(Nie) nasz Vincent

Geniusz, ojciec sztuki nowoczesnej, szaleniec. Tworzył wspaniałe dzieła, jednak coś popchnęło go do autodestrukcji. Kto tak naprawdę zniszczył van Gogha?

Powszechny jest stereotyp artysty jako postaci niezrozumianej, funkcjonującej poza społeczeństwem. Budzącej podziw swoimi dziełami, a jednocześnie nieakceptowanej ze względu na oryginalną osobowość i styl życia niepasujący do przyjętych standardów. W społeczeństwie, w którym oczekuje się dostosowania, wszelka inność nie jest tolerowana. Wprowadza ona chaos w życie społeczne, które jest uporządkowane tak, by wszystko było przewidywalne i nie wymykało się spod kontroli.
Do tego wzorca nie pasują jednostki, które postanowiły podążać własnymi ścieżkami i tworzyć to, na co nikt dotychczas się nie odważył. Osoby przełamujące bariery, tworzące nowatorskie projekty, wykraczające umysłem poza to, co interesuje przeciętnego człowieka. Tak jak Vincent van Gogh, który zawsze był postrzegany jako odmieniec – ze względu na wrażliwy, kreatywny umysł, ale też problemy natury psychicznej.

„Całe miasteczko przeciwko choremu człowiekowi?”
Vincenta van Gogha nie trzeba nikomu przedstawiać. Dziś jest to jeden z najbardziej znanych malarzy w historii sztuki, jednak nie miał łatwych początków. Od urodzenia był nieakceptowany przez matkę, która uważała Vincenta za niedoskonałą wersję swojego zmarłego wcześniej syna (Vincent dostał imię właśnie po nim).

Malować zaczął dopiero w wieku 27 lat. Wcześniej próbował sił jako handlarz dziełami sztuki, miał też zamiar zostać pastorem, jednak ostatecznie nic z tego nie wyszło. Przez pewien czas był nauczycielem, a nawet misjonarzem, jednak w obu rolach mu się nie powiodło. Nigdy nie potrafił się dopasować.

Po latach poszukiwania swojego miejsca na ziemi został zachęcony przez Theo van Gogha, swojego brata, który był handlarzem dziełami sztuki, do malowania. Stało się to jego wielką pasją – całe swoje życie poświęcił sztuce, a w ciągu około 10 lat namalował ponad 800 obrazów. Nie potrafił sam się utrzymać, a pieniądze od brata wolał przeznaczać na materiały malarskie oraz modeli niż na jedzenie.

Mimo tak ogromnego poświęcenia jego twórczość nie zyskała prędko uznania. Za życia udało mu się sprzedać tylko jeden obraz. Theo nieskutecznie próbował go namówić, żeby kładł mniej farby, malował bardziej starannie, mniej gwałtownie, jednak Vincent chciał tworzyć tylko to, co jest zgodne z nim samym.

W końcu został doceniony na wystawie awangardowej grupy Les XX w Brukseli. Stał się alternatywną gwiazdą sztuki. Jednak mimo to ludzie nie dostrzegali w nim geniusza, tylko szaleńca. Do dziś znana jest historia, według której malarz po kłótni z Gauguinem obciął sobie fragment ucha.

Był niestabilny emocjonalnie, jednak nie spotykał się z wyrozumiałością. Mieszkańcy miasteczka Arles napisali petycję do władz, by zamknąć „szalonego rudzielca”, ponieważ rzekomo stanowił on „zagrożenie społeczne”. W końcu van Gogh spędził rok w szpitalu psychiatrycznym Saint-Rémy, gdzie poświęcał dużo czasu na malowanie, co miało być formą terapii. Jego samopoczucie podobno poprawiało się, lecz niespodziewanie zmarł w wieku 37 lat – powodem było postrzelenie.

Uznano to za samobójstwo, jednak istnieją co do tego wątpliwości. Przypuszcza się, że został przypadkowo postrzelony podczas zabawy przez jednego z miejscowych nastolatków. Jednak czy to na pewno był przypadek? Do tego nawiązuje Twój Vincent – nominowany do Oscara polsko-brytyjski animowany film, który odsłania prawdę o trudnej relacji malarza z lokalną społecznością miasteczka, w którym mieszkał. Nie widziano w nim geniusza, ale nieprzewidywalnego szaleńca.

Van Gogh nie był niebezpieczny – odwrotnie, to jego gnębiono. Jednak był odmieńcem, a jego umysł wykraczał poza normę – pod względem geniuszu, ale też zdrowia psychicznego. Jeden z bohaterów filmu wygłasza w pewnym momencie kwestię: „Całe miasteczko przeciwko choremu człowiekowi?”.

Kreatywność a choroba
Do dziś nie jest pewne, na co cierpiał van Gogh. W Saint-Rémy zdiagnozowano u niego padaczkę. Obecnie podejrzewa się, że być może chorował na schizofrenię, zaburzenia osobowości, porfirię lub chorobę afektywną dwubiegunową. To ostatnie jest najbardziej prawdopodobne. Przypuszcza się, że to właśnie w czasie epizodu maniakalnego stworzył wiele najważniejszych dzieł. Nie robił wtedy nic poza malowaniem, prawie nie spał, był obsesyjnie pochłonięty pracą, a przy tym niezwykle kreatywny. Możliwe, że gwałtowne ruchy pędzla są odzwierciedleniem stanu jego psychiki.

Problem ten nie dotyczy tylko holenderskiego malarza. Wiele wybitnych postaci zmagało się z chorobą afektywną dwubiegunową. Psychologowie doszukują się wręcz związku między kreatywnością a predyspozycjami do zaburzeń psychicznych. Powstało na ten temat kilka teorii – pierwsza, według której u osób kreatywnych istnieje większe ryzyko pojawienia się problemów psychicznych. Druga, że twórczość bywa rodzajem terapii, sposobem na odreagowanie konfliktów wewnętrznych. Czasem też na odwrót – działalność artystyczna prowadzi do kryzysu psychicznego. Twórca mocno angażuje się w to, co robi, narażając się jednocześnie na krytykę i ewentualną porażkę. Nieraz zaniedbuje inne sfery życia, by w pełni skupić się na zadaniu. Kreatywność przynosi wiele korzyści, ale też wymaga od człowieka wyrzeczeń.

 


Dodaj komentarz