Singapur – mały gigant

Czy kraj może osiągnąć sukces bez ściągania podatków i wydobywania surowców? Może. Może też wsadzać ludzi za kratki za żucie gumy. Tak właśnie wygląda Singapur – maleńkie państwo z potężną gospodarką i wyjątkowo niskim poziomem przestępczości.

Państwo porządku
Gdy przebywałam na lotnisku Changi (uznanym za najlepsze na świecie), zaskoczył mnie wszechobecny luksus. Wszystko starannie wyłożone miękką wykładziną, utrzymane w nowoczesnym stylu, a dookoła mnóstwo rozrywek. W końcu kto bogatemu zabroni? Zachwyty nie kończą się jednak po wyjściu z budynku terminala. Godne podziwu są również ulice – między pasami jezdni rozciągają się liczne rabaty i wiecznie zielone akacje. Jako że Singapur dopiero od niedawna jest tak silnie zurbanizowany, nie znajdziemy tu starych budynków. W zamian jednak otrzymujemy wprost imponującą nowoczesną architekturę. Nawet w dzielnicy dla imigrantów, dla których buduje się specjalne budynki, nie da się zauważyć ani jednego typowego bloku z wielkiej płyty, w stylu tak dobrze znanym w Polsce. Oszklone budynki sięgające nieba to niemalże rutyna. Z drugiej strony nie znajdzie się tam również wielu jednorodzinnych domów, bo posiadanie nawet małego domku to ogromny luksus w tamtych rejonach – w tym kraju po prostu brakuje miejsca. Wyspa jest stale powiększana poprzez wysypywanie piasku na granicach. Jak się można domyślić, lasy i parki to również rzadkość, ale dzięki nieprawdopodobnej ilości roślin, kraj nie przypomina znanych nam dobrze metropolii, lecz ma swój oryginalny charakter.

Państwo a ludzie
Singapur nie ma żadnych znaczących zasobów naturalnych, dostępu do wody pitnej ani dobrego położenia. Jak więc stał się potęgą gospodarczą i technologiczną? Kluczowe okazało się odpowiednie zarządzanie. Państwo może poszczycić się wysoko rozwiniętym przemysłem high-tech oraz głęboko przemyślaną polityką rozwoju, a do tego drakońskim prawem. Dla porównania w Polsce mandat za przejazd autobusem bez biletu to około 100–150 złotych, zaś w Singapurze, w przeliczeniu na złotówki – 3000 złotych. Średnie zarobki nie są jednak wyższe niż w Polsce. Wszędzie powywieszane są ulotki mówiące, że posiadanie jakiejkolwiek ilości narkotyków jest zagrożone karą śmierci. Nawet za żucie gumy grozi nam wysoka kara! Ulice są niewiarygodnie czyste, bo śmiecenie – tak, zgadliście – również jest surowo karane.

Bardzo dobrze traktowani są imigranci. Z góry zapewnia się im mieszkanie, muszą się jedynie zatroszczyć o pieniądze na jedzenie i inne potrzeby. Pomimo zatłoczenia kraj chętnie przyjmuje do siebie nowych przyjezdnych, traktując ich jako siłę roboczą. Zdecydowanie mniej chętnie przyznaje się za to singapurskie obywatelstwo.

Wrócę jeszcze do pieniędzy. Otóż codzienne zakupy, takie jak choćby jedzenie, kosztują mniej więcej tyle samo co w Polsce, a zdarza się, że i mniej. Co najciekawsze, Singapurczycy raczej nie jedzą w domach, ale chodzą do małych knajpek, których jest bardzo, bardzo dużo. Bardziej opłaca się kupienie porcji w barze niż zrobienie obiadu samodzielnie. Cały talerz muli – dania jak na nasze standardy luksusowego – kosztował mnie zaledwie piętnaście złotych. Bary jednak kuszą rozmaitymi posiłkami i ich wspaniałym zapachem. Większość potraw bazuje na warzywach i owocach morza, czerpiąc po trosze z tradycji kulinarnych wielu państw świata.

Ciekawą kwestią są również zarobki – przeciętna sprzedawczyni w sklepie zarabia w przeliczeniu około dwóch tysięcy złotych, zatem niewiele więcej niż u nas. O ile jednak jedzenie nie obciąża przesadnie domowego budżetu, o tyle w zestawieniu z cenami nieruchomości czy aut, obraz życia przestaje być tak idylliczny. Jak powiedział mi jeden z mieszkańców, trzypokojowe mieszkanie na drugim piętrze, na obrzeżach miasta, kosztowało go równowartość trzech milionów złotych. Zaś za samochód kosztujący w Polsce około ćwierci miliona złotych, w Singapurze zapłacić trzeba cztery razy więcej. Przyczyną tego stanu (może nie jedyną, ale na pewno najwyraźniejszą) jest niezwykle wysoka gęstość zaludnienia. Gdyby każdy mógł kupić auto w umiarkowanej cenie, korki uliczne stałyby się nieznośne. Zresztą nie tylko wysokimi cenami usiłuje się w tym państwie przeciwdziałać rozwojowi indywidualnej motoryzacji, bowiem mieszkańcom oferuje się również świetnie rozbudowaną sieć autobusów. Przystanki w idealnym stanie rozmieszczone są w bardzo małych odstępach. Do autobusów wchodzi się tylko drzwiami znajdującymi się bezpośrednio przy kierowcy, tak by dało się zapobiec inwazji gapowiczów. Po wejściu przykładamy specjalną kartę do czytnika i to samo robimy przy wyjściu, dzięki czemu z karty pobierana jest dokładnie taka kwota, jaką należy zapłacić za przejechaną liczbę kilometrów.

Tęczowe państwo
Większość mieszkańców Singapuru to Chińczycy. Dużą część stanowi też ludność pochodzenia arabskiego oraz ciemnoskórzy. Białych dość trudno spotkać, co w Azji, zwłaszcza południowo-wschodniej, niby nie powinno dziwić, ale dziwnie się czułam, gdy ludzie zwracali na mnie uwagę. Turystów jest tam bardzo niewielu; przyjezdni zazwyczaj odwiedzają Singapur w celach biznesowych. Tylko w jednej dzielnicy można znaleźć stanowisko z pocztówkami i magnesami na lodówkę! Niemniej jednak wcale nie oznacza to, że Singapurczycy są do turystów źle nastawieni, wprost przeciwnie – każdy był mi bardzo pomocny, choć czasem miałam problem ze zrozumieniem ich wypowiedzi, ze względu na akcent. Trudności w komunikacji z nawiązką wynagradzało mi jednak radosne podejście mieszkańców do życia. Może to słoneczna pogoda, może kultura, ale zdecydowanie coś napędza ich do bycia zadowolonymi.

Edukacja
Nie wydaje się jednak, by tym czymś był system oświaty. Moja rówieśniczka o imieniu Nurul przekazała mi garść informacji na ten temat. Każdego dnia zaczyna szkołę o 9:00, zresztą dorośli również właśnie o tej porze zaczynają pracę. Mimo tego lekcje kończy dopiero o 17:30. Każdego dnia. I tak od szkoły podstawowej. Edukacja podzielona jest na etapy przedszkola, sześcioletniej szkoły podstawowej, dwuletniego gimnazjum, dwuletniego liceum, dwuletniego przygotowania do college’u i wreszcie samego college’u. Nacisk na naukę jest bardzo duży – dzieci nie wychodzą na dwór, tylko siedzą i się uczą. Pomimo tego, że moja koleżanka płynnie mówi w czterech językach, wcale nie przepełniają jej duma i zadowolenie: – Jestem bardzo zmęczona. Chodzę spać bardzo późno, ciągle muszę się uczyć. Stres mnie wykańcza i wiele bym dała, aby choć trochę wypocząć. Co prawda są wakacje, ale to marna pociecha, bo uwaga – uczniowie w tym czasie muszą i tak raz w tygodniu przyjść do szkoły. Dodatkowym czynnikiem utrudniającym naukę jest ciągłe słońce. Przez większość roku temperatura przekracza 30 stopni Celsjusza i pora deszczowa niewiele zmienia w tej sytuacji. Spytałam Nurul, czy podoba jej się w Singapurze i czy chce zostać tam po zakończeniu edukacji: – Jest tu zdecydowanie za gorąco. Nie chcę też żyć cały czas w stresie. Najbardziej chciałabym przeprowadzić się do Finlandii, tam podobno jest zimno i w końcu trochę zmarznę. Minimalna temperatura w Singapurze to 16 stopni, nigdy nie widziałam śniegu, a bardzo bym chciała.

Mimo swoich mniej przyjemnych stron, Singapur jest wart podziwu. Zachęcam każdego do jego odwiedzenia, ale uprzedzam, że nie jest to kraj, do którego da się pojechać tylko raz. Automatycznie staje się drugim domem.