Tam, gdzie wszystko się zaczęło

Spędzając beztrosko czas na letnich festiwalach muzycznych, zazwyczaj nie pamiętamy o początkach tej formy rozrywki. Aby odkryć wspólne korzenie wszystkich festiwali, wybierzmy się w podróż do pewnej niepozornej farmy pod Nowym Jorkiem.

W szkole wbija się nam do głów hasła, takie jak rewolucja neolityczna, francuska, bolszewicka i wiele im podobnych. Tymczasem jest jeszcze jedna rewolucja, która wydarzyła się całkiem niedawno, a która odcisnęła swe piętno na codziennym życiu współczesnych ludzi.

W latach 60. cywilizacja zachodnia wkroczyła w czas, który moglibyśmy określić mianem „stagnacji w dobrobycie”. Nawet zimna wojna przestała być, na jakiś czas, tak silnym straszakiem jak w poprzedniej dekadzie. Jednocześnie dorosło pierwsze powojenne pokolenie. Byli to w dużej mierze pacyfistycznie nastawieni studenci, brzydzący się mrocznym okresem historii, w którym przyszli na świat.

Na tym gruncie wyrosła wielka kontrkultura, a następnie ruch społeczny – hippisi. Choć nazwa ta oznacza jedynie określoną grupę ludzi, to zapoczątkowana przez nich rewolucja ogarnęła w zasadzie cały świat zachodni.

Nowy porządek
Czym była rewolucja dzieci-kwiatów? Hippisi praktykowali życie w komunach, a więc w grupach bazujących na relacjach prywatnych, które w ich mniemaniu miały zastąpić rodziny. Odrzucali ideę pracy – wszystkie dobra były w ramach danej komuny wspólne. Wspólny był również seks, toteż z hippisami kojarzy się wiele mówiące określenie „wolna miłość”.

Charakterystyczną cechą tego ruchu było również eksperymentowanie z narkotykami. Cele nadrzędne stanowiły zaś szczęście i przyjemność. To miała być naczelna zasada przyświecająca wszystkim ludziom w ich egzystencji.

Było to całkowite wywrócenie dotychczasowego zachodniego systemu wartości. Z horyzontu znikały bowiem takie pojęcia jak rodzina, praca, honor czy wiara. W ich miejsce pojawiły się seks, dobra zabawa czy wspomniana już przyjemność.

Lato miłości
Swój rozkwit kontrkultura hippisowska przeżywała mniej więcej w połowie lat sześćdziesiątych – to wtedy na scenie pojawiły się zespoły grające muzykę rozrywkową zupełnie nowego typu. Była spontaniczna, żywiołowa, a często także gniewna. Muzyka ta była więc dokładnie taka, jak młodość ówczesnego pokolenia dwudziestolatków. To było ich brzmienie, ich głos.

Wakacje roku 1967 przeszły do historii jako tzw. lato miłości. To wtedy w Monterey w Kalifornii odbył się bodaj pierwszy wielki festiwal muzyczny świata. Do rangi największego symbolu tamtego czasu urosło jednak inne muzyczne wydarzenie, do którego doszło dwa lata później…

Na farmie w miejscowości Bethel, pod Nowym Jorkiem, grupa biznesmenów zdecydowała się zorganizować festiwal największych gwiazd muzyki młodej generacji. Początkowo całe przedsięwzięcie miało być biletowane, jednak rzeczywistość przeszła najśmielsze oczekiwania inicjatorów. Na polach wokół sceny pojawiło się ponad 400 tysięcy ludzi. Wydarzenie przemieniło się w cały weekend zupełnie darmowego obcowania z najlepszymi artystami. „Trzy dni pokoju i muzyki” – jak mówili uczestnicy.

Błoto, wolność i muzyka
Między 15 a 18 sierpnia 1969 roku na scenie w Bethel pojawiło się łącznie kilkudziesięciu wykonawców. Nazwa całego wydarzenia wzięła się od miejscowości Woodstock w stanie Nowy Jork (oddalonej o około sto kilometrów), która stanowiła w tamtych czasach artystyczną enklawę.

Zdaje się, że dobrze atmosferę tamtych wydarzeń oddał w rozmowie z magazynem „Rolling Stone” jeden z artystów występujących podczas festiwalu, David Crosby: – Myśleliśmy, że jesteśmy pojedynczymi, rozproszonymi hippisami. Kiedy jednak przybyliśmy na miejsce, powiedzieliśmy do siebie: „O rany, to jest znacznie większe, niż sądziliśmy”.

Do najbardziej kultowych momentów Woodstocku zalicza się zwykle recital Janis Joplin, której niewiarygodna ekspresja sceniczna porwała tłum i ukazała nowe oblicze występów muzycznych.

W pamięć zapadło także brawurowe wykonanie przez Joe Cockera klasyka Beatlesów With a Little Help From My Friends (w zupełnie nowej, narkotycznej aranżacji), a także zamykający festiwal występ Jimiego Hendrixa z zespołem, podczas którego legendarny gitarzysta zagrał m.in. własną wersję hymnu Stanów Zjednoczonych.

Cały festiwalowy weekend był bardzo deszczowy, przez co teren szybko pokrył się błotem. Nie przeszkadzało to jednak uczestnikom Woodstocku, a wręcz sprzyjało wzajemnej integracji. Ich błotne kąpiele przeszły do legendy i po dziś dzień są praktykowane przez uczestników kolejnych festiwali odbywających się w duchu Woodstocku. Wszechobecnym elementem wydarzenia była także nagość – przez te kilka dni tabu z nią związane zostało niemal oficjalnie zniesione i pogrzebane w… błocie.

Nie można również zapomnieć, że podczas Woodstocku zmarły trzy osoby: jedna z powodu przedawkowania narkotyków, dwie na skutek nieszczęśliwych wypadków. Jednak biorąc pod uwagę logistyczny chaos i brak kontroli nad przedsięwzięciem i tak udało się uniknąć wielkich tragedii, a uczestnicy w większości wykazali się odpowiedzialnością.

Schyłek epoki
Jak się okazało, muzyczna uczta w Woodstocku stanowiła schyłek epoki hippisów i swego rodzaju łabędzi śpiew tego niezwykłego zjawiska społecznego. W ciągu kolejnego roku z przedawkowania zmarli Hendrix i Joplin. Podobny los spotkał również inne symbole epoki (nieobecne na Woodstocku): zmarł wokalista The Doors Jim Morrison, a Beatlesi ogłosili ostateczny rozpad swojego zespołu.

Pomimo niemal zupełnego „wyginięcia” hippisów duch festiwalu w Woodstock nie wyparował – bardzo szybko wydarzenie to obrosło legendą i swoistym kultem. Mit Woodstocku dotarł i do naszego kraju, gdzie zadomowił się pod postacią odbywającego się od 23 lat Przystanku Woodstock. Ta coroczna impreza przyciąga ogromne rzesze młodych (i nie tylko) ludzi chcących przeżyć namiastkę tego, czego doświadczyli uczestnicy oryginalnego festiwalu.

Chociaż w roku 2018 podjęto decyzję o zmianie nazwy polskiego festiwalu, to nie ulega wątpliwości, że atmosfera tego miejsca pozostanie taka sama. Duch Woodstock ’69 wciąż ma się więc bardzo dobrze.


Dodaj komentarz