosce. On z trudem znajdował czas na sen, nie mówiąc już o jakichkolwiek rozrywkach. Mimo to, wciąż „coś” – jakaś wewnętrzna siła, popychała go do społecznej aktywności. Chociaż sam nie do końca mógł to zrozumieć, cierpliwie podążał za tym głosem.

Nic nie zmieniło się także na studiach. Marcin wciąż z niezwykłą aktywnością angażował się charytatywnie oraz społecznie. Pomagał między innymi biednym, chorym, a także udzielał się w schronisku dla zwierząt. Mówiono o nim „Ojciec Teresa”. Nawet śmieszyło go to określenie, choć nie lubił nigdy przesadnie afiszować się ze swoją działalnością. Po prostu robił to, co uważał za słuszne.

Pewien słoneczny dzień na zawsze zapisał się w pamięci chłopaka. Wraz ze znajomymi był wtedy w popularnej sieci fast food, a później samotnie wracał ulicami miasta do domu. Nagle zauważył idącą z naprzeciwka młodą dziewczynę – na oko była w szkole średniej, może w gimnazjum. Nie zwróciłaby jego uwagi, gdyby nie świdrujący, badawczy wzrok, którym go wręcz prześwietliła. Gdy mieli się minąć, przystanęła i spojrzała na niego z lekką niepewnością.

– Przepraszam, ale my się chyba znamy…

„Podryw? Miło, dziewczyno, ale jestem zajęty. A poza tym jesteś ode mnie młodsza o dobre 10 lat” – pomyślał, ale zanim zdążył zwerbalizować to w jakikolwiek sposób, dziewczyna dokończyła:

– … może to głupie, ale ja mam pamięć do twarzy, a pańska szczególnie utkwiła mi w pamięci. Chyba wiem, kiedy się poznaliśmy.

Po chwili wyjaśniła zaskoczonemu Marcinowi, że gdy miała 10 lat przyjechał do niej do domu z charytatywną paczką świąteczną. Pochodziła z bardzo ubogiej rodziny, więc były to dla niej pierwsze prezenty świąteczne, jakie dostała w życiu. Dlatego bardzo szczegółowo zapamiętała twarz chłopaka i – jak przyznała ze śmiechem – od tamtej pory to był dla niej wizerunek świętego mikołaja. Oboje roześmiali się i przytulili. To spotkanie trwało krótko, ale na długo pozostało w pamięci Marcina. W tamtej chwili bowiem zrozumiał, że to, co robi ma absolutny sens. Zarówno dla innych ludzi, jak i dla niego samego – jest to jego własny sens życia.

Różnorodność sensów

Jest tyle sensów, ile ludzi. Każdy musi sam rozstrzygnąć, co ma dla niego największą wartość. Czy chce poświęcić swoje życie jakiejś pasji? A może zamierza założyć rodzinę lub poświęcić się dla innych, działając charytatywnie? Dróg jest tak wiele, jak ludzi, z ich indywidualnym spojrzeniem na świat. Zamiast więc rozpaczać lub powątpiewać, warto wziąć się w garść, określić to, czemu chcemy się poświęcić i… po prostu zacząć to robić.

Warto bowiem zauważyć, że perspektywę ludzi wierzących jak i niewierzących łączy jedno – świadomość ograniczonego czasu. Wniosek jest więc prosty (i wspólny dla obu tych sposobów na życie): nie warto tracić ani chwili i już teraz spróbować dołączyć do Hanny, Kuby, Zosi i Marcina, odnajdując swój własny sens.


Dodaj komentarz