Odkrywanie już odkrytego, czyli Amsterdam oczami dwudziestolatki

Tramwaj, który przyjechał za wcześnie, stawienie się na odprawę w ostatniej chwili i dwugodzinne opóźnienie samolotu – niemal z duszą na ramieniu zaczęłam swoją podróż do Amsterdamu.

Spontanicznie i, jak widać, z przytupem wyruszyłam do Holandii. Wbrew pozorom nie zrobiłam tego w celach turystycznych, chociaż w pewnym sensie to także była część wyprawy. Zrobiłam to raczej dlatego, aby się czegoś dowiedzieć, ale o tym później.

Po całej akcji z wbiegnięciem na teren lotniska w ostatniej chwili z bijącym sercem wsiadłam do samolotu. Wokół – sami cudzoziemcy, chociaż gdzieś z tyłu przebijał się głos polskiego studenta, który przez telefon próbował załatwić urlop dziekański. Chociaż jeden rodzimy akcent. Trzy miejsca dalej zauważyłam znaną mi skądś kobiecą twarz. Ewa Drzyzga! Leciałam z Ewą Drzyzgą, ale nawet nie miałam śmiałości podejść i zapytać o cel podróży, czego żałuję do dziś.

Mimo moich obaw o lot oraz jakże niesprawiedliwych przypuszczeń, że kobieta pilot nie poradzi sobie z pilotażem, bezpiecznie osiągnęłam cel podróży.

Nieco zagubiona wysiadłam z samolotu na amsterdamskim lotnisku Schiphol. Co dalej? Student od urlopu dziekańskiego! Miał bardzo wyraźny i donośny głos, więc cały czas byłam w stanie go „namierzyć”. Nie był sam – towarzyszyła mu dziewczyna. Szli tuż za mną, więc odwróciłam się i zapytałam, czy jadą w kierunku centrum. Bingo! Okazało się, że Bartek i Martyna są studentami piątego roku filologii angielskiej i właśnie spełniali swoje marzenia, lecąc obejrzeć w Helsinkach mistrzostwa świata w jeździe figurowej. Amsterdam był ich punktem przesiadkowym.

Do centrum pojechaliśmy w świetnych nastrojach. Pogoda była cudowna, więc liczyliśmy na owocne zwiedzanie. Na miejscu zaciągnęliśmy się amsterdamskim powietrzem. Jak pachniało? Oczywiście trawką. Narkotyki, ale tylko w wersji soft (marihuana, haszysz itd.) są tam tolerowane, więc można skorzystać z tego przywileju. Prawie każdy napotkany po drodze tubylec czy turysta trzymał w ręku skręta zakupionego w jednym z coffeeshopów obecnych na każdym rogu.

Byliśmy tam dopiero od kilku godzin, ale od razu „wtopiliśmy się” w to miasto. Co mnie uderzyło najbardziej? Spokój. Wszystko było uporządkowane i miało swoje miejsce. No i rowery. Mnóstwo rowerów! Jadąc tam, wiedziałam, że praktycznie każdy posiada swój, ale takiej liczby się nie spodziewałam – były wszędzie. Może dlatego nad miastem nie unosił się smog, a powietrze rzeczywiście było bardzo czyste.

Moi towarzysze podróży musieli wracać na lotnisko, więc pożegnaliśmy się i życzyliśmy sobie powodzenia w dalszych podróżach. Ja tymczasem udałam się na spotkanie z moim przyjacielem, na którego zaproszenie przyjechałam.

Jeśli chodzi o holenderską młodzież, to ma ona całkiem inną perspektywę studiowania niż polska. Wiek rozpoczęcia studiów jest taki sam, jak u nas, ale podejście jest zupełnie odmienne: po pierwsze, nawet jeśli rodzice też mieszkają w Amsterdamie, to w większości przypadków dzieci i tak wyprowadzają się i mieszkają z przyjaciółmi, równocześnie pracując – to naturalna rzecz. Jest to raczej pełne usamodzielnienie; rzadko kiedy dzieci wracają na weekendy, nie mówiąc o „słoikach” przywożonych z domu. Tam to zwyczajnie nie istnieje. Po drugie, studenci mogą wybrać takie przedmioty, których chcą się uczyć i pogodzić swój plan zajęć z pracą, a o nią dla młodych w tym mieście nietrudno.

Mojego przyjaciela poznałam w jednym z krakowskich klubów. Bycie barmanem łączy ze studiowaniem nauk politycznych na amsterdamskim uniwersytecie, a oprócz tego podróżuje po świecie. Okazuje się, że tamtejsza młodzież bardzo chętnie i często obiera sobie za cel podróży właśnie Kraków. Mówią, że to idealne miejsce do zwiedzania i imprez i że Polacy to bardzo życzliwi ludzie. Szczerze mówiąc, o Holendrach mogłabym powiedzieć dokładnie to samo. Mimo że w pewnym stopniu irytują ich turyści (szczególnie ci angielscy), to są gotowi pomóc i podpowiedzieć w każdej sytuacji.

Swoją wędrówkę po mieście rozpoczęliśmy od placu przed Rijksmuseum. Potem już straciłam orientację. Tych przepięknych uliczek było tyle, że nie sposób wymienić wszystkich nazw. Wszystkie były do siebie podobne, jednak i tak każda z nich miała coś, co ją wyróżniało. Raz przechodziliśmy między kolorowymi stoiskami z kwiatami, potem z książkami (chyba w każdym języku świata), żeby wreszcie dojść do stanowisk z jedzeniem. Nie spodziewałam się, że będę w stanie pokochać coś bardziej niż pierogi, a jednak! Bitterballen dosłownie skradły moje serce. Po małej uczcie postanowiliśmy wstąpić choć na chwilę do Vondelpark. O tej porze roku rośliny wyglądały tam przepięknie. Wszystko budziło się do życia, gdzieniegdzie można było spotkać pary lub rodziny z dziećmi spędzające razem wolną sobotę. Naszym kolejnym punktem była Dzielnica Czerwonych Latarni… Tutaj może lepiej wstrzymam się z opisem. Oglądanie całego miasta było o tyle ciekawe, że mogłam to zrobić właśnie z perspektywy roweru. Po drodze zaliczyliśmy trochę komplikacji, jednak patrzenie na miasto z takiej perspektywy było warte naszego wysiłku. Uważam, że w miarę możliwości oprowadzanie po obcym mieście powinniśmy zlecić właśnie komuś, kto żyje tam na co dzień. Jestem przekonana, że zrobi to lepiej niż wynajęty przewodnik. A przynajmniej tak było w moim przypadku.

Wieczorem odwiedziliśmy bar, w którym pracuje mój amsterdamski przyjaciel. Bardzo miłe było to, w jaki sposób obsługa odnosiła się do siebie. Byli jak jedna wielka rodzina, na której czele co wieczór stał ojciec-właściciel. Wszystkiego doglądał, rozmawiał z klientami, upewniał się, czy każdy został obsłużony.

Na tym właściwie kończy się moja podróż. Czego tak bardzo chciałam się dzięki niej dowiedzieć? Otóż tego, czy jestem wystarczająco samodzielna i odpowiedzialna. Poza tym skorzystałam z okazji, jaką dał mi mój przyjaciel. Tak naprawdę gdyby nie on, pewnie nigdy nie pojechałabym do Amsterdamu. Co jeszcze? Ta jedna podróż zainspirowała mnie do dalszego podróżowania. Może niekoniecznie po Europie, ale z pewnością po Polsce.

Bo po co marnować dużo wolnego czasu na kanapie, skoro można odkrywać, poznawać, zwiedzać?