Miłość w dobie PRL-u

Rannungen, Niemcy. Para dwudziestolatków z Polski wybiera się do pobliskiego zamku na swoją pierwszą randkę. Jest rok 1991. Jak to się stało, że poznali się w obcym kraju, tak daleko od swoich rodzinnych domów?

Franek nie miał łatwego życia. Mieszkał w małej wsi niedaleko większego wojewódzkiego miasta, a głęboka komuna i czasy PRL-u nie były sprzyjającymi warunkami do dalszego samorozwoju dla dwudziestolatków. Kiedy miał 23 lata umarł jego ojciec. Brak przyszłości i perspektyw zmusiły chłopaka do wyjazdu za granicę. Wybrał Niemcy. Udało się dzięki kuzynce ojca, która zaoferowała Frankowi, by zamieszkał u niej. Zgodził się i przebywał tam przez kolejne cztery lata. Na początku wszystko układało się dobrze, ale trzeba przyznać, że ciotka miała dość specyficzny i trudny charakter. Chłopak nie mieszkał u niej za darmo. Znalazł pracę w fabryce, opłacał rachunki i kupował dla siebie jedzenie. Oprócz tego pomagał w gospodarstwie przy hodowli kóz i w pracach polowych.

Juli także pochodziła ze wsi. Wysoka, ładna brunetka, właśnie skończyła technikum rolnicze. Planów na przyszłość: brak. Miała pięcioro rodzeństwa, troje z nich pozakładało już rodziny. Pewnego dnia pojechała do swojej siostry, która potrzebowała pomocy w opiece nad dziećmi. Tego samego dnia sąsiedzi siostry Julki gościli u siebie niemieckie małżeństwo. Na wspólny obiad zaprosili także dziewczynę i jej siostrę. Julka bardzo spodobała się parze, na tyle, że postanowili zaprosić ją do siebie. Zaskoczona dziewczyna nie wzięła słów na poważnie, ale po miesiącu przyszedł list, w którym państwo Müller oficjalnie zaprosili dziewczynę. W styczniu jechała już w pociągu do Würzburga. Na miejscu okazało się jednak, że nikt na nią nie czeka.
– Pewnie mój list o przyjeździe nie dotarł – pomyślała zmartwiona – Co teraz?
Na szczęście przypomniała sobie o karteczce z numerem telefonu, którą „na wszelki wypadek” dała jej sąsiadka siostry. Poszła więc do najbliższej budki telefonicznej i próbowała zadzwonić.
Pierwszy.
Drugi.
Trzeci raz.
Nic. Zrozpaczona dziewczyna nie wiedziała co robić. Była w obcym kraju, nie znała języka na tyle, by przekazać całą sytuację komuś, kto potencjalnie mógłby jej pomóc. Podniosła się, wybrała numer po raz czwarty. Jest! Po drugiej stronie odezwał się gruby męski głos. Poznała Stefana.
– Dzień dobry, tu Julia. Jestem na stacji kolejowej w Würzburgu. Czy może pan po mnie przyjechać? – mówi roztrzęsiona łamanym językiem niemieckim.
Gdzie? W Würzburgu? Ah, Julio to ty! Nie wiedzieliśmy, że przyjeżdżasz. Zaczekaj, za godzinę jestem.
Odłożyła słuchawkę i z duszą na ramieniu usiadła na ławce. Tak, jak powiedział Stefan, po godzinie czarny Mercedes przyjechał pod stację kolejową.
Przez następne trzy tygodnie małżeństwo gościło u siebie dziewczynę z Polski. Pewnego dnia cała trójka została zaproszona na obiad do sąsiadki mieszkającej kilka domów dalej.
Kim była owa sąsiadka? Możecie domyślić się, że była nią właśnie ciotka Franka. To podczas tamtego obiadu drogi dwudziestolatków skrzyżowały się. Ona miała 21, a on 27 lat. Kiedy zobaczyli się po raz pierwszy Julia była przekonana, że chłopak jest Niemcem. Jednak gdy Franek po polsku zapytał:
– Więc dokładnie z której części Polski jesteś? – dziewczyna lekko zszokowana odpowiedziała na pytanie.
Jakie było zaskoczenie obojga, kiedy dowiedzieli się, że mieszkają zaledwie 30 km od siebie.
I tak to właśnie się zaczęło. Młodzi widywali się coraz częściej i spędzali ze sobą czas. Niestety. trzy tygodnie upłynęły szybciej, niż się tego spodziewali. W czasach, gdy nie było jeszcze portali społecznościowych ani telefonów komórkowych para wymieniła się tylko adresami korespondencyjnymi i obiecała do siebie pisać. Obietnicy dotrzymali i wytrwali tak pięć lat. Franek w tym czasie wciąż mieszkał w Niemczech, przyjeżdżając co jakiś czas w swoje rodzinne strony odwiedzając również swoją dziewczynę. Usamodzielnił się i wyprowadził od ciotki, by zacząć samodzielne życie.

Pomyśleliście pewnie, że po pięciu latach ich wielka miłość się skończyła, wypaliła, umarła?
Nic bardziej mylnego! Franek na dobre wrócił do kraju i ożenił się z Julią.
Ta miłość trwa do dziś, niezmiennie od prawie 28 lat.
Po ślubie spełnili tradycyjny obowiązek: wybudowali dom, spłodzili – w ich przypadku – córkę i zasadzili drzewo. Tą córką jest moja przyjaciółka. Zawsze pod koniec tej historii dodaje:
– Mimo tego, że słyszałam tę historię chyba milion razy, to i tak przy okazji ich rocznicy ślubu (a może nawet częściej) proszę o to, by opowiedzieli mi ją raz jeszcze.
Bo wciąż nie mogę się nadziwić, jak to jest możliwe, że mieszkając tak blisko, poznali się tak daleko.
No cóż. To było chyba przeznaczenie.


Dodaj komentarz