Słowa mają moc

Kiedyś wierzono, że wypowiedziane przekleństwo może naprawdę zaszkodzić. Współcześnie słowa złorzeczeń przedzierają się z podwórek do strefy publicznej i poczynają tam sobie całkiem nieźle. Czy oznacza to, że z upływem lat stały się niegroźne? I czy naszym babciom naprawdę nie puszczały nerwy?

Próbuję odnaleźć w swoich wspomnieniach moment, w którym pierwszy raz usłyszałam naprawdę brzydkie słowo. Przypominam sobie emocje, które mi wtedy towarzyszyły. Byłam zdziwiona i bardzo zawstydzona. Czułam, że jest złe, że tak nie wypada mówić. Późniejsze wspomnienia nie są już tak wyraźne – z czasem przekleństwa zaczęły atakować z każdej strony. Tak często, że spowszedniały. Rażą, ale już nie szokują. Zastanawiam się dlaczego mają się tak dobrze, skoro jedna z ich funkcji właściwie zanikła?

Symboliczne zabijanie słowem
Mowa o tradycyjnej funkcji zaklinania. W języku zachowało się określenie rzucać przekleństwami. Nie wypowiadać, ale rzucać niczym zaklęciami. Naszym pradziadkom dużo trudniej przychodziło wyklinanie na prawo i lewo, bo wierzyli w siłę sprawczą wypowiadanych słów. „Mówiąc A, sprawiasz że coś staje się A”, mawiała moja prababcia. Już samo myślenie miało wielką moc, a co dopiero słowa.

Współcześnie też czasami wpadamy w pułapkę, którą psycholodzy nazwaliby myśleniem magicznym. Kiedy byłam dzieckiem, nigdy nie przechodziłam chodnikiem pod latarnią, która wyrosła na środku mojej drogi do szkoły. Panowało przekonanie, że tylko obejście jej może uchronić przed jakimś nieszczęściem. I choć świat się zmienia i wydawałoby się, że ludzie coraz mniej wierzą w zabobony, uśmiecham się za każdym razem, gdy widzę, że wydeptana ścieżka wokół latarni ma się całkiem dobrze.

Ponieważ raz wypowiedziane przekleństwo było trudno odkręcić, dbano, by nie rzucać ich bezmyślnie. Szczerze wątpię, by wiara w magię słów mogła powstrzymać naszych przodków od rzucania soczystymi wulgaryzmami w nagłym przypływie emocji. Frustracja i namiętność towarzyszyły również im. Podejrzewam jednak, że nie traktowali ich równie zuchwale jak współcześni.

Puste słowa?
W tej kwestii badacze biją na alarm – przestaliśmy ważyć słowa. W 2013 roku Centrum Badania Opinii Społecznej przeprowadziło sondaż, z którego wynika, że przeklina ośmiu na dziesięciu dorosłych Polaków. Z roku na rok coraz więcej i coraz swobodniej. Większość badanych deklaruje, że używa przekleństw wyłącznie pod wpływem emocji. Są wyrazem gniewu, złości, niezadowolenia. Informacja w nich zawarta nie ma znaczenia. Liczy się ekspresja, wyładowanie. Nieważne, którego z szerokiego wachlarza słów akurat użyją. Niewielka część korzysta z nich również po to, by coś dosadniej wyrazić, by „podkręcić” wypowiedź. – Przeklinam zazwyczaj wtedy, kiedy żartuję, opowiadam coś, co mnie jakoś poruszyło – mówi Ula.

Powody używania wulgarnego słownictwa wydają się dość niewinne. Ot, upust emocji, który w praktyce nie powinien nikomu zaszkodzić lub ubarwienie wypowiedzi. W sondażu ani słowa o tradycyjnej, groźnej funkcji przekleństw – symbolicznym „zabijaniu słowem”. Czy taka motywacja rzeczywiście wygasła, czy może po prostu nie zdajemy sobie sprawy z tego, jaką moc sprawczą może mieć niecenzuralne słowo rzucone w przestrzeń?

Nie przeklinaj, bo…
Magda uważa, że jeśli się kłócić to tylko soczyście. Twierdzi, że w ten sposób łatwo odreagowuje nagromadzone napięcie i nawet to lubi, choć po chwili zastanowienia dodaje, że często przeklinanie podczas kłótni ją jeszcze bardziej nakręca. Zamiast ulgi wyzwala stres, a nawet nienawiść. Idąc tym tropem, łatwo stwierdzić, że w wypowiadanych słowach tkwi ogromna siła. Zwłaszcza w czasach, gdy komunikacja odbywa się z prędkością światła. Nawet jeśli przestaliśmy już wierzyćw dosłowną moc przekleństw i traktujemy je raczej jako słowny przerywnik.

Można nienawidzić na pozór niewinnymi i ładnymi słowami („tak bardzo współczuję ci twojego stanowiska w tej sprawie”) i chwalić przy użyciu przekleństw (tu daruję sobie przykłady). Tradycyjna funkcja przekleństw-zaklęć działa dalej przede wszystkim wtedy, gdy chcemy sprawić, by ktoś poczuł się gorzej.

Winny: współczesny świat
Za upadek obyczajów językowych obwin ia się głównie media – Internet dał nam niemal niczym nieskrępowaną możliwość wyrażania poglądów, a osoby odpowiedzialne za kontrolowanie treści nie nadążają z usuwaniem przejawów wulgarności. Możliwość błyskawicznej wypowiedzii anonimowość zadania nie ułatwiają.

Socjolodzy tłumaczą wulgaryzację języka potrzebą pozowania na kogoś silniejszego. Osoba, która używa niecenzuralnych słów, sprawia wrażenie charakternej i wytrzymałej – a to cechy bardzo pożądane we współczesnym świecie. „Twardym trzeba być, a nie miętkim” – język popkultury nie pozostawia złudzeń. I choć motywacja pozostaje ta sama, społeczne postrzeganie przeklinania się zmienia. W Internecie częściej można znaleźć opinie, że przekleństwa są domeną osób słabych psychicznie, które nie panują nad emocjami i agresją.

Niekonsekwentnie poprawni
Odnoszę wrażenie, że sami nie jesteśmy wobec wulgaryzmów konsekwentni, co powoduje rozluźnienie językowych obyczajów. Nieśmiało stwierdzę, że tu tkwi istota językowej zuchwałości. Śmiejemy się w głos, gdy brzdąc przeklina, powtarzając słowo usłyszane na ulicy, by po chwili skarcić go za nieodpowiednie słownictwo. Prawie 80% z nas deklaruje, że klniei jednocześnie zapewnia, że to bardzo nieładnie i razi ich, gdy ktoś robi to w ich towarzystwie. Psycholodzy uspokajają – klną osoby bardziej szczere. Gdy ktoś ma coś do ukrycia, próbuje chować to pod płaszczykiem pięknych słów. Z drugiej strony ostrzegają, że stajemy się coraz bardziej wulgarni, narażamy tym innych na stres i wyzwalamy agresję.

Nie jestem zwolenniczką stanowiska, że istnieje poważna różnica między nienawistną mową gładkimi słowami, a tą samą, ale wyrażoną przy użyciu obelg. Dla mnie liczy się przede wszystkim intencja. Mój osobisty stosunek do przeklinania jest obojętny dopóty, dopóki nie narusza czyjejś strefy komfortu. Tylko skąd wiedzieć, że granica została przekroczona? Może lepiej sobie darować, gdy nie jesteśmy pewni co do niewinności rzucanych słów i reakcji naszego rozmówcy?


Dodaj komentarz