Pasażer na poligonie

Widzę go, nadjeżdża. Swoim zwyczajowym, niespiesznym tempem. Jakby dawkował napięcie. Wszyscy podchodzą do krawędzi zatoczki. Ja także.

Może uda mi się wycyrklować tak, żeby stać na wprost zbliżających się drzwi. Gdybym dał radę, będę miał kilka sekund przewagi nad tymi, którzy stoją po skosie. Wtedy, jeśli wyprzedzę trzy osoby stojące przede mną, uda mi się też wyeliminować zagrożenie ze strony tłumu po bokach. Jeżeli jednak nie będę idealnie na wprost, jestem zgubiony. Jest, stanął. Udało się, jestem idealnie po środku drzwi.

Chcę już wsiadać, już ruszam… Ale! Jeszcze wszyscy ci, co wysiadają. Trudno, odsunę się lekko i poczekam. Tłum wylewa się przez otwarte drzwi i w znakomitej większości lawiną trafia na kolejny przystanek. Część porusza się szybko, prawie że wybiega, ale jeszcze wszyscy ci niespiesznie spacerujący na końcu. Ile to może trwać! Autobus wcale nie jest taki długi. Mimo to mam wrażenie, że ostatni pasażerowie idą wieczność. Wysiadają pomalutku, patrzą w niebo, rozmawiają. Przestępuję niecierpliwie z nogi na nogę. Szybciej no, bo zmarnujecie moje wysiłki! Może wepchnę się do środka mimo to? Zostało dosłownie kilku opuszczających pojazd, na pewno się przepchnę… Nie, będę kulturalny i stanę do walki dopiero ze swoją grupą, to jest wsiadającymi.

Udało się, wysiedli nareszcie. Myślałem, że już nigdy się nie doczekam. Teraz trzeba zdecydowanie. Przepycham się między stojącymi przede mną, zgrabnie wymijam tłumek napierający z lewej i hyc! Już jestem w środku. Rozglądam się szybko, zanim idący za mną zdążą zadrzeć nogi na autobusową podłogę. Jest! Jest! Eureka! Wolne miejsce! Pędzę do niego, zanim konkurencja zwróci uwagę. Doskakuję do siedzenia z wyciągniętymi rękami, uradowany jak nigdy w życiu. Niezgrabnie przechodzę nad wyciągniętymi nogami kobiety w średnim wieku, która zerka na mnie z pogardą. Jej dezaprobata wydaje mi się szczytem hipokryzji, bo nie wyobrażam sobie, co musiała zrobić, żeby zająć miejsce tak wcześnie. Niechętnie zabiera wypchaną siatę, którą ulokowała między naszymi krzesłami, żebym nie musiał jechać z kolanami podciągniętymi pod brodę. Jak miło.

Koło niej siedzi wysoki nastolatek z wielkimi słuchawkami, z których płyną dźwięki nieznanych mi przebojów. Kiwa głową do rytmu i postukuje ciężkimi buciorami. Ja także mógłbym zacząć, ponieważ głośność jego piosenek sprawia, że po wsłuchaniu się zaczynam nawet rozumieć tekst. Trudno, za cenę siedzenia przez półtorej godziny jestem w stanie nawet polubić te elektroniczne rytmy. Na miejscu koło mnie siedzi zwalisty, przysypiający mężczyzna. Jak na moje oko był tu już podczas poprzedniego kursu Nie wydaje się być tym jednak zafrasowany. Przebudza się na chwilę, rozgląda mętnie, zerka nawet na mnie, ale bez większego zainteresowania, po czym zapada znowu w drzemkę. Chciałbym mieć tak bezstresowe podejście do życia.

Tymczasem cała horda pasażerów, którą udało mi się wyprzedzić, teraz wpada do środka, szukając dla siebie jak najwygodniejszego miejsca. Kilku szczęśliwcom udaje się jeszcze usiąść. Na ogół są to osoby równie pozbawione skrupułów jak ja, lub starsze panie, które traktuje się honorowo. Świadome swoich przywilejów idą powoli, rozsiadają się wygodnie, po czym stawiają siaty na miejscach koło siebie. Nie rozumiem do końca, dlaczego zakupy muszą siedzieć, skoro ludzie stoją, ale nie będę się irytował, bo w gruncie rzeczy mnie to nie dotyczy.

Do pojazdu wciska się tyle osób, że drzwi ledwo się zamykają. Zastanawiam się, czy wszystkim się spieszy, czy po prostu nie mają ochoty czekać na następny autobus. Tak czy siak dla stojących przy drzwiach cała ta podróż stanowi jeden wielki, fatalny dyskomfort. Ja na ich miejscu zostałbym na przystanku. Widocznie mam mało silnej woli.

Mały telewizorek informuje mnie o ostatnich wydarzeniach z miasta, szkodliwości soli i wpływie jogurtu na moje życie. Czytam to od niechcenia, ponieważ zaraz po ruszeniu autobus trafia w sam środek gigantycznego korka. Później próbuję rozpoznać aktorkę ze zdjęcia, co oczywiście mi się nie udaje i poznaję nowy idiom angielski, którego chwilę później już nie pamiętam. Przez następne kilkanaście minut próbuję go sobie przypomnieć, ale bezskutecznie. Przydatne rzeczy zawsze wylatują mi z głowy.

Na pierwszym przystanku wsiada jeszcze kilka osób, co początkowo wydawało mi się fizycznie niemożliwe. Koło mojego krzesła przystaje starsza pani w wełnianym berecie. Czuję, jak patrzy na mnie spod byka. Z pewnością planuje zająć moje miejsce. O nie… Co teraz? Ukradkiem oceniam ją wzrokiem. Wygląda na całkiem sprawną, nie wydaje się, żeby koniecznie musiała usiąść… A może jednak? Nie! Będę silny i nie wstanę. Zanim wysiądę, minie, przy dobrych wiatrach, półtorej godziny. Poza tym w zatłoczonych miejscach notorycznie robi mi się słabo. Jeżeli zmuszę się do sterczenia w tym tłumie, to zemdleję.

Staruszka nie poddaje się jednak łatwo. Poszturchuje mnie lekko torebką i z dezaprobatą kręci głową. Przez krótką chwilę mam ochotę z czystej złośliwości ofiarować jej to miejsce, żeby potem musiała mnie złapać, gdy zasłabnę, ale opanowuję się. Zachowam się jak odpowiedzialny dorosły i po prostu pozostanę tu, gdzie jestem. Rozglądam się za kimś, kto mógłby wybawić mnie z tej niezręcznej sytuacji.

Na przysypiającego obok nie ma co liczyć, to oczywiste. Nastolatek już zaczyna podśpiewywać pod nosem, poza tym i tak nie miałby jak się wydostać ze swojego miejsca, żeby wpuścić starszą panią. Kobieta naprzeciwko nadal patrzy na mnie z nieukrywaną niechęcią. Pozbywam się złudzeń. Zostałem sam. Tymczasem starsza kobieta zrozumiała, że samym wyrazem twarzy nic nie wskóra, więc postanowiła przejść do bezpośredniego natarcia.

– Chciałabym tu usiąść – oświadcza autorytarnie i już kieruje się w stronę fotela, pewna zwycięstwa.
– Bardzo mi przykro, ale nie mogę wstać, bo zrobi mi się słabo – dukam niepewnie.

Na twarzy staruszki maluje się nieukrywana irytacja i wręcz zaskoczenie. Kobieta przede mną sapie z pogardą, ale sama też nie wstaje. Hipokrytka. Kilka osób zerknęło na mnie z niechęcią, ktoś się zaśmiał. Mężczyzna i nastolatek po prawej nawet nie zwrócili uwagi na całe zajście. Starsza pani odwraca się obrażona, ale już nie kontynuuje tematu. Czuję się trochę zażenowany, że jej nie pomogłem. Gdzie się podziała moja empatia? Czy już naprawdę nie mam w sobie nawet tyle człowieczeństwa, żeby ustąpić komuś miejsca w autobusie? Zaczynam się zastanawiać, czy naprawdę robi mi się słabo, czy tylko wmawiam to sobie, żeby siedzieć wygodnie i z czystym sumieniem. Niby raz zemdlałem, ale o czym to świadczy… Co jeśli jestem po prostu złą, egocentryczną osobą, z silną autosugestią?

Autobus staje. Pretendentka do mojego miejsca wysiada. Jechała tylko jeden przystanek. W duchu się cieszę, że jej jednak nie ustąpiłem.

Pogrążony w autorefleksji, wyglądam przez zaparowane okno i przysłuchuję się rozmowom innych ludzi. Narzekają na to, że w autobusie jest za gorąco. Gdyby wszyscy na raz nie wsiedli do jednego, pewnie by tak nie było. Najwidoczniej jednak każdemu się bardzo spieszy, więc wolą wytrzymać zaduch. Dyskutują o pracy, szkole i promocjach.

Ze znudzenia postanawiam policzyć drzewa za oknem, ale w wielkim mieście nie mijam ich za wiele, przez co robi mi się okropnie przykro. W dusznym, trzeszczącym autobusie, pełnym rozgadanych ludzi i świecących telefonów komórkowych, w ogromnym korku, składającym się z tysięcy samochodów, zaczynam tęsknić za naturą, którą dawno przepędziliśmy z tego terenu.

Wyobrażam sobie pędzący po polach wiatr, gwiżdżący radośnie nad uginającą się trawą, wysokie, dzikie góry, porośnięte lasem, poprzecinane zimnymi potokami. W myślach już pędzę na złamanie karku po takim polu, krzyczę, wolny i samotny. Czyste, górskie powietrze zapiera mi dech w piersiach, nie mam żadnych celów ani ograniczeń. Jestem po prostu częścią tej niesamowitej natury… Jestem w domu!

Z cudownego, dziewiczego krajobrazu wyrywa mnie ostentacyjne chrząknięcie kobiety przede mną. Zamyśliłem się ze wzrokiem skierowanym w jej stronę. Patrzy na mnie z nieukrywanym zgorszeniem i kręci głową. Świetnie, teraz myśli, że się na nią gapię.

Wracam do rzeczywistości z nutą żalu, ale przynajmniej dociera do mnie, że w autobusie jest
znacznie więcej miejsca. Dobrze się składa, ponieważ zaraz będę wysiadać. Mimo że tłum jest mniejszy, opuszczenie pojazdu nadal będzie nie lada wyzwaniem. Powoli przygotowuję się psychicznie. Poprawiam kurtkę, sprawdzam czy mam wszystko w kieszeniach, rozglądam się, opracowując najlepszy plan ucieczki. Do przodu na pewno nie pójdę, ponieważ żadna siła nie pomoże mi zgrabnie ominąć łysego osiłka, który zajmuje całe przejście.

Z tyłu jest znacznie więcej ludzi, ale wyglądają na bardziej skorych do współpracy. Spróbuję z nimi. W oddali majaczy już przystanek. Podnoszę się niepewnie, co skutkuje cmoknięciem dezaprobaty ze strony towarzyszki z naprzeciwka. Mężczyzna koło mnie budzi się gwałtownie i wiedzie po nas mętnym spojrzeniem. Wygląda przez okno, a ponieważ ewidentnie nie wie gdzie jest, opiera czoło o szybę i zasypia znowu. Niewiarygodne.

Staję, czym sygnalizuję wszystkim tarasującym drzwi, że będę wychodził. Patrzą na mnie z wyrzutem, jakbym robił im krzywdę. Jakaś kobieta natychmiast pakuje się na moje miejsce, jeszcze zanim zdążę dobrze się odsunąć. Zatem nie ma już powrotu. Zjeżdżamy mozolnie do zatoczki. Mam tylko kilka sekund, żeby zdążyć stąd uciec, zanim drzwi się zatrzasną.

– Przepraszam, przepraszam! – mówię raz po raz, przepychając się między niechętnie ustępującymi ludźmi. Mężczyzna po prawej przesuwa się dosłownie kilka milimetrów. Ciekawe, czy sądzi, że naprawdę to coś dało. Na szczęście dziewczyna bliżej drzwi także wysiada, co znacznie ułatwia sprawę, ponieważ toruje mi drogę. Wszyscy robią mi niechętnie trochę miejsca, ale i tak potrącam wiele osób. Puszczam mimo uszu ich niewybredne komentarze, bo wiem, że jeśli teraz się nie wydostanę, to nie dość, że spędzę tu kolejne dwadzieścia minut, to jeszcze będę musiał maszerować w tym zimnie na właściwy przystanek.

Już widzę otwarte drzwi, a do moją twarz owiewa chłodny podmuch powietrza pachnącego miastem. Jednym susem pokonuję odległość dzielącą mnie od wolności, niedbale przepycham się między rozgadanymi dziewczętami, które jako jedyne stanęły mi na drodze ucieczki. Stawiam prawą nogę na chodniku, pewny zwycięstwa, przesiąknięty ulgą… Niepewny uśmiech już wpełza na moją niewyspaną twarz, kąciki minimalnie unoszą się ku górze…

Jak zwykle przedwcześnie. Druga połowa mojego ciała, stojąca jeszcze w przedsionku piekła, zostaje gwałtownie przytrzaśnięta przez drzwi autobusu. Na szczęście napotykając opór mojego kościstego ciała, bezduszny mechanizm znowu się otwiera, ale i tak gwałtownym szarpnięciem wypadam na śliski chodnik. Oszołomiony zerkam w stronę autobusu. Niewzruszony kierowca zamyka jednak drzwi i odjeżdża powoli.

Podnoszę się i otrzepuję, poirytowany. Nie należy nigdy cieszyć się przedwcześnie. Zerkam jeszcze na tylną szybę mojego codziennego transportu. Mały chłopiec siedzący na ostatnim siedzeniu wygląda na mnie, z nosem przylepionym do szkła i śmieje się z mojego upadku. Mimo jego złośliwości, pocieszam się w duchu, że przynajmniej sprawiłem dziecku radość, więc także się do niego uśmiecham. W odpowiedzi chłopczyk pokazuje mi język. Pasażer to jednak zawsze pasażerowi wilkiem.


Dodaj komentarz