Utracona tożsamość na Ziemiach Odzyskanych

Jedna z najbardziej haniebnych kart historii Polski została zapisana planem wysiedlenia ludności ukraińskiej, bojkowskiej i łemkowskiej z Bieszczad, realizowanym od marca do końca lipca 1947 roku. Jest on znany jako akcja „Wisła”.

 

Akcja „Wisła” była planowana od początku 1947 roku jako odwet za zbrodnie ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu z 1943 roku, ale formalny rozkaz jej rozpoczęcia wydało Biuro Polityczne KC Polskiej Partii Robotniczej 29 marca. Pretekstem do rozpoczęcia operacji okazała się śmierć generała Karola Świerczewskiego, którą poniósł w wyniku zasadzki zorganizowanej przez oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii. Na temat akcji wypowiadał się historyk Tomasz Stryjek w rozmowie z Polską Agencją Prasową dla strony dzieje.pl. Jego zdaniem celem akcji „Wisła” wcale nie było zniszczenie UPA. Wysiedlano bowiem nie tylko Ukraińców, lecz całe wsie i osady znajdujące się na terenach Polski południowo-wschodniej, a blisko 15% deportowanej ludności stanowili Polacy. Wśród przesiedleńców znaleźli się też Łemkowie, którzy zdaniem ówczesnej władzy wspierali UPA w walce przeciwko Polakom.

 

Wysiedlenia były prowadzone przez struktury Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego oraz organizacje o charakterze cywilnym, takie jak Państwowy Urząd Repatriacyjny. Ponadto generał Stefan Mossor sformował Grupę Operacyjną „Wisła”, złożoną z ponad 19 tysięcy żołnierzy należących między innymi do kombinowanych pułków piechoty, pułku saperów i pododdziałów specjalnych. Oprócz nich w skład grupy wchodzili milicjanci, oddział Służby Ochrony Kolei i kilkudziesięciu funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

 

Desperacja ludzi

Ukraińcy i Łemkowie za wszelką cenę unikali dostania się na listy osób przeznaczonych do wysiedlenia. Używali w tym celu skrajnie zróżnicowanych sposobów – od wyrabiania sobie fałszywych dokumentów tożsamości, poprzez staranie się o wpis religii rzymskokatolickiej do metryki, aż po ubieganie się o pozwolenie na pozostanie w dotychczasowym miejscu zamieszkania. Osoby uciekające się do tej ostatniej metody motywowały swoje podania wieloletnim zamieszkaniem w danej miejscowości, złym stanem zdrowia czy pozytywnym stosunkiem do polskości. To jednak nie powstrzymywało władz przed ich przesiedleniem.

 

Złamanie narzuconych zasad

Część pojmanych w ramach akcji osób była zsyłana do jednego z podobozów Auschwitz-Birkenau oraz do ukraińsko-łemkowskiej części Centralnego Obozu Pracy w śląskim Jaworznie. Większość Ukraińców i Łemków jednak trafiała na tereny tzw. Ziem Odzyskanych, czyli przyznanych Polsce na konferencji w Poczdamie ziem, które przedtem należały do III Rzeszy, a obecnie stanowią północną i zachodnią część Polski.

 

Przesiedlenia były obwarowane surowymi przepisami. Zgodnie z Zarządzeniem Departamentu Osiedleńczego Ministerstwa Ziem Odzyskanych z 27 czerwca 1947 roku zabronione było osiedlanie deportowanej ludności m.in. w odległości mniejszej niż 30 kilometrów od miast wojewódzkich czy w pasie 10 kilometrów od granic Polski z 1939 roku. Ponadto wydane 31 lipca 1947 roku przez MZO pismo nakazywało osiedlać najwyżej po jednej rodzinie o negatywnej opinii z jednego transportu na gromadę. Z kolei w przypadku rodzin o pozytywnej opinii dozwolone było osiedlanie tak, by ich liczebność stanowiła nie więcej niż 10% mieszkańców danej gromady. Ze względu na liczbę wysiedlanej ludności stosowanie się do tych przepisów okazało się niemożliwe.

 

Piekło wysiedlonych

Na Ziemiach Odzyskanych osiedlono w sumie ponad 100 tysięcy Ukraińców, Łemków i Bojków, a do Jaworzna trafiło prawie 3 tysiące osób tego pochodzenia. Wysiedlenia miały brutalny charakter, typowy dla czystek etnicznych. Deportowanej ludności kazano pokonywać często znaczne – dochodzące aż do 60–70 kilometrów – odległości do punktów zbornych pieszo albo za pomocą własnego transportu. W punktach tych wysiedleńcy byli przesłuchiwani oraz przydzielano im jedną z trzech kategorii zagrożenia (A, B lub C, z czego A była najwyższa). Pozostawali tam, dopóki ich nie skierowano do odpowiedniej stacji załadowczej i nie podstawiono wagonu. To niekiedy trwało nawet miesiąc, co było spowodowane problemami logistycznymi. Z tego samego powodu osiedlano po kilka rodzin w jednym domu, a niektórych kwaterowano w budynkach gospodarczych.

 

Bezsens okrucieństwa

W wyniku operacji „Wisła” przestało istnieć kilkadziesiąt wsi i małych miasteczek w południowo-wschodniej Polsce, a inne miejscowości zostały częściowo wyludnione. UPA straciła blisko 70% stanów osobowych. Niemniej jednak walka z tą organizacją była sprawą drugorzędną wobec będących rzeczywistym celem akcji wysiedleńczej. Zdaniem Tomasza Stryjka deportacje Ukraińców były jedynie doraźnym rozwiązaniem problemu przez zastosowanie odpowiedzialności zbiorowej. Historyk uważa taką akcję wysiedleńczą za zbędną. Stwierdza: W marcu 1947 roku było już tak, że wojsku udało się uzyskać kilkunastokrotną przewagę nad oddziałami UPA i wystarczyło je tylko skierować do bezpośrednich akcji przeciwko partyzantom. Gdyby działano w ten sposób, to bardzo możliwe, że może nie w trzy miesiące, ale do końca 1947 roku UPA na terenie Polski byłaby całkowicie rozbita.

 

Reakcje po latach

Operacja „Wisła” jest uznawana za czystkę etniczną. Została potępiona przez polski Senat w uchwale wydanej w 1990 roku. Z kolei w styczniu 2007 roku Światowy Kongres Ukraińców zażądał od Polski formalnych przeprosin za akcję „Wisła” i wypłacenia odszkodowań dla jej ofiar. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. We wspólnym oświadczeniu z lutego tego samego roku prezydenci odpowiednio Polski i Ukrainy Lech Kaczyński i Wiktor Juszczenko uznali operację za naruszenie podstawowych praw człowieka, a dwa miesiące później ten drugi stwierdził, iż to reżim komunistyczny był jej winowajcą. W odpowiedzi na ten pogląd polski historyk Grzegorz Motyka z Polskiej Akademii Nauk zwrócił uwagę na fakt, iż wprawdzie Ukraińska Powstańcza Armia dążyła do okrojenia terytorium Polski, więc polskie władze miały prawo zwalczać tę organizację, ale bez stosowania odpowiedzialności zbiorowej.

 

Akcja „Wisła” była ewidentnym naruszeniem praw człowieka przez komunistów i aktem niedającego się uzasadnić okrucieństwa. Zatem negatywne reakcje historyków oraz władz Polski i Ukrainy po upadku komunizmu nie powinny dziwić.

 

Katarzyna Giemza


Dodaj komentarz