W poszukiwaniu szczęścia u progu dorosłości

Scenariusz jest zwykle taki sam: kończysz ogólniak/technikum/zawodówkę, zastanawiasz się, co potem i dochodzisz do wniosku, że najlepiej wyjechać za granicę. Dlaczego? Odpowiedź jest prawie oczywista: bo tu nie zarobisz tyle co tam.

Ci, którym zależy na kontynuowaniu nauki, wybierają się na studia i żyją nadzieją, że może to zapewni im satysfakcjonującą posadę.
Zdobywają dyplom, który i tak nie daje im gwarancji dobrze płatnej pracy w Polsce. Mówią, że za granicą na tym samym stanowisku dostaną więcej. Tak przynajmniej było do niedawna. Teraz widać jednak zmianę. Coraz więcej młodych przekonuje się do polskich standardów, bo: „jest bezpieczniej, nie dochodzi do zamachów, jaki we Francji czy Wielkiej Brytanii”. Także rodzimy rynek otwiera się na młodych, ambitnych i kreatywnych.

Projektować każdy może
NEAT. Młoda, ale rozwinięta i obecnie dobrze prosperująca polska streetwearowa marka odzieżowa, założona przez Joannę Sikorę i Szymona Mikołajczyka. Ona – nawet nie rozpoczęła studiów. On – porzucił politologię, bo jak stwierdził, „studia okazały się niewypałem”. Zaczęło się od portalu Hype-n-Hate, przez który trafił na poznańskie targi mody Highs and Rise. Poznał wtedy polskich projektantów oraz producentów i doszedł do wniosku, że w Poznaniu nie ma punktu z dystrybucją asortymentu, który byłby dostępny dla każdego pod względem jakości i marek. Dlatego w maju 2012 roku wystartował ich 16-metrowy, wciśnięty między punkt GSM a studio tatuażu, mały sklep w Pasażu pod Złotą Kulą. Umeblowanie stworzyli samodzielnie z palet, a reklamowali się na portalach społecznościowych. Na początku nie było łatwo (Przez kilka miesięcy byliśmy wciąż pod kreską i dosłownie nie mieliśmy na jedzenie). Uczyli się na błędach i zrozumieli, że kluczem do sukcesu jest nieustanna promocja i zaskakiwanie potencjalnych klientów nowymi inicjatywami. Wraz z rozwojem biznesu zaczęli szukać nowej lokalizacji i zgłosili się do galerii Poznań City Center. Wydzierżawili niewielki lokal, początkowo tylko na miesiąc, ale przedłużono im umowę o rok. Pomogło im to stanąć na nogi, bo zdobyli grono zaufanych klientów, co obecnie skutkuje statusem jednego z najlepszych e-sklepów na rynku, który skupia wiele młodych marek polskich. Na Instagramie mają już ponad 22,6 tys. followersów.

Młodzi „milionerzy”
Kolejny team odnoszący sukcesy – programiści z Whalla Labs. Wszystko zaczęło się w 2012 roku od Piotra Bieguna. Był on wtedy studentem ostatniego roku Wydziału Informatyki i Gospodarki Elektronicznej Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu i pracował w SiePomaga.pl. Tam dowiedział się o dwóch funduszach inwestycyjnych: SpeedUp Group i LMS Invest, które prowadziły zapisy do programu dla młodych przedsiębiorców. Fundusze, oprócz 30 tys. złotych w zamian za 10 procent udziału w nowo powstałych firmach, oferowały zainteresowanym szkolenia z prowadzenia biznesu. To właśnie tam Biegun poznał o sześć lat starszego Wojtka Hołysza. Razem postanowili stworzyć aplikację mobilną, ułatwiającą wymianę zdjęć. Nie byli oni jeszcze jednak dostatecznie wprawni, więc znajomy polecił im dodatkowo Bartosza Zarembę (rocznik ‘88), Jakuba Borowicza (‘89) i Karola Szmaja (‘91). W ten sposób powstał Whalla Labs. Ich pierwszym poważnym klientem został portal LubimyCzytac.pl, który akurat potrzebował aplikacji na Windows Phone i Windows 8. W czerwcu 2013 była ona już gotowa. Zebrała wyśmienite recenzje, po których posypała się lawina ofert od różnych firm. Koszt jednej aplikacji opiewa na bagatela 30-50 tys. złotych. Przed rozpoczęciem prac nad każdym nowym przedsięwzięciem, programiści wykonują dogłębny research: analizują to do czego ma służyć dana aplikacja, jak będzie ona komunikować się z użytkownikiem oraz jak skonstruować ją w najprostszy sposób. Przed ostatecznym dostarczeniem gotowego programu jest on dokładnie testowany na specjalnie dobieranej grupie ludzi pod okiem specjalisty. Firma stale się rozrasta i obecnie zatrudnia piętnastu pracowników, w tym dwie kobiety. Sami mówią, że jeżeli ktoś chce „tanio, szybko i dobrze”, to od razu odmawiają, bo te trzy rzeczy są niepołączalne.

Smutna rzeczywistość
Nie każdy miał jednak tyle szczęścia, co młodzi z NEAT, czy Whalla Labs. Mateusz, Łukasz i Kamil zaraz po zakończeniu edukacji postanowili wyjechać do Wielkiej Brytanii. Co prawda jest im tam dobrze, jednak mówią, że to nie do końca to samo co Polska. Na co dzień zajmują się pracą fizyczną, w tym hydrauliką. Zdążyli się już przyzwyczaić i obecnie nie wyobrażają sobie powrotu do kraju na stałe. Myślą raczej o zamieszkaniu za granicą na resztę życia, bo mimo wszystko zarobki tam są lepsze niż w rodzinnym mieście. Londyn stał się ich drugim domem i nie wyobrażają sobie powrotu do, jak twierdzą, gorszych warunków. Niczego im tam nie brakuje, stać ich na najpotrzebniejsze rzeczy i drobne przyjemności. Mateusz zdążył już nawet założyć własną, nieźle prosperującą firmę. Ilu dwudziestolatków wybiera obecnie podobną drogę? Naprawdę wielu. Zdecydowana większość z nich nie wróci już do kraju, co, niestety, negatywnie wpłynie na naszą rodzimą gospodarkę.

Co więc zrobić? Jechać czy zostawać? To już chyba zależy od tego, w jaki sposób jesteś przywiązany do swojego kraju i czy obecna życiowa sytuacja zmusza cię do szybkiego zarobienia pieniędzy. Często wyjazd wiąże się z bolesną rozłąką z rodziną lub wręcz masową i wspólną migracją ze wszystkimi jej członkami. Miejmy jednak nadzieję, że mimo wszystko młodzi zdecydują się pozostać u siebie, mając w pamięci chociażby swoje dawne podwórko przed blokiem, gdzie bawili się ze swoimi kolegami i przeżywali najbardziej błogie chwile swojego dzieciństwa.