Nowy exodus

Imigracja do Europy z uboższych krajów Bliskiego Wchodu i Afryki nie jest nowinką z ostatnich lat. Proces ten ma miejsce od dziesięcioleci, jeśli nie od setek lat, jednak w ostatnim czasie przybrał wymiar masowego przemieszczania się ludności, który nazwać można swoistym exodusem, budzącym w wielu z nas wielkie emocje.

Dlaczego ten temat jest dla ludności Starego Kontynentu tak ważny? Ktoś mógłby zapytać, na jakim świecie żyję, skoro poszukuję odpowiedzi, która została udzielona już wielokrotnie. Ktoś inny z kolei uzna, że przecież zagadnienie nie jest wcale kluczowe i niepotrzebnie wyolbrzymiam. Już na tym etapie pojawia się pierwsza sprzeczność. Wraz ze zgłębianiem wydarzeń, które ochrzczono mianem „kryzysu migracyjnego”, pojawia się ich znacznie więcej. Sądzę, że o tych licznych niespójnościach warto podyskutować.

Imigrant a uchodźca

Na początek rzecz być może oczywista, a jednak dająca pole dla licznych pomyłek, popełnianych nie tylko w codziennych rozmowach, ale również w artykułach prasowych, audycjach radiowych i programach telewizyjnych. Pojęcia imigranta i uchodźcy należy od siebie wyraźnie oddzielić. Łatwiejszym zadaniem jest zdefiniowanie tego drugiego: uchodźcą jest każda osoba opuszczająca swą ojczyznę ze względu na prześladowania (czy to polityczne, czy to religijne), wojny i inne klęski humanitarne, która jest w stanie udowodnić, że jej zdrowiu i życiu zagrażało realne niebezpieczeństwo. Z kolei każdego człowieka, który opuszcza kraj stałego pobytu z przyczyn innych niż wyżej wymienione, nazywać powinno się imigrantem. Przyczyn migracji może być mnóstwo, jednak najczęściej wymieniane są względy ekonomiczne.

Jak więc można podzielić według omówionego kryterium falę ludności Bliskiego Wchodu i Afryki napływającą różnymi drogami na nasz kontynent? Miana uchodźców nie można odmówić Syryjczykom uciekającym przed toczącą się w ich kraju od 2011 roku wojną domową czy Irakijczykom, którzy zostali doświadczeni wojną wypowiedzianą przez Państwo Islamskie. Trudno jednak nazywać w ten sposób Macedończyków czy Serbów, którzy częstokroć dołączali się niezauważenie do potężnych rzesz uciekinierów z krajów ogarniętych konfliktami zbrojnymi, licząc na łatwe przedostanie się do krajów Europy Zachodniej, gdzie czekała na nich nowa, lepsza rzeczywistość.

Fala zalewająca Europę

Powyższe określenie spotyka się bardzo często – przede wszystkim w mediach, a także na portalach społecznościowych. Ma ono raczej negatywny wydźwięk – uczucie tonięcia trudno określić przyjemnym. Warto się być może zastanowić, kto tak naprawdę składa się na tę „falę” i co powoduje, że my, jako Europejczycy, czujemy się zatapiani, pozbawiani powietrza.

Jeśli mówimy o aktualnym „kryzysie”, po raz pierwszy znaczący wzrost liczby uchodźców dało się zaobserwować w 2015 roku, lecz swoje apogeum osiągnął on dopiero latem następnego roku. W 2016 według danych Eurostatu w całej UE złożono ponad 1,2 mln wniosków o azyl. Liczba potężna, choć i tak nieoddająca pełnej skali problemu – wielu uciekinierów z Syrii, Iraku, Afganistanu i innych państw nie zdecydowało się na złożenie oficjalnych dokumentów, a przybycia wielu z nich nie udało się nawet zarejestrować. Można by przypuszczać, że do klęski w dokumentowaniu wszystkich przybyłych przyczyniły się niewydolne służby porządkowe i słaba organizacja transportu przybyszów. Informacje podawane przed kilkunastoma miesiącami przez wszystkie krajowe i zagraniczne media wydają się to potwierdzać: fragmenty ewidencji ginęły, dokumenty były wystawiane w sposób niepoprawny, widniały na nich fałszywe dane, których nikt nie sprawdził przed wydaniem paszportu czy chociażby dokumentu potwierdzającego prawo pobytu. Z drugiej strony, czy jakiekolwiek państwo byłoby w stanie zgromadzić z dnia na dzień niezliczone zastępy policji, wojska i innych służb porządkowych oraz przygotować odpowiednią infrastrukturę i wyposażenie, by skontrolować i spisać każdego członka ludzkich mas, które w 2016 roku przepływały przez kraje bałkańskie i śródziemnomorskie?

W tym momencie niejeden zacząłby oponować: Trzeba ich było w ogóle nie wpuszczać! Najpierw należy się zastanowić nad techniczną możliwością realizacji tego scenariusza. W końcu nie wszystkie granice zewnętrzne Unii Europejskiej (ani Europy samej w sobie) są szczelnie ogrodzone zasiekami i kontrolowane przez wszechobecnych strażników. Załóżmy jednak teoretycznie, że problem ten nie istnieje i gdybyśmy tylko chcieli, to jako mieszkańcy kontynentu moglibyśmy nie wpuścić ani jednego uchodźcy – i co wtedy?

Między rozsądkiem a humanitaryzmem

Wielu krytyków przyjmowania w Europie uchodźców piętnuje hurraoptymizm władz niektórych państw UE w stosunku do przybyszów z Bliskiego Wschodu, nie zawsze przekładający się na nastroje społeczne. Najbardziej jaskrawym przykładem są Niemcy, które zgodziły się przyjmować wszystkich uchodźców. W samym 2016 roku, według Eurostatu, wnioski o azyl złożyło u naszych zachodnich sąsiadów 500 tys. osób. Nie wszyscy Niemcy podzielili w tej sprawie entuzjazm kanclerz Angeli Merkel. Objawia się to po dziś dzień w zgryźliwych komentarzach czy prześmiewczych karykaturach.

Z drugiej strony można odnieść wrażenie, że niechęć części Niemców do przybyszy z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki została wyolbrzymiona przez media. Oczywiście, stanowią oni sporą grupę, jednak nic nie wskazuje na to, aby byli w większości. Zdają się to potwierdzać wyniki wyborów parlamentarnych, w których koalicja CDU/CSU uzyskała poparcie 33% głosujących i ponownie znalazła się u władzy. Radykalna antyimigrancka partia AfD zdobyła poparcie 12,5% głosujących. Jak na ugrupowanie stosujące niewyszukaną, ostrą retorykę jest to wynik wysoki, ale też pokazujący, że postulaty całkowitego usunięcia uchodźców z Niemiec nie są bardzo popularne. Z drugiej strony wynik CDU/CSU nie jest tak dobry jak w 2013 roku, gdy koalicja uzyskała poparcie 41,5% wyborców. Świadczy to wyraźnie o zniechęceniu części wyborców, którzy przeszli przede wszystkim na stronę AfD. Dla Angeli Merkel i jej rządu stanowi to sygnał, że dotychczasowy kierunek uprawianej polityki wymaga korekty – ale nie całkowitej zmiany.

Powracając do możliwości nieprzyjmowania uchodźców w ogóle – może warto pomyśleć nad tym, co stałoby się z nimi, gdyby przeprawa do Europy zakończyła się klęską? Dla wszystkich podróżujących przepełnionymi łodziami i pontonami przez Morze Śródziemne stanowiłoby to prawdopodobnie wyrok zatonięcia wraz ze statkiem, nie uzyskawszy znikąd pomocy. Ochrona życia to podstawowe prawo człowieka pierwszej generacji, zapisane w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka ONZ z 1948 roku. Jako przedstawiciele narodów mających się za wysoko rozwinięte, zaangażowanych w działania licznych organizacji międzynarodowych powinniśmy o tym pamiętać. Zupełnie inną sprawą jest już jednak to, co dzieje się z pasażerami tych statków po ich dostaniu się do naszych granic.

Wolność, ale bezpieczna

Fali przybyszów spoza Europy trudno przyglądać się jako grupie. Ludzie pochodzący z różnych krajów, różnych wyznań, o różnym statusie społecznym w krajach pochodzenia. To prawda, po przyjeździe do Europy ich sytuacja w dużej mierze się wyrównuje – są pozbawieni środków do życia i zdani na łaskę krajów przyjmujących. Nikt przecież jednak nie wymazał im z pamięci wszystkich lat, które spędzili w ojczyźnie. Starają się oni odtworzyć ład, do którego są przyzwyczajeni przez całe życie. My odbieramy to często jako gwałtowną i nieuprawnioną ingerencję w podstawowe wartości naszego kręgu cywilizacyjnego. Dla nich to często tylko przywracanie porządków, w których istnieli przez całe swoje dotychczasowe życie. Pytanie o to, gdzie leży granica między organizowaniem codzienności według swoich zasad a niszczeniem dorobku kulturowego kraju przyjmującego? Albo idąc jeszcze dalej – czy w ogóle można dokonać jakiegoś podziału? Ze względu na całkowitą odmienność kultur europejskiej i bliskowschodniej każda próba przeniesienia elementów tej ostatniej do realiów Starego Kontynentu może być odbierana jako pogwałcenie zasad utrwalonych w europejskich społeczeństwach.

Najwięcej trudności sprawia chyba zaakceptowanie odmienności religijnej. Znakomita większość uchodźców związana jest z islamem, który stawia swym wyznawcom wiele wymagań. Jednym z nich jest odbycie pięciu modlitw w ciągu dnia, o ściśle wyznaczonych godzinach. Muzułmanie rozkładają wtedy dywaniki modlitewne i oddają cześć Allahowi niezależnie od sytuacji, w jakiej akurat się znajdują. Stąd coraz częstszy np. w dzielnicach muzułmańskich francuskich miast widok ulic zablokowanych przed modlących się ludzi. Wszystkie pojazdy stają i wszelki ruch całkowicie zamiera aż do momentu zakończenia pacierzy. Niektórych ten widok przeraża – poczytują go za świadectwo zbliżającego się kresu kultury europejskiej. Inni uznają go za zwyczajny przejaw bliskowschodniej religijności.

Groźba imigrantów

Niezliczenie wiele razy byliśmy atakowani informacjami o licznych incydentach związanych z przybyszami z Afryki i Bliskiego Wschodu. Opinię publiczną najbardziej poruszają zamachy terrorystyczne realizowane przez fanatyczne organizacje religijne i zbrojne, takie jak Państwo Islamskie czy Al-Kaida. Promenada w Nicei, jarmark bożonarodzeniowy w Berlinie, redakcja „Charlie Hebdo” czy teatr Bataclan w Paryżu, Bruksela, Most Westminsterski w Londynie, Sztokholm – wszędzie tam tracili życie ludzie i nie da się temu zaprzeczyć. Wszyscy oni ginęli z rąk indoktrynowanych terrorystów islamskich. Organizacje takie jak ISIS twierdzą, że wojna, którą wytaczają światu zachodniemu, jest ich religijnym dżihadem, do którego w pełni uprawnia ich Koran. Rozliczne wersje interpretacyjne świętej księgi muzułmanów i zasadność „świętej wojny” lub jej brak to temat na znacznie szersze dywagacje, których nie będę tutaj rozpoczynać. Trzeba zauważyć, że za organizacją tych ataków stoją zwykle przywódcy religijni działający spoza Europy, wysyłający na nasz kontynent jedynie biernych wykonawców ułożonych wcześniej planów, posłusznych swym duchowym guru niczym marionetki w teatrze lalek. Ludzi takich jest zapewne sporo, jednak w żadnym wypadku nie uprawnia to do stwierdzeń, jakoby wszyscy muzułmanie byli terrorystami. To fałszywe przekonanie może mieć niejedno źródło – rozgoryczenie obserwowanymi tragediami, irytacja biernością władz, zalewanie przekazami płynącymi z mass mediów czy wreszcie brak dostatecznie szerokiej wiedzy w danej sprawie. Uchodźcy z krajów zagrożonych wojnami i katastrofami to przede wszystkim ludzie, dopiero potem wyznawcy różnych religii i systemów wartości. Tworzą barwną mozaikę charakterów, przekonań i dążeń. Niemożliwe jest zakwalifikowanie ich jako całości do jednej grupy pod względem którejkolwiek z wymienionych przed chwilą cech. Ta różnorodność powoduje, że każdy sąd nad uchodźcami z Bliskiego Wchodu i Afryki będzie mieć charakter fragmentaryczny, nieobejmujący wszystkich możliwości. Jeśli więc podejmujesz się oceny jakichkolwiek zdarzeń, najpierw odpowiedz sobie na pytanie, kogo właściwie ten osąd dotyczy.

Według danych Deutsche Welle w lipcu 2017 roku na możliwość dostania się do Europy czekało w obozach przejściowych w Jordanii około 6,6 mln uchodźców. Nie można więc powiedzieć, aby „kryzys migracyjny” był już za nami. Temat koegzystencji Europejczyków i przybyszów z innych krajów spoza naszego kontynentu wydaje się niewyczerpany – najważniejsze w tej debacie wydaje się jednak zdroworozsądkowe podejście i sprawiedliwe ważenie wszystkich argumentów. Proces napływu ludności bliskowschodniej i afrykańskiej do Europy nadal trwa i trudno spodziewać się w najbliższych latach zmiany, skąd konieczność szukania rozwiązań dotyczących raczej tego, jak odnaleźć się w nowej rzeczywistości, niż tego, jak cofnąć skutki już raz podjętych decyzji. Jak głosi stare przysłowie – skoro powiedziało się A, to trzeba powiedzieć i B.


Dodaj komentarz