Małe wokół nas

Podobno człowiek ma naturalną skłonność do megalomanii. Stawiamy najwyższe wieżowce, budujemy najdłuższe mosty, latamy największymi samolotami, niestety z najwęższymi siedzeniami. Z drugiej strony, czy miniaturyzacja nie jest naszym sprzymierzeńcem?

Wydaje się, że wszystko zależy od sytuacji. Z pewnością z dużo większym entuzjazmem każdy z nas odniesie się do przedmiotów niewielkich rozmiarów, gdy zamiast potężnego pudła ze srebrnym ekranem z kineskopem wystarczy wnieść na ósme piętro cienki niczym liść nowoczesny telewizor. Zadowolenie prędko znika, gdy objawem miniaturyzacji staje się poszukiwanie po kątach bezprzewodowej słuchawki do najnowszego iPhone’a.

Rozejrzeć się i dostrzec małe
Spójrz przed siebie. Prawdopodobnie gdzieś w zasięgu wzroku znajduje się twój telefon komórkowy. Prawdopodobnie jest to smartfon, bo jak wynika z badań TNS-u zatytułowanych „Polska jest MOBI”, przeprowadzonych w 2016 roku, już blisko 58% użytkowników telefonii komórkowej korzysta z nowoczesnych telefonów dotykowych. Zróżnicowanie wiekowe jest znaczące – w grupie respondentów mieszczących się w przedziale 15–19 lat odsetek ten wynosi aż 91%, natomiast pośród młodych dorosłych do 29. roku życia – 88%.

Wspomnieliśmy już słowem o słynnych telefonach z logiem nadgryzionego jabłka. Nie bez powodu, bo to właśnie Apple jest pionierem we wdrażaniu smartfonów na świecie. Wraz z premierą iPhone’a pierwszej generacji w 2007 roku zaczęła się era telefonów z ekranami dotykowymi.

Co było wcześniej?
Oczywiście, próby podejmowano już wcześniej. Z ciekawostek warto nadmienić, że w 1992 roku IBM zaprezentowało cudowny, jak na swoje czasy, wytwór techniki, który pozwalał wybierać numer za pomocą przycisków wyświetlanych na monochromatycznym ekranie. Luksusowe urządzenie posiadało do tego kalkulator, kalendarz, zegar i notatnik, a nawet pozwalało na wysyłanie wiadomości mailowych! Niestety, kosztował bagatela 900 dolarów, co skutecznie ograniczało jego dostępność. Można więc śmiało powiedzieć, że na początku był Chaos (niezliczonych odmian „klawiszowców”), a z niego wyłonił się iPhone, który w dniu premiery też nie należał do najtańszych – blisko 500 dolarów w podstawowej wersji.

W niespełna 10 lat wynalazek ekipy Steve’a Jobsa podbił świat. Podobne rozwiązania szybko przejęli inni producenci i dzisiaj prawie wszyscy używamy owoców ich mniej lub bardziej żmudnej pracy. Telefon mieści się w kieszeni, a przecież nie jest tylko telefonem – może służyć nam za komputer, radio, telewizor, kalkulator i kto wie, co jeszcze.

Ewolucja zaszła bardzo prędko. 2007 rok to pierwszy iPhone, ale za to w 2000 roku miał premierę najbardziej kultowy telefon w dziejach, czyli Nokia 3310. Jak wynika z danych producenta, w różnych odmianach sprzedano na całym świecie blisko 130 mln egzemplarzy. Dziś, choć od szczytu popularności nie upłynęło nawet 20 lat, „ceglasta” Nokia mogłaby zająć godne miejsce na wystawie muzealnej (kto wie, może już gdzieś zajmuje).

Nokia też zresztą nie była pierwsza. Pierwszym polskim operatorem na rynku telefonii komórkowej była trochę dziś zapomniana Era GSM. Uroczyste otwarcie pierwszych salonów miało miejsce w 1996 roku. Telefony z tamtego okresu raczej trudno było wsadzić do kieszeni. Jeszcze trudniej te, które w ogóle przecierały w Polsce szlaki. W 1992 roku Centertel uruchomił pierwsze połączenia na terenie Polski. Opłaty trzeba było jeszcze wnosić w dolarach, natomiast pierwsze telefony trzeba było nosić w oddzielnych walizkach. Te, które można było wsadzić do teczki, wysokie na dwadzieścia i grube na cztery centymetry telefony Mobiry, protoplasty Nokii, były za to horrendalnie drogie – blisko 2000 dolarów, co w przeliczeniu na polskie złote sprzed denominacji dawało ponad 20 mln!

Zaczęło się od szaf…
… nawet kilkudziesięciu, bo komputer ENIAC zajmował powierzchnię blisko 140 metrów kwadratowych. Zbudowany w latach 1943–1946 na Uniwersytecie Pensylwanii uchodził za najwybitniejsze osiągnięcie ówczesnej technologii. Choć do jego obsługi potrzebnych było kilkunastu ludzi, moc obliczeniowa była sporo gorsza od dzisiejszego taniego peceta, a do tego ulegał ciągłym awariom, i tak budził podziw i dumę z ludzkich możliwości. ENIAC powszechnie uznawany dziś jest za pierwszy komputer na świecie.

Później miniaturyzacja postępowała coraz prędzej. Z czasem komputery zaczęły mieścić się w szafie, a później nawet na jednym biurku. Pierwszym komputerem, który zrobił szerszą karierę w Polsce, był amerykański Commodore 64, nieśmiało przedostający się za żelazną kurtynę różnymi mniej lub bardziej oficjalnymi drogami. Pozwolić sobie mogli na niego tylko nieliczni, a posiadanie takiego trofeum budziło nie lada podziw. Tym, co może zaskakiwać nawet współcześnie, jest fakt, że cała aparatura mieściła się w jednym niewielkim module z wbudowaną klawiaturą. Commodore był nie tylko narzędziem użytkowym, ale też wszedł na stałe do kultury poprzez kompozycje muzyki elektronicznej i pierwsze gry komputerowe, w bardzo ograniczonej formie, na którą pozwalały 64 kilobajty pamięci operacyjnej.

Kolejnym etapem było komputery stacjonarne z interfejsem graficznym i jednostką główną zabudowaną w oddzielnej jednostce, zwanej popularnie „skrzynią”. Tego rodzaju pecety po raz pierwszy projektował Apple w latach 80., natomiast szczyt ich popularności przypadał na lata 90., kiedy to konstruktorzy prześcigali się w budowaniu coraz wydajniejszych konstrukcji.

Kolejnym krokiem było wprowadzenie laptopów. Pierwsze próby podejmowano jeszcze w latach 70., jednak powstające wtedy konstrukcje IBM trudno nazwać nawet protoplastami późniejszych laptopów. Pierwszą propozycją, która wyglądem i ekranem o obłędnej jak na swoje czasy rozdzielczości dwunastu cali przypominała znane nam komputery przenośne, był HP Vectra Portable CS, zaprezentowany w 1987 roku. Później konstrukcję tego typu doskonalono. Kolejnego przełomu dokonał Microsoft, wprowadzając na rynek urządzenie łączące w sobie funkcje laptopa i tabletu. Jaki będzie kolejny krok? Kto wie… Na pewno jednak efekty miniaturyzacji są dostrzegalne i komputer, na którym czytasz ten artykuł, z pewnością nie przypomina w żaden sposób ENIAC-a ani nawet Commodore’a.

Plastik może wszystko
Na koniec zajrzyj jeszcze do swojego portfela. Nie znajdziesz tam ani sztabek złota, ani koralików, ani muszelek. Tak mniej więcej zaczynała się historia pieniądza. Fenicjanie zaczęli go używać jako pierwsi i to właśnie dla nich środkiem płatniczym były niewielkie muszle z wyrytymi w nich oznaczeniami. Później świat starożytny przeszedł na pierwsze monety wybijane ze szlachetnych kruszców. W średniowiecznej Europie kupcy przez setki lat zmuszeni byli do wożenia ze sobą kosztownych sztabek i bilonu, co narażało ich na rabunki. Dopiero bankierzy z Sieny wpadli na pomysł, by za złoto oddane w zastaw w jednym banku wydawać blankiet pozwalający na wypłacenie tej samej ilości kruszcu w innym mieście. Pierwsze pieniądze papierowe w znanej nam dziś postaci wprowadzili Szwedzi na początku XIX wieku.

Dziś płacimy przede wszystkim wygodnymi banknotami, coraz częściej jednak kartami kredytowymi czy debetowymi. O ile pieniądze papierowe są już wynalazkiem z całkiem długą historią, o tyle na plastikowy pieniądz czekaliśmy do XX wieku. Pierwsze próby podejmowano w Stanach Zjednoczonych jeszcze przed I wojną światową, jednak dopiero Diners Club w 1950 roku wydał pierwszą kartę kredytową pozwalającą płacić za usługi we wszystkich hotelach i restauracjach należących do sieci. Osiem lat później powstała BankAmericard, pierwsza w historii pełnoprawna karta płatnicza.

W latach 60. plastikowy pieniądz dotarł na Stary Kontynent wraz z amerykańskimi turystami i wymusił na Europejczykach dostosowanie się do trendów przybywających zza oceanu. Co ciekawe, od lat 60. karty bankowe obsługiwały też wybrane przedsiębiorstwa w Polsce, jednak usługi te prowadzono wyłącznie dla obcokrajowców.

W 1990 roku ze struktur państwowego ORBIS-u wydzielono jednostki organizacyjne odpowiedzialne za funkcjonowanie systemu kart płatniczych. Na ich bazie założono Polcard i już w 1991 pierwsi klienci banków stali się posiadaczami kart płatniczych do swoich kont. Dzisiaj, choć coraz częściej płacimy za pomocą telefonu, to jednak nadal pozostajemy przywiązani do prostokątnego kawałka sztucznego tworzywa, który zajmuje tak niewiele miejsca, a daje tak szerokie możliwości.

Może się wydawać paradoksem, że w świecie dążącym do ukazania pełni swej potęgi, pełnym monumentalnych dokonań ludzkości, tak bardzo fascynuje miniaturyzacja. Wydaje się jednak, że w jednych dziedzinach życia żądamy rozwiązań coraz bardziej kompaktowych, podczas gdy w innych objawia się nasza megalomania. Może kontrasty rozmiarów są nam potrzebne? Może to, co małe, staje się piękne dopiero w obliczu wielkiego?


Dodaj komentarz