Pierwsze święta

Zwyczaj dawania prezentów w naszej rodzinie nigdy nie był specjalnie pielęgnowany. Owszem, młodsze rodzeństwo czasem dostawało prezenty w postaci czekolad czy tańszych zabawek. A że było nas dużo, co nie sprzyjało puli pieniędzy na rodzinnym koncie, nikt nigdy nie prosił o nic.

Jednak tej zimy wszystko miało potoczyć się inaczej… W wigilijny poranek, gdy obudziliśmy się ze świadomością, że trzeba jeszcze czekać do wieczora na kolację, nikt nie był zachwycony. Niecierpliwie wypatrywaliśmy momentu, w którym zapadnie zmrok i pierwsza gwiazdka pojawi się na niebie. Wtedy zgodnie z tradycją można rozpocząć modlitwę, dzielić się opłatkiem i wielką „wyżerką”, np. pierogami z kapustą i grzybami, które były moim ulubionym daniem.

Jednak już z samego rana coś przykuło naszą uwagę – były to malutkie prezenciki leżące pod choinką, która wydawała się przez to bardziej majestatyczna. Każda bombka lśniła cudownie jak światła latarń odbijające się w nocy w śniegu, a jedna z nich – ta największa w kształcie gwiazdy na szczycie choinki – wyglądała jakby przybyła z jakiejś baśni lub dobrego opowiadania. Myślę, że to przez te paczuszki, tak ładnie opakowane w papier ze świątecznym motywem i przewiązane czerwonymi wstążeczkami. Co mogło w nich być? Czyżby święty mikołaj nagle przeniósł się w góry otaczające naszą wioskę i postanowił przywitać się jeszcze przed wigilią? Hm… Wszystkie paczki wyglądały tak samo i każda była podpisana. Imiona obdarowywanych się zgadzały. Jednak brakowało jednego. Ha! Już wiedzieliśmy, kto w tym roku postanowił zostać świętym mikołajem. Był to nasz najstarszy brat.

Hojny darczyńca oczywiście nie umiał kłamać, toteż po zapytaniu: Czy to ty?, odpowiedział z  niepewnością: Nie wiem. Ale i tak wiedzieliśmy, że to on. Paczuszki były małe, prostokątne, a gdy się nimi potrząsnęło, każda wydawała taki sam odgłos chrobotania. Co to może być? – zastanawiali się wszyscy.

W tym roku pierwsza gwiazdka nie chciała nadejść tak szybko. O, jak okropnie dłużył się nam czas… Zupełnie jakby zegar stanął na godzinie pierwszej po południu i ani myślał iść dalej. Oczywiście musieliśmy pomagać mamie w przygotowywaniu kolacji, co nie było naszym ulubionym zajęciem – aż do tej pory. Pierwszy raz bowiem, odkąd pamiętam, wszyscy chętnie spieszyli się z szykowaniem wieczerzy wigilijnej, wymieniając się przy okazji spostrzeżeniami o tym, co też może znajdować się w tajemniczych paczkach.

W końcu nadeszła pierwsza gwiazdka – w momencie kiedy z młodszym bratem, już wystrojeni w najlepszy zestaw ubrań, ładnie pachnący i gotowi, spoglądaliśmy przez okno w kuchni na niebo. Cóż to była za radość! Już nic się nie liczyło, nawet przestałam myśleć o ukochanych pierogach – ważne było tylko to, kiedy w końcu otworzymy tajemnicze prezenty. Pierwsza gwiazda zalśniła i mogliśmy rozpocząć rytuały wigilijne. Wszyscy złożyliśmy sobie życzenia – osobiste, prosto z serca. Później szczególnie spieszyliśmy się z jedzeniem. Pamiętam, że pierwszym daniem był groch z kapustą, reszta trochę rozmywa się w mojej pamięci. Po tym wszystkim nadeszła odpowiednia chwila, aby rozwiązać zagadkę chrobotania paczuszek. Ale – żeby nie było niesprawiedliwie – najpierw każdy otrzymał paczkę do rąk z zastrzeżeniem, że nie może jej otwierać. Dopiero gdy wszystkie zostały rozdane, równocześnie otwieraliśmy opakowania. Cóż znajdowało się w środku? Żarówki energooszczędne! Po jednej dla każdego. Początkowo nastąpiła chwila konsternacji, jednak później wybuchł pośród domowników gromki śmiech. Tymczasem taki upominek to nie tylko dowcip, lecz także coś bardzo pożytecznego – w czasach horrendalnie wysokich rachunków za prąd każda ilość zaoszczędzonej energii się liczy. Oby więcej takich przemyślanych, praktycznych prezentów!


Dodaj komentarz