Senior też może!

Aleksander Doba na początku września wylądował na plaży we francuskim La Conquet, kończąc w ten sposób trwającą 110 dni trzecią wyprawę kajakową przez Atlantyk, tym razem trasą północną. Jest to niewątpliwy dowód na to, że na emeryturze także można spełniać marzenia. Jednak Doba to niejedyny senior, któremu się to udało.

Emerytura każdemu kojarzy się z czymś innym. Jedni pragną spędzić ją w otoczeniu swoich dzieci i wnuków, w spokojnym domu z ogrodem, położonym gdzieś na przedmieściach albo na wsi. Inni trudnią się czymś tak fascynującym, że nie chcą przestać wykonywać pracy nawet po osiągnięciu wieku, w którym mogą już bez ograniczeń odpoczywać. Nie brakuje jednak i takich, którzy dopiero pozbawieni codziennych obowiązków rozwinęli skrzydła i zaczęli realizować swoje pasje.

Rozkręcamy imprezę!
Dyskoteka jest dość nietypowa. O ile widok nastolatków i studentów w lekkich, niezobowiązujących strojach nie dziwi, o tyle niemała liczba seniorów, ubranych zarówno w krótkie spodenki, jak i garnitury, może zaskakiwać. Za moment za konsoletą pojawi się ktoś, kto całe to międzypokoleniowe towarzystwo rozkręci na dobre. Mowa o DJ Wice, a na co dzień Wirginii Szmyt, która „poczuła muzę” w 2012 roku, w wieku 74 lat i od tamtego czasu nie odpuszcza. Jak sama mówi w licznych wywiadach, głównym celem, jaki stawia przed sobą, jest aktywizacja osób starszych oraz pokazanie młodzieży, że ich dziadkowie i babcie także mają prawo do dobrej zabawy. Niełatwo dogodzić gustom dwudziestolatka i siedemdziesięciolatka tańczących na tej samej imprezie – raz z głośników dochodzi więc przebój Boney M, a innym razem jakaś nowość od Katy Perry. Początkowo emeryci mają spore opory, aby ruszyć na parkiet w obecności osób młodszych od nich o kilkadziesiąt lat, ale później zazwyczaj przełamują się i cieszą się życiem.

Wirginia Szmyt stała się gwiazdą ze względu na swoją unikalną działalność. Mało kto jednak interesuje się, czym zajmowała się zanim została najstarszą didżejką w Polsce, a być może także i na świecie. Większość swojego życia przepracowała jako pedagog w ośrodku dla trudnej młodzieży. Jak sama przyznaje, działy się tam różne, trudne do pomyślenia rzeczy, jednak mimo to kochała wszystkich swoich podopiecznych. Wiedziała, że to nie oni są źli; to rodzina i środowisko, w których się wychowywali, miały na nich destrukcyjny wpływ. Nieraz wychowankowie obrażali ją, ale bez względu na wszystko cały czas traktowała ich z szacunkiem i żywym zainteresowaniem. Zwykle ostatecznie przepraszali za wszystko, co zrobili złego – nawet po pół roku. Interesowała się ich losami także po tym, gdy opuścili już ośrodek. U niektórych z nich bywała na weselach, a u innych niestety na pogrzebach. DJ Wika twierdzi, że życiowe doświadczenia pomagają jej w prowadzeniu imprez – i wcześniej, i dzisiaj musi sobie zjednać ludzi i zachęcić do wspólnej aktywności.

Zbyt ekstremalne? W żadnym wypadku!
Niewielu ludzi decyduje się na skok ze spadochronem. Niektórzy cierpią na lęk wysokości i nawet podróż samolotem ich paraliżuje, natomiast inni dostają dreszczy na samą myśl, że mieliby spadać przez cztery kilometry, pokładając nadzieję wyłącznie w marnej płachcie materiału z plątaniną linek i troczków. Bolesława Jońca z Jeleniej Góry takiego lęku jednak nie odczuwa. Swój pierwszy skok z patronem oddała w wieku 80 lat – ufundowała go rodzina w ramach urodzinowego prezentu dla seniorki. Dwa lata później, w 2012 roku powtórzyła swój wyczyn. Tym razem skok zasponsorował jeleniogórski aeroklub, jednocześnie odpowiednio nagłaśniając sprawę w mediach, które tłumnie zjechały się na miejsce lądowania. Jak sama mówiła tuż po przebyciu wysokości około czterech kilometrów: Nadrabiam młodość. Nie będę czekać na śmierć. W moim wieku muszę korzystać z każdego dnia. W powietrzu czułam się jak wolny ptak.

Okazuje się, że na świecie nie brakuje i starszych skoczków. Aktualny rekord należy do Verduna Hayesa, brytyjskiego weterana II wojny światowej, który brał udział m.in. w lądowaniu w Normandii. Swój skok na spadochronie oddał w wieku 101 lat i 38 dni. Poprawił w ten sposób wynik Kanadyjczyka Armanda Gendreau, który w momencie bicia rekordu miał 101 lat i 3 dni.

Przygoda w powietrzu dla odważnych
Paralotniarstwo nie należy do sportów, które może uprawiać każdy. Sam sprzęt może kosztować nawet kilkanaście tysięcy złotych, a do tego trzeba przejść odpowiednie szkolenia – podstawowy kurs kosztuje około 1300 zł (www.aerokrak.pl). W grę wchodzi również tzw. czynnik ludzki: nie każdy znajdzie w sobie dostatecznie dużo odwagi, by szybować w powietrzu, pokładając całe zaufanie w niewielkiej paralotni. Janusz Orłowski (nazywany w środowisku Praszczurem) nie widzi jednak żadnych przeszkód.

Jak sam mówi, pasja do latania drzemała w nim od małego. W wieku czterech lat (a było to w 1930 roku) obserwował w swoim łódzkim rodzinnym mieszkaniu na czwartym piętrze samoloty startujące i lądujące na pobliskim lotniku. Tuż po wojnie, w 1946 roku zaczął kurs szybowcowy, aby po roku treningów wzbić się samodzielnie w powietrze. Później, ze względu na nawał pracy i obowiązków, musiał zrezygnować ze swojej pasji. Całe życie spełniał się jako architekt, specjalizujący się w renowacjach zabytków. Po przejściu na emeryturę powróciły wspomnienia z młodości i znowu dała się odczuć chęć oderwania się od ziemi. Szybowce nie wchodziły już w grę, gdyż musiałby otrzymać zaświadczenia o odpowiednim stanie zdrowia. Gdy usłyszał jednak o kursie paralotniarskim, który miał się odbywać na warszawskim Ursynowie, nie przepuścił okazji. Tuż przed siedemdziesiątymi urodzinami zapłacił wpisowe i udał się na pierwsze zajęcia. Wtedy też narodził się jego przydomek – jak sam wspomina, kiedy dwóch młodych kursantów nazwało go dziadkiem, on odpowiedział im, że nie jest dziadek, tylko Praszczur – i tak już zostało.

Od tamtego momentu do dzisiaj przelatał już prawie 800 godzin, znacznie więcej niż na szybowcach. W lipcu, w wieku 91 lat, udało mu się uzyskać wpis do Księgi Rekordów Guinessa – oficjalnie stał się najstarszym paralotniarzem na świecie. Nie zamierza na tym poprzestać – mówi, że z systemu dziesiątkowego przestawił się na dwunastkowy – czyli nie życzy sobie 10 razy 10, co daje 100 lat, tylko 12 razy 12, co daje 144 lata.

Tylko dla młodych?
Pole dance dopiero od kilku lat jest w Polsce traktowany jako sport, a nie obraza godności i obyczajności. Nadal jednak niewiele osób jest sobie w stanie wyobrazić, że tancerzami pole dance mogą być nie tylko dwudziestolatki. Świetnym przykładem jest Greta Pontarelli, która w tym roku skończyła 61 lat, a jej występy przyciągają spore tłumy widzów. Jeszcze większe zdziwienie wzbudza fakt, że Greta taniec trenuje dopiero od dwóch lat! Zaczęło się od wizyty u ortopedy, który stwierdził u niej postępującą osteoporozę. Najskuteczniejszą terapią miały być regularne ćwiczenia siłowe. Greta uznała jednak, że samo podnoszenie ciężarków jest stanowczo zbyt monotonne. Wtedy przez przypadek zainteresowała się pole dance’em. Ponieważ wykonanie wielu figur wymaga podniesienia całego ciała wyłącznie z wykorzystaniem siły mięśni rąk, była to propozycja idealna dla niej. Nie zrażając się stereotypami, zaczęła intensywnie trenować. Dzisiaj dla wielu znacznie młodszych od siebie kobiet stanowi inspirację – i dowód na to, że nigdy nie jest za późno, aby zacząć coś nowego.

No to jedziemy!
Skateparków jest w Polsce coraz więcej, jednak trudno spotkać na nich kogoś poza nastolatkami i studentami. Tymczasem Lloyd Kahn pokazał, że jazda na deskorolce jest dobra w każdym wieku.

Kahn wpisuje się w definicję człowieka renesansu – jest między innymi jednym z pionierów architektury ekologicznej. Stworzył wiele projektów domów korzystających z odnawialnych zasobów środowiska, a przy tym otoczonych zielenią, która stanowi właściwie ich integralną część. Wydał wiele książek poświęconych nowoczesnemu budownictwu. W wolnych chwilach pasjonuje się fotografią oraz bieganiem, któremu także poświęcił dwa poradniki. Największym zamiłowaniem darzy jednak surfing, który uprawiał regularnie. Po wielu latach musiał jednak zrezygnować ze względu na zbyt duże ryzyko wypadku – przychodzi taki wiek, w którym nawet najlepsi surferzy nie mogą już być pewni wytrzymałości swoich mięśni. Kahn nie pogodził się jednak z myślą spędzenia emerytury w fotelu, przed telewizorem. Postanowił więc zamienić deskę surfingową na deskorolkę. Zaczął trenować w wieku 65 lat. Dzisiaj ma 82 lata, a nadal poświęca na skateboarding każdą wolną chwilę.

Życie dopiero po sześćdziesiątce
Nie każdy ma to szczęście, że może wykonywać pracę zgodną ze swoimi zainteresowaniami. Bodhi Hanna Kristner była ofiarą znienawidzonej przez siebie biurokratycznej monotonii, w której każdy kolejny dzień zaczynał i kończył się tak samo. Gdy w wieku 60 lat uzyskała prawo do emerytury, przeszła na nią natychmiast, nie mogąc dłużej wytrzymać w śmiertelnie nudnym biurze. Odciążona ze wszystkich zobowiązań, wraz z mężem zdecydowała się na przeprowadzkę do Indii, gdzie chciała rozwijać swoją pasję ogrodniczą.

Już na miejscu przez przypadek spotkała nauczyciela Kyudo, japońskiego łucznictwa ceremonialnego, wywodzącego się jeszcze z samurajskich tradycji walki i opanowania sztuki zen. Koncepcja spodobała się jej tak bardzo, że za spotkanym mentorem pojechała aż do Japonii, gdzie zaczęła intensywne treningi. Początkowo nauka szła jak po grudzie, jednak dzięki sile woli dokończyła szkolenie i w wieku 70 lat stała się nauczycielką Kyudo. Obecnie ma 87 lat, a nadal udziela lekcji w Indiach, Kalifornii i na Hawajach. Jak sama mówi, jej życie zaczęło się tak naprawdę dopiero wtedy, gdy wychowała dzieci i przeszła na emeryturę.

Zapewne jeszcze nie myślisz o emeryturze; przecież to dopiero za kilkadziesiąt lat! Spróbuj sobie jednak wyobrazić, co będziesz wtedy robił: aktywnie spędzał czas czy raczej wypoczywał, korzystając z uroków błogiego lenistwa? Możesz też pójść jeszcze dalej – czy dzisiaj, będąc w pełni sił, odważyłbyś się zrobić to, na co osoby opisane powyżej zdecydowały się dopiero na emeryturze?


Dodaj komentarz