Za marzeniami na koniec świata

Za marzeniami na koniec świata

Gdy mając dwudziestkę na karku, stajemy na końcu podstawowej ścieżki edukacyjnej, często pojawia się przed nami wybór – w którą stronę pójść? Następnie rodzą się kolejne pytania: co robić ze swoimi marzeniami? Czego właściwie pragnę? Na czym najbardziej mi zależy?

Przed podobnym wyborem stanął młody chłopak z Podlasia, Tomasz Jakimiuk. Jednak jego decyzja może zaskoczyć – mimo niewielkich zasobów finansowych i nikłego doświadczenia postanowił zobaczyć wielki świat.

Początki wielkiej przygody
Pochodzący z Siemiatycz Tomek nie miał lekko. W czasie nauki jego siostrę i jego samego utrzymywała ze swojej skromnej emerytury mama. Po zdaniu matury postanowił spróbować swoich sił na Politechnice Białostockiej, gdzie dostał się bez większych problemów, mimo przeciętnych wyników w liceum.

To właśnie na tym etapie po raz pierwszy zetknął się z podróżą… autostopem. Gdy wraz z koleżanką Anią stał przy szosie w okolicach Biebrzy, zatrzymał się przed nimi tir. Kierowca podzielił się z nimi historiami o Wschodzie, Zachodzie, Północy i Południu. To wydarzenie miało w sobie tyle pozytywnej mocy, że stało się inspiracją dla świeżo upieczonego podróżnika, dało mu do myślenia i zmieniło postrzeganie świata. Pokazało, że bycie otwartym na ludzi popłaca, bo ci, z którymi się rozmawia, chcą mówić i opowiadać.

Pierwsza podróż
Niedługo potem osiemnastoletni wówczas Tomek w trakcie wakacji wraz ze wspomnianą wcześniej koleżanką wyruszył w podróż do… no właśnie – początkowo miał to być autostopowy wypad do Niemiec, lecz finalnie wyszedł z tego prawdziwy „Eurotrip”. Mając ponad dwadzieścia kilogramów ubrań oraz jedzenia w plecaku i kilkaset złotych w kieszeni, wyruszyli w podróż, która finalnie rozciągnęła się aż po Hiszpanię. Według relacji młodego globtrotera, towarzyszyło im niezwykłe uczucie: być tak daleko od domu – a mimo tego czuć się swobodnie. Jak mówi, zawdzięczali to ludziom, którzy zazwyczaj chętnie udzielali im pomocy i służyli radą.

Cała podróż kosztowała ich około trzystu złotych. Powiecie: Niemożliwe!, a jednak, podróż autostopem, noclegi w namiotach i zabrane z domu jedzenie drastycznie zredukowały koszt wyjazdu.

Jedziemy… jachtostopem?
Wbrew obawom niejednego członka rodziny Jakimiuków, Tomek nie porzucił studiów. Ba, zdobył nawet dyplomy na dwóch kierunkach – hotelarstwie i zarządzaniu. Gdy odebrał dokumenty, stanął przed kolejnym wyborem – iść utartą ścieżką i poszukać stabilnej pracy czy może zostać na studiach? Ostatecznie postanowił wybrać się w podróż i dać sobie czas na poukładanie myśli. Wtedy usłyszał o kolejnym nietypowym sposobie podróżowania – jachtostopie. Zaczął szukać w internecie i szczęśliwym trafem znalazł tani bilet last minute z Warszawy na Gran Canarię – jedyny haczyk był taki, że wylot miał się odbyć za półtora dnia. Podróżnik spakował się, autostopem dotarł do Warszawy i po kilku godzinach lotu wysiadł na północno-afrykańskiej wyspie. Trzy dni spacerów po porcie jachtowej opłaciły się, ponieważ finalnie znalazł sześćdziesięcioletniego Węgra, który w zamian za pomoc w naprawach łodzi zgodził się zabrać go na Karaiby. Przygotowania do wypłynięcia trwały około dwóch tygodni. W międzyczasie pojawił się jednak nowy problem – jedzenie Tomek musiał sfinansować z własnej kieszeni. W ten sposób po pracy przy łodzi wychodził do miasta i zarabiał, robiąc ogromne bańki mydlane i grając na harmonijce, na której grać nie potrafił. Gdy wyszli na otwarty akwen Oceanu Atlantyckiego, natknęli się na kilka sztormów, które opisał jako jednyne z najstraszniejszych chwil w swoim życiu.

Ostatecznie udało mu się dopłynąć do Meksyku, w którym radził sobie przez ponad trzy miesiące, znając zaledwie kilka słów po hiszpańsku. Niestety, ponieważ wszystko co piękne musi się skończyć, tak też i jego czekał przelot z Meksyku do Szkocji za 600 zł i powrót przez Anglię i Europę Zachodnią do domowych stron.

Czas na Wschód
Cel następnej przygody jest bez wątpienia wyjątkowy – degustacja stuletniego chińskiego jaja. Pomysł wyprawy na Wschód zrodził się z opowieści o dziewiczym charakterze tamtych stron i wspomnianym wcześniej nietypowym chińskim przysmaku dojrzewającym w specyficznym roztworze przez kilka tygodni, a nawet lat.

Podróż, w której tym razem pomagała mu ponad pięciokilogramowa hulajnoga, rozpoczęła się przejazdem przez Ukrainę, gdzie dzięki szczęśliwemu przypadkowi młodemu podróżnikowi udało się spędzić noc w prawosławnej cerkwi i przeżyć niezwykłe chwile wśród baptystów, z którymi rozmawiał na temat Biblii i stosunków polsko-ukraińskich. Niestety przejazd przez Ukrainę był czasowo ograniczony przez nakaz przejazdu przez całą Rosję w ciągu najbliższych trzydziestu dni od wydania wizy. Tam właśnie w jego głowie zakłębiły się stereotypy o zwyczajach i charakterze Rosjan – w ten sposób jeden z pierwszych razy Tomek nie skorzystał z oferty transportu. Jednak po głębszych przemyśleniach odsunął od siebie negatywne myśli, dzięki czemu dalsza podróż przebiegła bez zarzutu.

Na początku września 2016 r. dotarł do Mongolii, gdzie już pierwszy transport okazał się być równoczesnym zaproszeniem do domu. Mongolia będąca krajem pełnym pięknych i ogromnych przestrzeni mogła martwić małą liczbą pojazdów na drogach, lecz okazało się, że mimo iż auto przejeżdża szosą raz na czterdzieści minut, można mieć pewność, że się zatrzyma i mimo zwyczajowego przepełnienia zabierze ze sobą białego turystę z dwunastokilogramowym plecakiem i hulajnogą. Gdy trafił na step, kilkanaście razy gościł w gerach (potocznie: jurtach), gdzie popełnił wiele obyczajowych błędów. Najlepszym przykładem takiego faux pas jest sytuacja, w której zamiast bardzo nieznacznie nadpić kubeczek z miejscowym alkoholem, wypił do dna, łamiąc zwyczaj dzielenia się z umiarem.

Chcąc lepiej zapoznać się z codziennymi obyczajami Mongołów, nasz chłopak z Podlasia podjął się zagranicznego wolontariatu. Spędził łącznie powyżej dwudziestu dni, robiąc meble i spełniając prośby „szefa” w zamian za nocleg i posiłki – codziennie inne specjały kuchni mongolskiej. Jednym z ciekawszych zadań przydzielonych przez pracodawcę było wykonanie fontanny, która finalnie powstała w wyniku współpracy polsko-holenderskiej.

Na granicy Państwa Środka
Gdy przejeżdżał przez granicę mongolsko-chińską, w jego głowie zrodziło się pytanie – co teraz? Tak jak zazwyczaj z pomocą przyszli ludzie, radzący mu zwiedzenie głównego symbolu kraju, Wielkiego Muru Chińskiego. Wraz poznanym po drodze Grześkiem doszli jednak do wniosku, że udostępniony dla turystów mur to nie to, czego oczekują – postanowili wybrać niedostępną dla zwiedzających, około, jak się okazało, dziewiętnastokilometrową trasę, gdzie mur w wyniku ruchów tektonicznych niezwykle ucierpiał. Ta część wyprawy pozostawiła po sobie wiele potu i blizn, lecz uczucia towarzyszące spędzonym na kamiennym kolosie zachodowi i wschodowi słońca oraz pięknej gwieździstej nocy zrekompensowały cały włożony w trekking wysiłek. Autostop w Chinach działał porażająco dobrze, maksymalnie po pół godzinie zawsze znajdował się koś chętny, aby podwieźć białego podróżnika i, podobnie jak w Mongolii, podróż zazwyczaj kończyła się darmowym noclegiem i ogromnym posiłkiem.

Jednak głównym celem wyprawy nadal pozostawało stuletnie jajo. Na wielkim targu Tomek odnalazł kramy z tymi nietypowymi specjałami. Jajko w przeliczeniu na złotówki kosztowało około złoty pięćdziesiąt. Swoją degustacją wywołał niemałe poruszenie wśród miejscowych. Według relacji Tomka o ile w smaku jajko nie było najgorsze, o tyle pachniało jak nieprane skarpety po stu meczach.

Kolejnym celem stała się dotychczas nieosiągalna nawet w jego marzeniach Wyżyna Tybetańska, gdzie jazda autostopem odbywała się pośród pięcio- i sześciotysięczników. Po drodze natknął się na mężczyznę, który pokazał mu video ukazujące obrząd „pochówku w powietrzu”. Odbywający się w kompleksie dwóch tysięcy świątyń tybetańskich zwyczaj polega na pocięciu zwłok za pomocą toporka i wyrzuceniu ich w przepaść, aby tam pożarły je ogromne himalajskie ptaki. Tomek nie mógł go jednak obejrzeć na żywo – osiemdziesiąt kilometrów przed osiągnięciem celu funkcjonariusze na bramkach policyjnych oznajmili mu, że biali nie mają dalej wstępu.

Powrót do domu
Z Chin lotem za 800 zł przedostał się do Anglii. W drodze do Polski postanowił odwiedzić jeszcze jedno intrygujące go miejsce – dżunglę w Calais. Przechodząc przez prowizoryczne miasto nie został ani razu zaczepiony i nie odczuł żadnej presji ze strony ludzi tam mieszkających, za to odbył kilka ciekawych rozmów, z głównie młodymi imigrantami. Noc spędził na najwyższym piętrze budynku ogrodzonego blokowiska.

Informacje na temat wszystkich podróży Tomka Jakimiuka, m.in. do Watykanu, Skandynawii czy Maroka, możecie znaleźć na jego oficjalnym blogu – Jak To Daleko oraz portalach społecznościowych na fanpage’ach o tej samej nazwie.


Dodaj komentarz