SZUMY

W zamierzchłych czasach, gdzieś na początku historii, bogowie stworzyli ludzi. A mieli być oni słabsi od dawców swego życia. Było tak, ponieważ ludzie nie posiadali tajemnej wiedzy – sekretnej istoty bytowania. Stwórcy mieli tak niezachwiane przekonanie o swej wyższości, tak bardzo pewni słabości i nieporadności ludzi, że nie zabezpieczyli dostatecznie tego, co dawało im największą moc. 

Z czasem ludzie zaczęli coraz więcej rozumieć. Nauczyli się mówić, a więc mogli dzielić się z innymi swoimi myślami. Co jakiś czas zdarzał się człowiek, który pojmował więcej niż inni. Tłumaczył więc pozostałym niezrozumiałe zjawiska, a zdarzało się także, że spotykał osobę podobną sobie. Jeśli tak się zdarzyło, mogli dyskutować i przez to pojąć jeszcze więcej. W ten sposób świadomość i wiedza gatunku ludzkiego rosły w siłę.

Gdy Panowie świata dostrzegli, że ludzie stanęli na progu poznania ich tajemnej wiedzy, postanowili działać. Doszło do szumnej narady, podczas której zdecydowano, że ludzie wiedzący zbyt wiele zostaną zamienieni w  jabłonie, świerki, sosny, dęby, wierzby i wielość innych drzew. Sprawiono także, że pamięć każdego, kto znajdzie się zbyt blisko ogarnięcia umysłem istoty wszechświata, zostanie pozbawiona tego, co miałoby być zagrożeniem dla Stwórców.

Bogowie pozbawili ludzi odpowiedzi, ale zapomnieli odebrać im pytania.

Od tej pory, przez losy wszystkich ludzi przetaczały się liczne niepokoje. Musieli poszukiwać, ale nie wiedzieli czego i dlaczego, gdyż pamięć o tamtych wydarzeniach została im odebrana.

                  ———————————————————————————————————–

Biel – sztuczne światło razi w oczy. Biel, oznaczająca czystość, kojarzy się ze spokojem. Nie ta biel. Chcę słońca, a tylko biel. Jadę. Chciałoby się móc powiedzieć, że stacje przemykają za oknem. Nie – przemyka tylko szarość. A wagon wypełnia biel. A przestrzeń przepełnia cisza. Chyba że ktoś otworzy okno, wtedy szum. A stacje przemykają. Wzrok. Na czym skupić wzrok? Wędruje przed siebie: rząd ludzkich twarzy bez wyrazu. Nie dziwię się, że bez wyrazu, przecież jest biel, za oknem szarość, a w uszach szum albo cisza, jeśli nikt nie otworzy okna. Wzrok szuka miejsca, żeby odpocząć. Kolorowe telebimy. Metro w pętli i na nich pętla. Gdzie skierować wzrok?

Głos przecina szum: Następna stacja: Centrum. Prosimy pamiętać o zabraniu bagażu. Pociąg hamuje. Wychodzę, znaczy wychodzimy, bo razem ze mną wynurza się cały tłum pasażerów. A może ja wynurzam się razem z tłumem? Wierzę, że nie, bo miło jest zachować cząstkę swej jednostkowości, choćby tylko na piśmie. Tłum w jedną stronę, tłum w drugą, idę, przedzieram się. Schody ruchome. Twarze ruchome. Powoli wyjeżdżam na powierzchnię.

Patelnia. Tak, to określenie pasuje idealnie. Nie chodzi tylko o okrągły kształt niewielkiego placu. Rojowisko. Ktoś właśnie miesza potrawę na patelni. Przedzieram się. Z megafonu słyszę głos krytykujący aborcję. Teraz cisza w metrze wydaje się błoga. Na środku stoisko partii politycznej, młody mężczyzna zbiera podpisy pod jakąś petycją. Człowiek w zielonej koszulce z napisem GREENPEACE próbuje mnie zatrzymać. Nie pamięta, że rozmawiałam z nim już dwa razy. Wspinam się po schodach, na poręczy siedzi mężczyzna z kartką: na alkohol i szlugi, mijam go. Chcę stąd uciec. Dlaczego ci wszyscy ludzie czegoś ode mnie chcą? Klimat, polityka, nienarodzone dzieci/nie-dzieci, tematy ważne, ale nie w tym momencie. W tej chwili myślę jedynie o tym, by opuścić to miejsce jak najszybciej. Czuję się osaczona. Nie chcę myśleć, pragnę stąd wyjść. U szczytu schodów siedzi kolejny bezdomny mężczyzna. Mam jeszcze niezjedzoną kanapkę. Podchodzę. Pyta, z czym jest. Z serem. Mówi, że z serem nie może.

Obserwuję i zastanawiam się, dokąd ci wszyscy ludzie pędzą. Patrzę na przyjeżdżające i odjeżdżające pociągi. Otwarcie drzwi. Tłum wychodzi. Tłum wchodzi. Zamknięcie drzwi. Pociąg odjeżdża. Kolejny skład. Tłum. Otwarcie. Tłum. Zamknięcie. Odjazd. Kolejny pociąg. Sekwencja się powtarza. Czy to taniec synchroniczny? Co za wyższość. Tłum i ja-jednostka. Szara masa i ja-odrębność. Owczy pęd i ja-indywidualność. Co za wyższość. Że niby niewplątana, że niby wolna. A może wszyscy wolni, a może nikt niewplątany?

Zaraz potem przychodzi kolejna myśl: a dokąd ja pędzę? Zerkam na zegarek, za minutę mój pociąg. Przydałoby się chwilę podbiec. Wskakuję do wagonu w ostatniej chwili.
————————————————————————————————————

 

Czuję przytłoczenie, miasto mnie przygniata. Teraz jestem już poza nim, ale nadal to czuję. Co za dziwna energia. Co za siła! A może chodzi tu o moją niewielkość? Mam tysiące możliwości, ale wszystkie układają się w kształt pajęczej sieci. Sieć jest lepka, jest wszędzie. I ono (miasto) każe mi: szybciej! Szepce do ucha: rób więcej, za mało! I patrzę na dół: cierpienie, a ono chichoce i każe nie patrzeć.

Chcę się odciąć, więc wchodzę w zieloność: to jest sad jabłoni. Zagłębiam się. W uszach już tylko tirli- tirli i szum liści. Jakże przyjemny rodzaj szumu. Czerwcowe słońce przebija się przez zielone blaszki, teraz przypominające kunsztowne mozaiki. Sztuka. Zatrzymuję się w miejscu, gdzie drzewa ustawiły się w charakterystyczny krąg. Opieram się o pień jednej z jabłoni, przypominający literę „V”. Moje ciało idealnie wpasowuje się w zagłębienie. Najpierw z pewną dozą ostrożności, potem już śmielej pozwalam objąć się jabłoni. Odchylam głowę do tyłu i przyglądam się falującym liściom. Wyobrażam sobie, że są innym światem, że świat jest kształtem, jakby kalejdoskopem, że to te ruchy tworzą całą rzeczywistość. Mogę w niej zatonąć. Patrzeć tak długo, aż sama poczuję się tym ruchem, zielonością, liściem, aż w końcu jabłonią.

Promienie słoneczne delikatnie przebijają się przez gałęzie. Nie są rażące, a jeśli nawet, to delikatnie przymykam oczy, potem rytmicznie je otwierając, bym znowu mogła je zamknąć. Wtedy czuję jeszcze lepiej słoneczne ciepło na mojej twarzy.

Nasza relacja powoli posuwa się do przodu. Pozwoliłam sobie odwzajemnić uścisk zielonej pani. Teraz dokładnie czuję fakturę kory, jest szorstka, ale w taki swojski sposób. Chłodna, dająca ukojenie w skwarny dzień. Zanurzam się w nią coraz głębiej.  Przechylam głowę w taki sposób, że dokładnie mogę poczuć jej zapach. Tak pachnie spokój. Powoli i ja spokojnieję – nie potrzebuję o niczym myśleć, niczego wiedzieć. To wspólne trwanie, jakby wlewa się w moją egzystencję To chwila zapomnienia. Moment niebycia. Albo bycia jeszcze bardziej.

I tak jak ludzie przez wieczność mieli szukać, tak drzewa przez wieczność miały szumieć, w im tylko zrozumiałym języku, tylko im i bogom jasne prawdy. Choć ludzie nie wiedzieli, to czuli, że w szumie kryje się jakaś tajemna mądrość. Nie wiedzieli też, ale czuli, że bez poznania tych prawd nigdy nie doświadczą spokoju. Tak więc zbliżali się do drzew, kładli się na pachnącej ziemi, patrzyli w niebo i słuchali śpiewu ptaków. Wszystko po to, by zrozumieć. Choć nie wiedzieli, ale czuli, że nie mogą poznać odpowiedzi. Mieli rację, bo odpowiedź znajdowała się tak samo daleko, jak przy rozpoczęciu poszukiwań. Odnajdywali jednak coś innego, wcale nie mniej ważnego niż tajemna wiedza, a był to spokój, jaki dawała im bliskość natury. Bo drzewa już wiedziały i dlatego były spokojne.

  Weronika Siemińska 


Dodaj komentarz