Śpiewać każdy może…

… tak przynajmniej stwierdzał Jerzy Stuhr w swojej piosence z festiwalu w Opolu w 1977 roku. Skoro „śpiewać”, to może również „pisać”? Podążając tym tropem, łatwo uzasadnić stwierdzenie, że dziennikarstwem też może się zająć dowolna osoba. Na pewno?

Oczywiście, że „śpiewać każdy może”, z drugiej strony jednak „jeden lepiej, drugi gorzej”. Kiedy sięgasz po materiał dziennikarski, wolałbyś zapewne przeczytać tekst raczej na miarę arii operowej czy przeboju muzyki popularnej niż mniej lub bardziej nieudanej „wariacji prysznicowej”? Z drugiej strony podczas śpiewania w rytm radia samochodowego również może objawić się geniusz… Teraz ten szereg przemyśleń spróbuję przełożyć na materię dziennikarską.

U początków była idea
Pierwszym tytułem prasowym w Polsce, który, można rzec, otwierał dzieje mediów w naszym kraju, był „Merkuriusz Polski”, który ukazywał się tylko przez kilka miesięcy 1661 roku. Początek to raczej symboliczny, bo tytuł służył w większej mierze sporządzeniu kroniki dziejów rodów szlacheckich w odcinkach. Nie można jednak zapomnieć, że na łamach „Merkuriusza” pojawiały się też relacje z toczonych podówczas wojen i zawieranych pokojów, w czym można by w ramach szerokiej analizy dopatrywać się początków reportażu wojennego.

Oświecenie przyniosło rozwój prasy – znamy z tego okresu „Zabawy przyjemne i pożyteczne”, stanowiące przede wszystkim organ wydawniczy literatów i ludzi sztuki spotykających się regularnie na obiadach czwartkowych.

Drugim, być może ważniejszym czasopismem był wzorowany na angielskim „Spectatorze”, kojarzony głównie z postacią Franciszka Bohomolca „Monitor”, redagowany głównie w celu walki z zacofaniem polskiego sarmatyzmu. Na jego łamach, zresztą dość ograniczonych, bo najczęściej ośmiostronicowych, królowała publicystyka nawiązująca do bieżących wydarzeń politycznych. Pamiątką po jednym z pierwszych polskojęzycznych magazynów jest podobno nazwa jednego z dzisiejszych dzienników urzędowych Rzeczpospolitej – „Monitora Polskiego”. Ukazują się w nim uchwały obu izb parlamentu i mniej istotne rozporządzenia.

Celem tego wstępu historycznego jest pokazanie, że za początki dziennikarstwa odpowiadali przede wszystkim artyści, grupa niezwykle zróżnicowana – jedni pojmujący świat w sposób abstrakcyjny, inni stąpający twardo po ziemi i krytykujący współczesną sobie ferment moralności i światopoglądu. Jedno jest dla nich wspólne – wywodzili się z ówczesnej wyżyny społecznej, jeśli nie majątkowej, to przynajmniej w zakresie oficjalnych stosunków, jak Trembecki, który bez mecenatu króla Poniatowskiego poszedłby zapewne na żebry.

Czasopismo jako narzędzie
Nowa rola przypadła wydawnictwom periodycznym w dwudziestoleciu, okresie aktywnej działalności grup poetyckich, legitymujących się własnymi programami, jak to miało w miejsce w przypadku choćby Awangardy Krakowskiej, której spiritus movens szybko stał się Tadeusz Peiper bądź też stroniących od wpisywania swojej lirycznej ekspresji w sztywne ramy manifestu. W ten sposób postępowali Skamandryci, których styl działalności określił Irzykowski „programofobią”.

Każda z podówczas istniejących orientacji literackich dysponowała swoim organem wydawniczym służącym swobodnej ekspresji własnych przemyśleń artystycznych. Literaci z kawiarni „Pod Pikadorem” publikowali swe wiersze w „Skamandrze”, a następnie „Pro Arte et Studio”, futuryści prowadzili „Nową Sztukę”, pisarze awangardowi redagowali „Zwrotnicę”, z kolei autorzy wileńscy, z których najbardziej znanym był Czesław Miłosz, poświęcili się pracy nad kolejnym wydaniami „Żagarów”, skąd też wziął się ich artystyczny przydomek – żagaryści.

Po 1918 roku literatura mogła nareszcie wyzwolić się z propagowania wartości narodowych i podtrzymywania atmosfery polskości, do której to misji dziejowej była naginana w ciągu 123 lat zaborów. Najlepiej wyraża to chyba Słonimski w poemacie Czarna wiosna, gdy w ustach podmiotu lirycznego umieszcza słowa: „Ojczyzna moja wolna, wolna… / Więc zrzucam z ramion płaszcz Konrada”. Euforia wolności i wszechobecny witalizm, przynajmniej w pierwszych latach niepodległości, zdominowały również organy wydawnicze poszczególnych grup literackich – inaczej niż w oświeceniu, nie miały służyć naprawie moralnej społeczeństwa, lecz przede wszystkim „l’art pour l’art” jako idealnej postaci wyzwolenia tematycznego i światopoglądowego.

Dziennikarstwo informacyjne
Po raz pierwszy niezwykłe możliwości prasy w zakresie przekazywania bieżących informacji dostrzeżono po upadku I Rzeczypospolitej, gdy niezbędne były drogi sprawnego przenoszenia wiadomości w rozerwanym na trzy części państwie. Część tytułów ukazywała się jawnie, wraz z upływem czasu znakomita większość musiała zamknąć działalność bądź przejść do drugiego obiegu. Względnie dobry klimat polityczny sprzyjający swobodnej pracy redaktorskiej utrzymywał się jedynie w Galicji, gdzie z kolei rozwój prasy utrudniała wszechobecna nędza i powszechny brak nawet elementarnej edukacji.

Od początku XIX wieku aż do dziś ta gałąź dziennikarstwa nie traci, a może wręcz zyskuje na znaczeniu – zmieniają się styl wypowiedzi, technologia, tematy, jednak zasadniczy cel pozostaje ten sam: przekazać istotną z jakiegoś punktu widzenia treść, zanim się zdezaktualizuje. Rola dziennikarza w tym procesie zmienia się na przestrzeni lat.

Pod zaborami trudno było mówić o wykształceniu się profesji samej w sobie – do czasopism pisali zwykle ludzie związani jeszcze z innymi formami działalności. Alternatywnie pracowali dla wielu różnych redakcji, aby zapewnić sobie byt w razie nieprzewidywalnych działań okupanta w zakresie kontroli wolności prasy.

Nowa Polska, nowe słowo
W dwudziestoleciu, dzięki panującej po wojnie swobodzie wypowiedzi, nastąpił rozkwit dziennikarstwa. Status społeczny poszczególnych redaktorów i dziennikarzy mógł oscylować w szerokich granicach – niektórzy posiadali szerokie wpływy, posiadali rozliczne kontakty i „mogli wiele” zarówno na salonach, jak i w świecie polityki, lecz większość zmuszona była do gonitwy za tanią sensacją lub relacjonowania ciekawostek z ulic największych miast.

W czasie II wojny światowej prasa ukazywała się nieregularnie, mnogość tytułów i nieciągłość poszczególnych wydawnictw dają dziś wrażenie wielkiego chaosu. Podobnie jak przed 1918 rokiem działalność redaktorska łączona była z pracą konspiracyjną. Utraciły znaczenie czasopisma literackie, których popularność okazała się raczej znakiem czasów – choć funkcjonowały też później, nigdy nie zdobyły takiej popularności jak w dwudziestoleciu.

Ku chwale Polski Ludowej
W następującym później okresie PRL istniejące media zostały podporządkowane władzy komunistycznej, a ich głównym zadaniem było stanowienie tuby propagandowej dla polityki partii oraz ukazywanie działalności pezetpeerowskich notabli w pozytywnym świetle. Znaczenie dziennikarza przede wszystkim zależało od tego, kto dokonywał oceny.

Dla elity partyjnej redaktorzy gazet nie mieli większego znaczenia. Dopóki wypełniali swoją rolę w państwie ludowym godnie, mogli liczyć na pochwały, jeśli zaś próbowali się buntować lub podkopali pozycję któregoś z ważnych członków aparatu, tracili posadę bez mrugnięcia okiem. Zupełnie inaczej jednak dziennikarze byli odbierani w społecznościach lokalnych, nastawionych propartyjnie. Ze względu na siłę słowa pisanego mogli niejedno przedsięwzięcie nagłośnić i ukazać w pozytywnym świetle bądź też storpedować i nie pozwolić zaistnieć. Decyzja zależała od tego, jak dobre wrażenie zrobią gospodarze, więc podejmowali niemały trud, by pracownika „Trybuny Ludu” czy innego systemowego wydawnictwa należycie ugościć.

Zderzenie z technologią
Współczesne media nie mogą narzekać na ograniczony zasób dostępnych środków przekazu. Przed dziennikarzem stoją ogromne możliwości. Z jednej strony dysponuje wieloma narzędziami, które znacznie ułatwiają pracę w stosunku do zmagań, jakie toczyli koledzy starszej daty. Przypomina się scena z Wojny futbolowej Kapuścińskiego, gdy ten z narażeniem życia poszukiwał w Tegucigalpie sprawnego faksu, by nadać depeszę do Polski. Dzisiaj zapewne otworzyłby laptopa, nadał wiadomość i dołączył właściwe zdjęcia. Bądź skorzystałby z mediów społecznościowych.

Z drugiej strony, może współczesny dziennikarz wcale nie ma łatwiej niż jego kolega z minionego stulecia? Przebicie się przez potok napływających zewsząd wiadomości i wyłowienie spośród nich tych naprawdę wartych uwagi graniczy z cudem. Opracowanie ich i puszczenie w obieg to często walka z czasem – w kraju i na świecie miliony redakcji tylko czekają na to, żeby cię wyprzedzić. Pojawia się konflikt między tempem a jakością pracy. Tylko zaprawiony w bojach dziennikarz, za sprawą instynktu, bo logiczna kalkulacja w takich sytuacjach zwykle zawodzi, jest w stanie zdecydować, czy dana informacja jest na tyle prawdopodobna, że można uznać ją za prawdziwą i ujawnić bez większego ryzyka narażenia się na kpinę.

Co jest, a co nie jest dziennikarstwem
W świetle powyższych ustaleń widać, że mimo coraz większej demokratyzacji profesji dziennikarskiej nadal wymaga ona specyficznych kompetencji, których nie nabędzie każdy. Dlatego stoję na stanowisku, że pełnoprawnym dziennikarzem nie może zostać pierwszy lepszy chętny. Potrzebne jest fachowe przygotowanie, które następnie przekuje się w wartościowe doświadczenie.
Oczywiście, czytając nagłówki prasy brukowej, można odnieść wrażenie, że jest dokładnie na odwrót – nie trzeba w końcu szczególnych umiejętności, by sklecić kilka zdań o morderstwach, zdradach, prowadzeniu w stanie nietrzeźwości i sukience ze zbyt dużym dekoltem na premierze nowego filmu. W zasadzie tak, lecz ile wspólnego z rzetelnym dziennikarstwem ma takie kolekcjonowanie cudzych niepowodzeń i „wpadek”?

Gdzie dziennikarz nie dotrze
Warto jednak pamiętać, że każdy może współcześnie współtworzyć przekaz dziennikarski. Praktycznie każdy nosi w kieszeni smartfon. Używamy telefonów nader często, czasem wręcz bezwiednie. Wiele osób ma tendencję do uwieczniania na zdjęciach nietypowych zdarzeń, których są świadkami. Dla dziennikarzy jest to szczególnie wartościowy materiał, bowiem pochodzi wprost z miejsca zdarzenia. Przekazany prędko do redakcji, może w ciągu kilku minut stać się ważnym newsem w czołówce witryny internetowej redakcji czy na pasku telewizji informacyjnej.

Może zabrzmi to patetycznie, ale muszę zwrócić się tutaj z apelem – możliwość fotografowania obserwowanych wydarzeń jest bardzo cenna, ale pamiętaj, że nie najważniejsza. Niejednokrotnie już zdarzało się, że w sytuacjach dramatycznych świadkowie zdarzenia myśleli najpierw o relacji zdjęciowej czy filmowej, a dopiero później o udzieleniu pomocy poszkodowanym, co może kosztować tych ostatnich nawet życie.

Wypadki takie początkowo miały miejsce głównie w Stanach Zjednoczonych, jednak problem staje się coraz powszechniejszy w Polsce. Uwagę nań zwrócili lubińscy policjanci, nagrywając spot informacyjny w czerwcu 2017 roku. Zaprezentowany w nim został wyreżyserowany wypadek samochodowy, w którym ciężkie obrażenia odnosi młode małżeństwo. Dookoła kręci się tłum gapiów, którzy zamiast udzielić pomocy, nagrywają zdarzenie telefonami komórkowymi. Spot można obejrzeć pod tym adresem: http://www.dolnoslaska.policja.gov.pl/pl/aktualnosci/galeria_filmowa/spot.

Pisać każdy może…
Pytanie tylko, czy na pewno ma to sens. W erze powszechnego dostępu do informacji większość czytelników nie oczekuje już od mediów wyłącznie przekazywania informacji, gdyż te można znaleźć wszędzie. Dużo istotniejsza jest ich oprawa – wypowiedzi ekspertów, komentarze, analizy danych, gdyż tych potencjalny odbiorca komunikatu medialnego nie jest w stanie stworzyć samodzielnie. Jeśli więc tworzyć, to twórczo, a nie odtwórczo.


Dodaj komentarz