Muzyczny przystanek: Polska

Heavymetalowe wesele, zapłata w postaci wagonów wódki i metalowa cytryna grająca pastisz muzyki pop – historia koncertów wielkich zachodnich gwiazd w Polsce obfituje w niesamowite historie i anegdoty. Przypomnijmy sobie najciekawsze spośród nich.  

Choć dla najmłodszego pokolenia może to być nie do uwierzenia, ale jeszcze kilkanaście lat temu koncert wielkiej zagranicznej gwiazdy w Polsce był wydarzeniem tak rzadkim, że stanowił sensację niemalże ogólnonarodową. Dziś, kiedy giganci sceny muzycznej niemal masowo ściągają nad Wisłę, warto jest wrócić pamięcią do czasów, gdy z przyjazdem każdej zachodniej gwiazdy łączyło się mnóstwo anegdot i plotek.

Kamienie w Pałacu Kultury   

Na pierwszy koncert zachodniego giganta muzyki rozrywkowej nie musieliśmy długo czekać – nie zdążyła dobiec końca epoka dzieci-kwiatów, a już do naszego kraju przybyła wielka gwiazda światowego rock and rolla. Mowa oczywiście o legendarnym koncercie The Rolling Stones w warszawskiej Sali Kongresowej.

13 kwietnia 1967 roku mieszcząca się w Pałacu Kultury i Nauki sala widowiskowa została wypełniona do ostatniego miejsca. Gros publiki stanowili najmłodsi fani muzyki rockowej. Wraz z pierwszymi dźwiękami gitary publikę opanował totalny szał, który nie ustępował aż do końca stosunkowo krótkiego koncertu (10 utworów). Dla obecnych wówczas na Kongresowej było to wydarzenie absolutnie bez precedensu, które wspominają do dziś, mimo, że od tamtych chwil upłynęło już pół wieku. Zabawie nie przeszkodziło także agresywne zachowanie obecnych na sali przedstawicieli aparatu państwowego, którzy próbowali uciszać wszelkie spontaniczne i żywiołowe reakcje fanów.

Widowiskowe przełamanie codziennej szarzyzny PRL-u, jaką był występ Stonesów, po dziś dzień pozostaje zagadką historyczną – nie udało się ustalić jednej spójnej odpowiedzi na pytanie dlaczego władze zdecydowały się przyjąć ten „wywrotowy” zespół ze „zgniłego Zachodu” w Polsce. Wśród licznych teorii najciekawsza jest ta głosząca, iż wnuczki panującego wówczas I sekretarza partii komunistycznej Władysława Gomułki były wielkimi fankami muzyki Stonesów – zapatrzony w nie dziadek nie mógł odmówić, więc wpuścił Jaggera  i spółkę do PRL.

Zagadką pozostaje również wynagrodzenie Brytyjczyków za występ w Sali Kongresowej. Według miejskiej legendy członkowie zespołu otrzymali za dwa koncerty, które odbyły się tego dnia (jeden po drugim) ekwiwalent w postaci… dwóch wagonów kolejowych wypełnionych polską wódką. I choć jest to historyjka pasująca do trybu życia Stonesów, to z pewnością można ją włożyć między bajki – sami muzycy przyznali po latach, że wynagrodzenie za koncert w Polsce było co najmniej symboliczne – zresztą podobnej jakości co i fatalne nagłośnienie ich warszawskich koncertów.

Blichtr ery disco w TVP 

Drugim legendarnym koncertem epoki PRL-u był występ bijącego wówczas rekordy popularności zespołu ABBA w programie „Studio 2” na antenie Telewizji Polskiej. W przeciwieństwie do skandalizujących Stonesów, grzeczni Szwedzi wydawali się być idealnym materiałem na gwiazdę uświetniającą popularny program telewizyjny rządowej anteny.

Gdy 13 listopada 1976 roku zespół pojawił się na wizji niemal cała Polska zasiadła przed telewizorami, by obejrzeć porywający spektakl zainicjowany słynnym zejściem członków zespołu po ofoliowanych schodach. Ten podniosły moment miał zapewne symbolizować zstąpienie gwiazd światowej estrady na polską ziemię. I tak właśnie wielu widzów go zinterpretowało. Na ich oczach działa się bowiem prawdziwa magia.

Nikomu nie przeszkadzało nawet to, że Szwedzi wykonali wszystkie utwory z playbacku. Sama ich fizyczna obecność w polskim programie (zrealizowanym miesiąc przed emisją) wystarczająco ucieszyła rodzimych fanów, którzy mogli jedynie marzyć o udziale w zagranicznych koncertach tej przebojowej formacji.

ABBA znalazła także czas na wyjście „do ludu” – członkowie zespołu (w asyście oficjeli i ochroniarzy) wybrali się na spacer m.in. po warszawskiej Starówce, podczas którego odbyli serię mniej lub bardziej spontanicznych spotkań z warszawiakami, ciekawymi kolorowych przybyszy ze świata muzyki disco.

Przy heavymetalowym drogowskazie 

Nie samą muzyką disco jednak człowiek żyje – w latach 80. Polskę odwiedziły dwa legendarne składy mocniejszego grania – Iron Maiden i Metallica. Obie formacje zagrały nad Wisłą po kilka koncertów – pierwszy zespół w sierpniu 1984, drugi w lutym 1987 roku. Jak widać chyląca się ku upadkowi komuna nie zaprzątała sobie już głowy walką z „agresywną, reakcyjną muzyką burżuazyjnego Zachodu”.

Dla fanów ostrzejszej odsłony rocka obydwa koncerty stanowiły wielkie święta, podczas których bodaj po raz pierwszy w historii Polski mogliśmy podziwiać tak potężny pokaz heavy metalu – dla wielu widzów to były często koncerty, które dosłownie zmieniały ich percepcje. Oto odsłaniała się nowa, nieznana dotąd namacalnie w PRL-u rzeczywistość, która – nawet dla bywalców punkowego festiwalu w Jarocinie – musiała być wielkim wydarzeniem.

Warto przytoczyć dwie charakterystyczne ciekawostki z tamtych heavymetalowych koncertów w Polsce pod rządami Wojciecha Jaruzelskiego: po zakończonym koncercie w Poznaniu członkowie Iron Maiden wybrali się do miejscowego klubu Adria, w którym trwało akurat typowe, polskie wesele. Choć brzmi to jak bajka Iron Maiden weszli na scenę, zastąpili kapelę weselną i zagrali dwie piosenki na polskim weselu! (kto nie wierzy, tego odsyłam na YouTube’a). Inna historia dotyczy popularnego w Internecie zdjęcia składu Metalliki, który pozuje na tle drogowskazu z nazwami polskich miejscowości – tuż przy ruchliwej szosie katowickiej (tzw. Gierkówce). Wielu uważa, że to perfidny fotomontaż, podczas gdy ta fotografia powstała naprawdę, gdy panowie spontanicznie zatrzymali się przy drodze w trakcie pobytu w naszym kraju w 1987 roku.      

Król jest tylko jeden  

Wraz z upadkiem żelaznej kurtyny zniknęła zdecydowana większość barier, które uniemożliwiały dotąd zagranicznym gwiazdom muzyki przyjazd do Polski. Pomimo to długo największe nazwiska światowej estrady nie chciały zakotwiczyć w porcie o nazwie III Rzeczpospolita. Powodem była między innymi mocno niestabilna sytuacja gospodarcza państwa. Jednymi z pierwszych artystów, którzy odważyli się przybyć do nowej Polski ze swoim wielkim show był ON – sam król popu.

Widowiskowy koncert Michaela Jacksona odbył się 20 września 1996 roku na lotnisku na warszawskim Bemowie i uważany jest za jedno z najważniejszych muzyczno-rozrywkowych wydarzeń lat 90. w Polsce. Król popu spędził nad Wisłą aż cztery dni. Patrząc po sposobie w jaki witany był w naszym kraju można śmiało stwierdzić, że tytuł monarszy nie jest w tym wypadku przesadą. W programie wizyty Jacksona było bowiem m.in. spotkanie z prezydentem Polski, jego małżonką oraz z prezydentem Warszawy. Porównania z wizytą brytyjskiej królowej Elżbiety II (do której doszło w marcu tego samego roku) nasuwają się same.

Na Bemowie Jackson dał fenomenalny popis możliwości wokalno-showmańskich serwując warszawskiej widowni (zgromadzonej w liczbie 100 tysięcy) swoje największe przeboje oraz niezwykły, multimedialny pokaz. Sam artysta zdawał się być tak zafascynowany Polską, że nie chciał poprzestawać wyłącznie na koncercie. Rok później pojawił się u nas z wizytą prywatną, ogłosił m.in., że planuje stworzyć w Polsce wielki park rozrywki pod swoim patronatem, myślał też nad kupnem rezydencji na Dolnym Śląsku.

I choć po czasie okazało się, że z tych zapowiedzi nic nie wyszło, to jednak każdy kto był wówczas w Warszawie i widział Jacksona czy to na scenie, czy to podczas kolejnych punktów jego dwóch polskich wizyt, bez wątpienia nosi w sobie po dziś dzień niesamowite wrażenie obcowania z kimś z zupełnie innego świata. Bo taki był właśnie Michael Jackson – postać niemalże baśniowa.

Rockowy spektakl ery pop   

Rok po Jacksonie do Polski przybył kolejny gigant światowej muzyki – irlandzki zespól rockowy U2. Jeśli ktoś myślał, że poziom efekciarstwa zawarty w show króla popu jest nie do przebicia, to srogo się mylił. Czwórka muzyków z Dublina – z charyzmatycznym Bono na czele – wystąpiła w Warszawie 12 sierpnia 1997 roku na gigantycznej scenie w kształcie nawiązującym do logo sieci McDonald’s (cała zresztą ówczesna trasa koncertowa zespołu miała charakter groteskowej parodii świata komercji i popkultury).

Członkowie zespołu wkroczyli na scenę przedzierając się przez widownię w szwadronie ochroniarzy, odgrywając przy tym scenkę ukazującą wkraczanie bokserów na ring przed walką (Bono miał na sobie koszulkę imitującą kulturystyczną muskulaturę). Już w trakcie trwania koncertu muzycy zjechali natomiast z wysokości – zamknięci w wielkiej, metalowej cytrynie – rozpoczynając w ten sposób kolejny utwór.

Podobnie jak w przypadku koncertu Jacksona dały o sobie znać niedoskonałości polskich służb organizacyjnych, które nie miały doświadczenia w zabezpieczaniu tego typu masowych, muzycznych imprez. Wielu ludzi weszło na oba koncerty bez biletów forsując po prostu bramki.

Również kolejne dwa koncerty U2 w Polsce – mimo, że odbywały się już w innych czasach  -zyskały status kultowych. W 2005 i w 2009 roku Irlandczycy wystąpili na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Podczas drugiego z tych koncertów zespól pojawił się na gigantycznej, okrągłej scenie imitującej statek kosmiczny o kształtach pająka. Oba koncerty przeszły do historii za sprawą spontanicznych akcji fanów, którzy podzielili się na sektory – biały i czerwony tworząc w ten sposób, olbrzymią polską flagę (stali się nią w trakcie piosenki „New Year’s Day” – dedykowanej ruchowi „Solidarności”).

Mroźny sierpień w Sopocie

Nie wszystkie jednak występy zagranicznych ikon muzyki w Polsce należały do udanych – wystarczy wspomnieć pamiętny koncert cieszącej się wówczas gigantyczną popularnością Whitney Houston. Gwiazda przybyła do Polski w sierpniu 1999 roku, by swoim występem uświetnić, odbywający się jak co roku, festiwal w sopockiej Operze Leśnej.

Niestety, wokalistka mocno zawiodła oczekiwania wielu swoich fanów sprawiając wrażenie, jakby koncert w Polsce był dla niej równoznaczny z występem w jakiejś dzikiej krainie, a nie w środkowoeuropejskim kraju, który wówczas był już chociażby członkiem NATO. Houston wkroczyła na scenę w ciepłych, zimowych ubraniach (choć był sierpień), a jej dyspozycja głosowa pozostawiała wiele do życzenia – co gwiazda zresztą sama wielokrotnie podkreślała wymownymi gestami. Zrzucała w ten sposób winę na… mroźną, polską pogodę. I to pomimo zainstalowania na scenie – specjalnie dla niej sprowadzonych – dmuchaw ciepłego powietrza. Do tego wszystkiego spóźniła się na występ ponad godzinę.

Cały ten pokaz niewiele miał wspólnego z profesjonalizmem, jakiego oczekiwali polscy fani od legendarnej wokalistki. Występ Houston na długo pozostał obiektem bezlitosnych kpin m.in. ze strony polskich satyryków. W ten sposób, symbolicznie domykała się epoka, podczas której traktowaliśmy występy zagranicznych gwiazd w Polsce jak objawienie czegoś nadnaturalnego i nieosiągalnego.

Serca zamiast podręczników historii

Udane czy też nie to jednak koncerty zachodnich gwiazd muzyki w Polsce w okresie PRL-u i w pierwszych latach III RP często przechodziły do legendy, stając się nie tylko pokazami muzycznego geniuszu, ale także wydarzeniami wręcz pokoleniowymi.

Działo się tak przede wszystkim na skutek zamknięcia i izolacji w jakiej znajdowała się Polska niemal przez całą II połowę XX wieku. Świat marzeń milionów Polaków – Zachód, personifikował się pod postaciami anglojęzycznych muzyków, których na co dzień mogliśmy podziwiać wyłącznie na plakatach zachodnich czasopism przemycanych przez żelazną kurtynę. To musiało robić i robiło gigantyczne wrażenie na Polakach wychowanych w prosowieckim, hermetycznym i dziwacznym ustroju.

Jednoczenie tamte pamiętne występy to również pokaz niezwykłej siły muzyki i geniuszu artystycznego.  Nie ulega bowiem wątpliwości, że wspominane w tym artykule (i nie tylko) gwiazdy przyciągały tłumy fanów nie jedynie samym faktem pochodzenia z „innego świata”, ale również ponadprzeciętnymi uzdolnieniami, które potrafiły przekuwać w ponadczasowe utwory muzyczne.

I jedyną chyba wadą obecnego stanu rzeczy – gdy wielkie światowe gwiazdy przybywają do Polski regularnie i masowo (ot choćby news sprzed paru dni – jedna z największych obecnie na świecie artystek muzyki pop i country, idolka milionów młodych ludzi – Taylor Swift, wystąpi na przyszłorocznej edycji festiwalu Opener w Gdyni) – jest fakt zacierania się magii danego wydarzenia. Przyjazdy kolejnych gigantów muzycznych nie są już tak nagłaśnianie przez media jak to było przed laty. Nie towarzyszy im otoczka wydarzeń historycznych – traktowane są jako coś naturalnego.

Jednak w głowach tysięcy fanów zmierzających na koncert swojej ulubionej gwiazdy wydarzenia te nie mają z pewnością charakteru taśmowego i budzą nadal tak samo silne, nieopisywalne ludzkim językiem, emocje. A wspomnienie tych koncertów ma szansę pozostać w umysłach tych ludzi na długie lata – nierzadko nawet i na całe życie.

Kamil Durajczyk


Dodaj komentarz