Open’erowy zawrót głowy

Open’er Festiwal to jeden z najbardziej popularnych festiwali w Polsce. Wiele mówi się na temat tego muzycznego wydarzenia, ale jak wygląda ono od środka?

Zapewne część z was miała okazję w nim uczestniczyć i zna ten specyficzny klimat, który mu towarzyszy. Dla tych, którzy nie byli, a są ciekawi, co dzieje się na największym polskim festiwalu muzycznym, ten artykuł będzie przedsmakiem i mam nadzieję zachętą, by w tym roku wybrać się do Gdyni.

Pierwsze zetknięcie z festiwalem
Już na początku liceum marzyłam, żeby pojechać na to muzyczne wydarzenie, ale dopiero pod koniec pierwszego roku studiów udało mi się zarezerwować bilet i to marzenie spełnić. Nie było to proste, szczególnie ze względów logistycznych, ponieważ mieszkając u podnóża Bieszczad i próbując dostać się na drugi koniec Polski, musiałam poświęcić prawie cały dzień na podróż.

I tu mam dla was pewną radę: jeżeli jedziecie nocnym pociągiem, przeznaczcie trochę więcej funduszy na bilet w wagonach sypialnych. Ja i moi towarzysze podróży na swoje nieszczęście tego nie zrobiliśmy, czego żałowaliśmy aż do momentu dotarcia na miejsce. Trafiliśmy akurat na bardzo stary pociąg z lat osiemdziesiątych, w którym przedziały ledwo nas mieściły, nie mówiąc o naszych bagażach. Wyobrażacie sobie całą noc „spania” w jednej pozycji, na siedząco, przy charakterystycznym stukocie szyn i śpiewie innych pasażerów pociągu, a potem przyzwoite funkcjonowanie w ciągu dnia? No właśnie. Sądzę, że cały urok tego typu wydarzeń zawiera się już w podróży. W tym roku z pewnością zainwestuję w stopery do uszu i bilet w wagonie sypialnym.

Świętowanie – czas start!
Po jakże miłej nocy w pociągu dotarliśmy na miejsce. Z dworca kolejowego skierowaliśmy się na autobusowy, a stamtąd na nasze pole namiotowe, bo czymże byłoby festiwalowanie bez spania w namiocie? Zdecydowaliśmy się na taką formę noclegu z dwóch prostych przyczyn: po pierwsze – aby lepiej zintegrować się z innymi uczestnikami festiwalu, po drugie – ze względu na koszty. Ceny hoteli, hosteli i innych obiektów noclegowych na czas Open’era szybują w górę i naprawdę trudno znaleźć coś w rozsądnej cenie i w bliskiej odległości od lotniska Kosakowo. Poza tym, kiedy okazało się, że nasze pole namiotowe spełnia te dwa kryteria i dodatkowo znajduje się 100 metrów od Bałtyku, zrekompensowało nam to wszystkie niedogodności.

Nie wszystko jednak było takie kolorowe. Po sprawdzeniu stanu pryszniców polowych nieco się przeraziliśmy, ponieważ składały się z węży ogrodowych i, krótko mówiąc, mało kryjących zasłon. Ale dla chcącego nic trudnego – z tym także można było sobie jakoś poradzić.

Jeżeli chodzi o pozostałych przyjezdnych, byli bardzo przyjaźni i pozytywnie nastawieni. Wszyscy nawzajem się zapoznawali, mówili, który raz z kolei są na festiwalu, trochę opowiadali o sobie i o tym, co spotkało ich w drodze. Nasi sąsiedzi – dwaj przyjaciele Pimpek i Tomek – byli trochę przybici, ponieważ Pimpkowi w drodze na „opka” ktoś ukradł torbę z ubraniami. Mówił, że nie miał tam żadnych wartościowych rzeczy, ale jedna koszulka, którą dostał od koleżanki na urodziny, miała dla niego szczególną wartość sentymentalną. Nieszczęśnik musiał przez cztery dni chodzić w tych samych ubraniach, w których przyjechał.

Uczta dla uszu
Lista wykonawców ubiegłorocznego Open’era była imponująca – Dua Lipa, The Weekend, Radiohead i wielu innych. Tegoroczna lista zapowiada się jeszcze lepiej. Gorillaz, Arctic Monkeys, Bruno Mars i Depeche Mode to tylko przedsmak tego, co będzie się działo w lipcu. Z polskich artystów wystąpi chociażby Dawid Podsiadło, co zadecydowało o tym, że w tym roku także pojawię się w Gdyni. Listy tworzone są raczej w taki sposób, by każdy mógł znaleźć coś dla siebie i skorzystać jak najlepiej z bogatej oferty festiwalu. W ubiegłym roku w ciągu pierwszych dwóch dni z moimi towarzyszami zdecydowaliśmy się na koncerty Solange, M.I.A., Radiohead i Jamesa Blake’a. Natomiast z polskich artystów wybraliśmy Krzysztofa Zalewskiego, Natalię Przybysz i Bitaminę, z którą osobiście zetknęłam się po raz pierwszy i była to miłość od pierwszego wejrzenia. Oprócz tego na terenie festiwalu stworzonych zostało wiele stref tematycznych: gastronomicznych, modowych, filmowych, czy też paneli dyskusyjnych. Jest to także dobra okazja do spotkania się z ulubionymi youtuberami, blogerami czy innymi muzycznymi wykonawcami. Moją ulubioną strefą w ubiegłym roku była silent disco. Dla obserwatora z zewnątrz może wydać się to komiczne – ludzie tańczą w całkowicie cichej sali w rytm muzyki, którą słyszą tylko przez słuchawki. Strefy te są dobrą alternatywą dla osób, którym nie przypadł do gustu line-up danego dnia lub mogą być po prostu okazją do zrobienia sobie przerwy w chodzeniu na koncerty.

Mroczne strony
Wydarzenie oprócz świetnych momentów i koncertowych wspomnień ma też swoje mankamenty. Zacznę od niesamowitego tłoku na koncertach bardzo znanych zespołów. Tłum ludzi sięga sporo poza obszar sceny. Komuś, kto znalazł się w jego środku, niełatwo jest się gdziekolwiek ruszyć. Ma więc dwa wyjścia – na dobre pożegnać się tego dnia z festiwalem i wrócić do swojego lokum lub pozostać w tłumie do samego końca, co nie jest rzeczą łatwą, bo wokół zawsze ktoś stara przemieszczać się z miejsca na miejsce. Co jeszcze? Bezczelni i nieuprzejmi uczestnicy festiwalu. Oczywiście nie każdy, ale przecież zasady savoir-vivre’u zostały stworzone, aby ludziom żyło się lepiej – szkoda, że niektórzy mają na ten temat inne zdanie. Na szczęście mnie i moich kompanów nic przykrego ze strony innych nie spotkało, ale przypomina mi się historia znajomego, który był na Open’erze kilka lat temu i później z niesmakiem opowiadał o wydarzeniu, jakie przytrafiło mu się na koncercie Red Hot Chili Peppers: w wielkim tłumie pewien obcokrajowiec, by uzyskać wokół siebie więcej przestrzeni, zaczął oddawać mocz na stojących wokół innych uczestników imprezy. Efekt został osiągnięty, a zbulwersowani uczestnicy koncertu opuścili wydarzenie.

Anegdoty z tego typu wydarzeń można mnożyć – ilu ludzi, tyle historii, jednak jedno jest pewne: wspomnienia pozostają na długo i czasem miło przypomnieć sobie niektóre z nich. Open’er to nie tylko festiwal młodych, ponieważ uczestniczą w nim także starsi. Nie zapomnę, kiedy po ostatnim koncercie szłam ze swoim ekwipunkiem w kierunku przystanku autobusowego i minęłam małżeństwo, które sądząc po wyglądzie, miało już pewnie ponaddwudziestoletni staż. Ubrani na rockowo w skóry trzymali się beztrosko za ręce. Gdy mnie zobaczyli, powiedzieli tylko: My też już odjeżdżamy, Open’er znowu nas nie zawiódł. Do zobaczenia za rok! Nie wiem, ile razy brali udział w festiwalu, ale może właśnie tam się poznali? Na dworzec jechałam już z wielkim „bananem” na ustach i zastanawiałam się, jak to musiało być pięknie jeździć razem na te wszystkie koncerty i wspólnie przeżywać emocje, które tylko w tamtym miejscu są unikalne i inne niż wszystkie.


Dodaj komentarz