Problemy pierwszego świata i zaskakujące pasożytnictwo

Downton Abbey Michaela Englera i Parasite Joon-ho Bonga to pozycje skrajnie różne i zestawianie ich ze sobą może wywoływać niemałe zdziwienie. Na pierwszy rzut oka jedyne, co je łączy, to czas wejścia do kin. No bo co może mieć wspólnego życie XX-wiecznej brytyjskiej arystokracji ze współczesną południowokoreańską rodziną żyjącą na skraju ubóstwa?

Mimo wielu oczywistych różnic, w gruncie rzeczy oba filmy dotykają zbliżonych problemów i zadają podobne pytania. Robią to jednak na odmienne sposoby i z zupełnie innym przesłaniem. Jakim? Warto przekonać się samemu. Uwaga na spojlery – w przypadku Parasite reżyser zachęcał, by oglądać film, nie wiedząc o nim zupełnie nic. Jeżeli więc chcecie pozostać bezstronni, sugeruję, by najpierw obejrzeć film, a dopiero potem o nim czytać.

Wielka Brytania, rok 1927, posiadłość Downton. Rodzina Crowleyów, dobrze znana wszystkim fanom serialu Juliana Fellowesa (film jest jego bezpośrednią kontynuacją, akcja toczy się rok po wydarzeniach z ostatniego sezonu Downton Abbey), szykuje się do przyjęcia w gościnę pary królewskiej. Dla wielu członków służby i lokalnej społeczności ta wizyta jawi się jako najważniejszy dzień życia, moment, w którym dostąpią najwyższego możliwego zaszczytu. Dla Crowleyów to lekki stres i niedogodności, konieczność rozkładania krzeseł w deszczu i wybierania nowych strojów. Jedynie Irlandczyk Tom Branson (Allen Leech), o niegdyś rewolucyjnym i patriotycznym nastawieniu, oraz pomoc kuchenna Daisy (Sophie McShera) nie są zachwyceni odwiedzinami, ale i tak włączają się w wir przygotowań i robią, co mogą, by wizyta wypadła bez zakłóceń.

Problemy pierwszego świata

Jeżeli chodzi o fabułę – to by było na tyle. Jak zauważa Jakub Majmurek w recenzji na portalu filmweb.pl: stanowiąca oś fabuły historia wizyty pary królewskiej w Downton Abbey nie ma w sobie dramatycznego potencjału, by unieść dwugodzinny film. Trudno się nią przejąć, skoro stawka jest iluzoryczna (J. Majmurek, Fantazje na czasy chaosu, www.filmweb.pl). Akcja jest rozproszona na pomniejsze wątki i incydenty, jednak żaden z nich nie ma szans się rozwinąć, wybić się ponad inne. Serial przyzwyczaił widzów do barwnych postaci, a ich perypetie, oprócz splendoru posiadłości oraz tła historycznego, były kanwą, na której opierał się sukces serialu. Tutaj (z wyjątkami) nie mają czasu, by się zaprezentować – są tylko jednymi z wielu rekwizytów obok pięknych strojów, samochodów i zastawy. Pomimo rewelacyjnej gry aktorskiej (Maggie Smith jest jak zwykle bezkonkurencyjna) bohaterowie w filmie blakną.

A niektórzy także rozczarowują – Lady Edith, niegdyś przełamująca konwencje i zachęcająca do tego innych, daje się poznać jako znudzona markiza, której ogromnym zmartwieniem jest brak odpowiedniej sukni (czy to ta sama Edith, która w spodniach pracowała na farmie?). Ma także poważniejsze rozterki, ale poza wyrażaniem swojego niezadowolenia w zasadzie zdaje się na łaskę i niełaskę innych. Zawsze wyróżniała się życzliwością i brakiem snobizmu, a tu okazuje się dość materialistyczna i przewrotna. Podobnie zniknęła radykalność i wywrotowość Toma. Nie chodzi nawet o to, co robi, ale jak i dlaczego to robi – okazuje się, że nieskazitelne imię rodziny Crowleyów (choć wciąż czuje, że nie do końca jest jednym z nich) to jego najwyższy priorytet. Nadal mówi to, co myśli, ale jego dawne ideały jak gdyby rozwiały się po latach mieszkania w Downton.

Korea Południowa, dzień dzisiejszy. Mieszkająca w ciasnej suterenie rodzina – małżeństwo z dwójką dorosłych dzieci – której jedyny zarobek pochodzi ze składania pudełek na pizzę, zastanawia się, jak polepszyć swoją sytuację finansową. Szczególnie, że szefowa potrąca im z pensji za źle złożone pudełka, sąsiadka odcina dostęp do WiFi, w ich mieszkaniu żyją pluskwy, a lokalny pijak regularnie sika pod ich oknem. Z pomocą przychodzi przyjaciel syna, Gi-woo (Woo-sik Choi) – przynosi rodzinie kamień mający zapewnić im dobrobyt i proponuje Gi-woo pracę korepetytora u bogatej rodziny. Od tego momentu dla bohaterów odwraca się karta i rozpoczyna się pasmo emocjonujących wydarzeń.

Zaskakujące wyjścia z sytuacji bez wyjścia

Parasite trzyma w napięciu do samego końca, nie ma tu mowy o nudzie. Film korzysta z klisz i znanych schematów fabularnych, ale tylko po to, by na chwilę uśpić czujność widza, a po chwili zupełnie go zaskoczyć. Jest nieprzewidywalny, a momentami wręcz szokujący. Miesza w sobie przeróżne gatunki: komedię, dramat, film akcji. Tragizm przeplata się z humorem, a groźnie wyglądające sytuacje mogą zostać rozładowane w zabawny sposób. Jednak te żarty nie zawsze są śmieszne. Nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać – kiedy bohater z wściekłym wyrazem twarzy podnosi do góry zaciśniętą pięść, równie dobrze może za moment uderzyć albo wybuchnąć serdecznym śmiechem. Dlatego, oglądając Parasite, nie jest łatwo się rozluźnić. Równocześnie trudno nie żywić nadziei, że nawet gdy wszystko wskazuje inaczej, historia jednak będzie miała szczęśliwy finał. Bohaterowie są interesujący i dobrze wykreowani, szczególnie ojciec rodziny, Gi-taek (Kang-ho Song), przykuwa uwagę.

Parasite to w dużej mierze film o rodzinie, więzach i relacjach między jej członkami. Jest tu wiele ciepła, wzajemnego zrozumienia i poczucia odpowiedzialności za siebie nawzajem. Bezpieczeństwo i dobrobyt bliskich stoją tutaj na pierwszym miejscu. Za wszelką cenę. Ale także, podobnie jak Downton Abbey, Parasite pokazuje zderzenie dwóch światów: bogatej klasy średniej i klasy niższej. Choć Crowleyom i Parkom daleko do bezwzględnych wyzyskiwaczy, to oczekują, że służba będzie znać swoje miejsce i wykonywać pracę w rzetelny i właściwie niewidzialny sposób. Gdy jednak zachowa się nieodpowiednio, na idealnej rzeczywistości pojawi się rysa, porządek zostanie zakłócony. W bardziej lub mniej dramatyczny sposób.

Bieda? A co to?

Rodzina w Downton Abbey jest zżyta ze służbą, dba o jej warunki życiowe i wstawia się za nią w różnych sytuacjach (choć w filmie nie widać tego tak jak w serialu). U Parków (Seon-gyun Lee) pracowników łatwo zastąpić, a pracodawcy właściwie nic o nich nie wiedzą – i nie chcą wiedzieć. I właśnie ten brak zainteresowania okaże się brzemienny w skutkach. Pani Park (Yeo-jeong Jo) żyje w idealnym świecie piękna i nieograniczonych pieniędzy – jej priorytetem jest rodzinne szczęście i bezpieczeństwo. Z pięknego, otoczonego żywopłotem domu na wzgórzu nie widać ciasnych uliczek i brudnych suteren w biednej dzielnicy. Dla Parków bieda (czy też przynależność do niższej klasy) jest obca, niezrozumiała i ma w sobie coś nieprzyzwoitego, co albo wywołuje bezwarunkową odrazę (jak dziwny, piwniczny zapach), albo w perwersyjny sposób podnieca (jak tanie majtki znalezione w samochodzie). Znamienny jest tytuł filmu, który może się odnosić do kilku różnych postaci (lub grup postaci). Pytanie, na które każdy musi odpowiedzieć sam, brzmi – kto na kim tak naprawdę pasożytuje?

Na górze róże, na dole…

Uwagę zwraca też operowanie przestrzenią na linii góra–dół, które w obu filmach podkreśla podziały między klasami. Bogacze mieszkający na górze wśród zbytków, przestrzeni i światła pozostają w znacznej mierze nieświadomi, co dzieje się w ciasnych i ciemnych pomieszczeniach na dole. Te dwie sfery przenikają się, ale każda z nich rządzi się własnymi prawami. I tak: pod spodem może kryć się dobrze zorganizowany mechanizm, ale może to być także przestrzeń, w której czai się groza. Tym razem w Downton Abbey napięcie pomiędzy arystokracją a służbą jest niewielkie – pracownicy są szczęśliwi, że mogą służyć w Downton i tego przywileju nie zamierzają się wyzbyć. Jeżeli ktoś zastanawia się, czy taki styl życia ma jeszcze sens, to arystokraci. Z pomocą przychodzi służba, opowiadając się po stronie konserwatywnych wartości.

W dzisiejszych czasach politycznej zawieruchy, próby ustalenia wspólnych wartości i podstaw, Downton Abbey przychodzi z dość konserwatywnym przesłaniem pomimo homoseksualnego wątku społecznego. Bądźmy szlachetni, trzymajmy się rodziny i tradycyjnych wartości, a (prawie) wszyscy będą szczęśliwi. Za to film Joon-ho Bonga nie daje nam żadnej recepty, tylko rodzi kolejne pytania. To świetny film, który czasem bawi, czasem szokuje, a przez cały czas trzyma w napięciu. Dostarcza zarówno refleksji, jak i rozrywki. Nie tylko warto, ale trzeba go zobaczyć. Natomiast Downton Abbey w wersji filmowej nie jest tak dobry jak serial. Dlaczego jednak mimo jego wszystkich niedociągnięć wyszłam z kina z szerokim uśmiechem na twarzy? Bo to naprawdę miły, uroczy obraz ze szczęśliwym zakończeniem, w którym ludzie są dobrzy, nawet jeśli czasem złośliwi, Downton jest piękne, a Lady Granthan (Maggie Smith) i Lady Mary (Michelle Dockery) błyskotliwe. Jeżeli Parasite jest jak wypicie energy drinka – na pewno nie zaśniecie po nim spokojnie, to Downton Abbey jest jak gorąca czekolada w wietrzny, jesienny dzień.

Katarzyna Hyla


Dodaj komentarz