Ludzie zejdźcie z drogi, bo listonosz jedzie!

Jakiś czas temu na łamach „Outro” w artykule Miłość w dobie PRL pisałam o związku, który przetrwał próbę kilometrów. To właśnie przez listy, które regularnie wysyłali do siebie główni bohaterowie, ich miłość mogła przetrwać. A co, gdyby Franek i Julia poznali się dziś – w świecie zdominowanym przez Facebooka, Messengera i Instagrama?

Pozwólcie, że zrobię małą wizualizację:

Franek zaprasza Julkę do znajomych i zaczyna obserwować ją na Instagramie. Julka rzecz jasna przyjmuje zaproszenie i także daje follow back na Insta. Zaczynają ze sobą pisać, Franek daje serduszko pod każdym nowym zdjęciem dziewczyny opublikowanym na platformie. Dzwonią do siebie przez Facetime, wysyłają sobie snapy. I jak? Brzmi zupełnie inaczej, prawda?

A jak było wtedy? Franek i Julka pisali do siebie średnio raz na 3-4 tygodnie (taki mniej więcej był czas doręczenia korespondencji). Opisywali swoją rzeczywistość ubiegłego miesiąca (!), reszta należała do interpretacji i wyobraźni odbiorcy. Tak było w latach 90. Zaledwie 20 lat później taki związek na odległość wyglądałby zupełnie inaczej. I rzeczywiście wygląda!

Znam pary, które żyją na odległość właśnie mniej więcej w takim schemacie, jaki opisałam wcześniej. Ta odległość niekiedy wychodzi nawet poza Ocean, ale związki trwają nadal. Sądzę, że właśnie dzięki Facetime i Messenger, czy inny tego typu komunikator. Jeśli pozostalibyśmy w erze pisanych listów połowa tych związków pewnie by nie  przetrwała, co nie oznacza, że uważam aby listy zupełnie odeszły do lamusa. Wręcz przeciwnie – powinniśmy kontynuować komunikowanie się właśnie za ich pomocą. Z pewnością będzie to sprzyjać poprawie naszego charakteru pisma, który niemalże wyginął przy pisaniu wiadomości na klawiaturze laptopa czy smartfona. Prawie zapomnieliśmy dziś po co nam ołówek czy długopis!

Poza tym, czy nie zrobi wam się miło, kiedy w waszej skrzynce znajdziecie list z tajemniczą zawartością, a nie kolejną paczuszkę z Aliexpress? Chociaż pojawienie się rzeczy, na którą czekaliśmy 3 miesiące jest chyba równie przyjemne, ale z dostawcą z Chin nie wymienicie się  korespondencjami. Mam na myśli to, że zawsze miło jest poczytać coś, co jest na papierze, pisane odręcznie (czasem od serca) przez kogoś, kogo znamy (chociaż też niekoniecznie). Listy mają to do siebie, że są szczególne. Jeżeli ich nie otworzymy, nie dowiemy się, co jest w środku, więc to też tajemnica. Istnieje jednak możliwość, że niestety list nie dojdzie do adresata lub zagubi się gdzieś po drodze, co zdarzyło się  także i moim bohaterom. Jeden z listów Franka nie dotarł do Julii i ta odebrała to jako oznakę końca ich związku. Niemal zaważyło to na ich wspólnej przyszłości, ale na szczęście Franek wysłał drugi list z pytaniem o czas odpowiedzi na poprzedni. Cała sprawa się szczęśliwie wyjaśniła i nadal pozostali w kontakcie. W korespondencjach cyfrowych takiej możliwości nie mamy, chyba że zawiedzie nasze urządzenie, ale i tak wszystko zostaje w przestrzeni internetowej i do odczytania wiadomości będziemy mogli użyć innego nośnika.

Co w takim razie robić? Pisać, czy nie pisać? A jak pisać, to do kogo, jeśli nie mamy konkretnego adresata naszego listu? Z pomocą przychodzą nam strony internetowe, które zrzeszają miłośników korespondencji pisanych, wystarczy dobrze przeszukać internet. Nie ograniczajmy się do granic naszego kraju – korespondować można też w innych językach z ludźmi z zagranicy. Możliwości jest wiele, wystarczy chcieć.

 

 

Anna Sydorczak


Dodaj komentarz