Powinni zapłacić?

Kwestia niemieckich reparacji za zniszczenia powstałe w wyniku II wojny światowej rozpaliła niedawno do czerwoności polską scenę polityczną. Okazuje się, że pozornie historyczny temat również potrafi wzbudzać wielkie emocje. Odstawmy je jednak na bok i spróbujmy ustalić: kto ma rację w sporze o odszkodowania wojenne?

Większość konfliktów pozostawia po sobie straty ludzkie i zniszczenia materialne. Nic więc dziwnego, że niemal od zawsze obowiązuje w zasada prawna, aby jedno z państw (zazwyczaj: przegrany agresor) wypłaciło drugiemu finansową rekompensatę za poniesione straty.

Wydawać by się mogło, że zasada ta powinna znaleźć zastosowanie również w przypadku II wojny światowej. Był to przecież największy konflikt zbrojny w dziejach ludzkości, który trwał kilka lat i zaangażował nieomal wszystkie państwa świata. W trakcie walk użyto wielu rodzajów broni masowego zniszczenia, w tym najpotężniejszej bomby atomowej. W trakcie tej wojny doszło również do wielu gigantycznych ludobójstw z Holocaustem na czele.

Jak się jednak okazuje, historia nie jest tak prosta i oczywista. Wiele państw – w tym Polska – nigdy nie doczekało się rekompensat finansowych za II wojnę światową. Dlaczego?

Pogmatwane dzieje
II wojna światowa nie skończyła się jedną powszechną konferencją pokojową, podczas której podjęto by odpowiednie decyzje co do przyszłości. Co więcej, jeszcze w trakcie trwania konfliktu odbyło się kilka szczytów o charakterze konferencji międzynarodowych, podczas których obóz, który jedynie spodziewał się swojej wygranej w wojnie, dzielił przyszły świat wedle własnej wizji.

Niestety, skutkiem tych spotkań było również zarysowanie się nowego międzynarodowego konfliktu – tzw. zimnej wojny. Nie minął rok od zakończenia II wojny światowej, a państwa Europy i świata podzieliły się na dwa bloki: zachodni i wschodni. Wczorajsi sojusznicy stanęli naprzeciwko siebie i z gotowymi do wystrzału karabinami tylko czekali na sygnał do ataku z Moskwy lub Waszyngtonu. I chyba wyłącznie dar rozsądku (lub dar lęku przed bronią atomową?) kolejnych przywódców Kremla i Białego Domu spowodował, że przez czterdzieści kilka lat nie doszło do wybuchu III wojny światowej.

Ponadto Niemcy zostały po wojnie podzielone na dwa zupełnie różne państwa. Nie było więc nawet zgody co do tego, kto miałby ewentualne reperacje dla Polski i innych krajów wypłacać – rząd zachodni w Bonn czy rząd wschodni z siedzibą w Berlinie (sojuszniczy względem ówczesnej, komunistycznej Polski)? A może oba? Nie ulega wątpliwości, że Niemcy paradoksalnie w tej sprawie zyskały na historycznym pogmatwaniu. Gdyby od razu po wojnie istniały obok siebie dwa suwerenne państwa, polskie i niemieckie, to niemal na pewno kwestia reparacji przybrałaby zupełnie inny obrót i być może już dawno zostałaby rozwiązana.

W tych specyficznych warunkach nie może jednak dziwić, że sprawa odszkodowań nie została odpowiednio uregulowana we właściwym czasie, a więc tuż po wojnie. Zamiast cieszyć się pokojem i naprawiać straty po szaleństwach wywołanych przez Hitlera, największe państwa znów skoczyły sobie do gardeł, zastygając z kłami wycelowanymi w szyję przeciwnika. Do ugryzienia nie doszło (choć pewne ukąszenia miały miejsce – wystarczy wspomnieć Wietnam, Kubę czy kryzysy berlińskie), ale jednocześnie rozpłynął się gdzieś temat reparacji. Tak jak gdyby nie było w ogóle takiego problemu, a Hitler stanowił wyłącznie niemiły epizod historyczny.

Polskie racje
Nie może dziwić, że dla Polski temat braku odszkodowań wojennych od Niemiec jest szczególnie drażliwy. Nasze państwo ucierpiało niezwykle mocno, będąc na pierwszej linii działań wojennych. Przez nasze tereny w ciągu tych sześciu lat aż trzykrotnie przetaczała się linia frontu ze wszystkimi jej okrucieństwami – najpierw Niemcy na spółkę z Sowietami dokonali ataku z dwóch stron, likwidując w ten sposób II RP; po dwóch latach Niemcy ruszyli przez polskie ziemie na Sowietów, a po trzech kolejnych musieli przez nasz kraj uciekać przed odpierającą ich Armią Czerwoną.

Ponadto – chociażby z racji na wielką liczbę ludności żydowskiej w Polsce – ponieśliśmy gigantyczne straty ludnościowe. Według szacunków zginęło aż sześć milionów obywateli przedwojennej II RP. Gdyby niemieccy okupanci utrzymali to tempo mordowania polskich obywateli (co zresztą było ich celem), to jak dość łatwo można policzyć, mniej więcej w drugiej połowie lat 60. zeszłego stulecia Polacy staliby się jedynie pojęciem historycznym.

Poza ogromem strat ludzkich Niemcy odpowiadają także za wprost niepoliczalne szkody materialne. Klasycznym przykładem jest los stolicy, Warszawy. Ucierpiała ona zarówno podczas kampanii wrześniowej w 1939 roku, jak i podczas powstania warszawskiego. Paradoksalnie największe szkody wyrządzili tu Niemcy, wtedy gdy ostatni Polacy opuścili miasto. To wtedy przez kilka jesiennych miesięcy 1944 roku (po powstaniu) dokonywano systematycznego wyburzania Warszawy, aby nie został tu „kamień na kamieniu”. Trudno o bardziej perfidną i obrzydliwą akcję wymierzoną w dorobek cywilizacyjno-historyczny danego państwa niż systematyczne wyburzanie jego stolicy.

Straty polskie podczas wojny to również sfera kultury. Szacuje się, że Niemcy zrabowali z Polski ok. pół miliona dzieł sztuki wartych łącznie aż 11 miliardów dolarów (według współczesnego kursu). Zniszczono również setki instytucji kultury – muzeów, teatrów, kin… Najsłynniejszym bodaj dziełem sztuki, które zniknęło z polskich zbiorów zrabowane przez naszych zachodnich sąsiadów, jest Portret młodzieńca pędzla samego Rafaela. Do dziś nie udało się go odnaleźć.

Gdy teoria spotyka się z realiami
Nie ulega wątpliwości, że Niemcy jako sprawca i jednocześnie przegrany II wojny światowej powinny zapłacić Polsce (i innym państwom) odszkodowania w postaci reparacji. Tak się jednak nie stało. Dlaczego?

Pierwszy powód został już wyjaśniony – skomplikowana sytuacja historyczna Europy po II wojnie światowej. Ostry spór na linii wschód–zachód, nieustająca groźba nowej wojny, podział Niemiec. To wszystko nie sprzyjało uzyskaniu od Niemiec odszkodowań.

Drugim problemem był sam stosunek władz polskich do tej kwestii. Zabrakło konsekwentnej polityki – ale to znowu wynika z komplikacji historycznych. I tak np. komunistyczny, podporządkowany Moskwie rząd Bieruta faktycznie zrzekł się reparacji. Jednak była to decyzja niesuwerenna, spowodowana uzależnieniem od ZSRR i jakoby przyjacielski gest wobec (tylko jednego z dwóch) państw niemieckich – NRD.

Już w III RP kolejne rządy unikały tematu roszczeń, gdyż Niemcy (już zjednoczone) były naszym głównym sojusznikiem na drodze do integracji z zachodnią Europą. Gdy to się już udało i wstąpiliśmy do NATO oraz Unii, temat odżył. Skutkiem była kuriozalna sytuacja, do której doszło we wrześniu 2004 roku. Polskie władze wysłały wówczas do Berlina dwa zupełnie sprzeczne komunikaty w sprawie roszczeń. Najpierw Sejm niemal jednogłośnie przyjął uchwałę, w której stwierdził, że Polska ma pełne prawo do roszczeń. Cztery dni później lewicowy rząd Marka Belki z kolei jednoznacznie oświadczył, że sprawa reparacji jest już zamknięta. Przy takim dwugłosie nie sposób było oczekiwać, żeby Berlin poważnie potraktował nasze żądania.

Ostatnio o sprawie znów zrobiło się głośno. Jako dobry przykład podaje się w tym kontekście Grecję, która to jako jedno z nielicznych państw zdołała uzyskać od Niemiec rekompensaty za wojnę. Stało się to w 1960 roku, lecz Niemcy zapłaciły wówczas zaledwie część ze swych zobowiązań. Podobnie jak u nas, i w Helladzie temat co rusz więc odżywa.

A gdyby jednak stał się cud (bo chyba w takich kategoriach należy to rozpatrywać) i Niemcy zapłaciłyby nam zaległe pieniądze? Eksperci szacują tą kwotę bardzo różnorodnie, od 3 do 24… bilionów złotych! Dla porównania, z obecnej, kilkuletniej puli budżetowej Unii Europejskiej Polska dostaje „zaledwie” 390 miliardów złotych. Z kolei budżet Niemiec to w przeliczeniu mniej więcej bilion złotych. Nie trzeba być doktorem ekonomii, aby dostrzec, że wypłata reparacji w takim kształcie spowodowałaby bankructwo naszego zachodniego sąsiada. Chyba że by wypłaty na wiele, wiele, wiele rat (i lat).

Cud niepamięci
Co więc powinniśmy jako naród zrobić? Czy warto walczyć o coś, co wydaje się zupełnie nieosiągalne? Politycy prowadzą swą grę interesów, która polega między innymi na manipulowaniu nastrojami społecznymi, dlatego nie może dziwić, że do tematu będą wracali. Jednak to tylko teatr – przedstawienie, którego reżyserzy dobrze wiedzą, iż żadnych reparacji nie mogą oczekiwać.

Czy w związku z tym powinniśmy zapomnieć o temacie? Zbrodnie wyrządzone Polsce przez Niemców niespełna osiemdziesiąt lat temu wciąż przerażają. Kolejne pokolenia dowiadują się o nich z książek czy filmów. Rozmiar tamtych krzywd nigdy nie może być zapomniany i chociażby dlatego – z pobudek, jak to się ładnie mówi, moralnych – powinniśmy się o nie upominać. Albo przynajmniej: przypominać.


Dodaj komentarz