Klasyczny duch popkultury?

Znikającą za horyzontem pomarańczową tarczą słoneczną Rzym żegna ciepły, letni dzień i wita zapadającą noc. Przez okno swego rzymskiego pałacu spogląda na wydłużające się cienie budowli Forum Romanum Horacy. Przed nim spoczywa arkusz pergaminu będący najczystszym świadectwem dumy artysty ze swego dzieła: exegi monumentum aere perennius.

Powyższe słowa w języku polskim zapiszą się za sprawą tłumacza Carmin wenuzyjskiego poety, Adama Ważyka, następująco: Zbudowałem pomnik trwalszy niż ze spiżu. Starożytni poeci, którym towarzyszyła duma płynąca ze swych dokonań, przeświadczonym o drzemiącej w nich dwojakiej naturze, ludzkiej oraz boskiej, żyli i tworzyli napędzani marzeniem zyskania nieśmiertelności poprzez swe artystyczne dokonania. W przypadku Horacego można zaryzykować stwierdzenie, że cel swój osiągnął, a sława jego poezji na zawsze będzie pobudzać kolejne pokolenia – dowody tego znajdujemy w mnożących się zewsząd aluzjach i trawestacjach do horacjańskich toposów.

Zyskać wieczne istnienie 

W jaki sposób może nas interesować Horacy w kontekście problemu popkultury? Przede wszystkim warto zwrócić uwagę, że antyk jako pierwsza epoka dziejów kultury zrodziła w ówczesnych twórcach potrzebę uwiecznienia samych siebie poprzez artystyczne dokonania – nie była to jednak tendencja charakterystyczna tylko dla tego okresu. W każdej kolejnej epoce klasycznej powracało pragnienie ziszczenia horacjańskiego non omnis moriar – o tym pisał Jan Kochanowski, wspominał Ignacy Krasicki. Fragment listu z tą właśnie inskrypcją wystaje z kieszeni zmarłego Rzeckiego w pochodzącej z okresu pozytywizmu, lecz w istocie synkretycznej światopoglądowo Lalce!

Co ciekawe, nośność horacjańskiej idei była tak wielka, że dziedziczyli ją również twórcy epok nieklasycznych, realizujących romantyczny styl myślenia o sztuce – wspomnieć należy chociażby Słowackiego i wiersz Testament mój ze sławną siłą fatalną, która nas, zjadaczy chleba, w aniołów przerobi. Także Kazimierz Przerwa-Tetmajer, choć już odrzucając impresywną funkcję sztuki (modernizm stał pod znakiem „sztuki dla sztuki”), afirmował jednocześnie jej najwyższe znaczenie – wobec marności życia stanowi jedyny sens istnienia. Stąd okrzyk evviva l’arte – niech żyje sztuka!

Na śmietnik historii 

Już w dwudziestoleciu międzywojennym hasło rzucone blisko dwa tysiące lat temu przez wenuzyjskiego poetę zaczęło wzbudzać więcej wątpliwości niż uczucia poetyckiej dumy – jako pierwszy wstąpił na ścieżkę polemiki z Horacym Julian Tuwim. Po wojnie topos exegi monumentum przywoływany był już wyłącznie na zasadzie kontrastu z sytuacją współczesnego twórcy.

Dzisiejsza kultura stopniowo utraciła potrzebę przechowania swego dorobku dla przyszłych pokoleń – nie dąży się do wytworzenia jakiegoś spójnego kanonu myśli, wiodącego kierunku, który stałby się znakiem rozpoznawczym naszych czasów dla potomnych. Dzieła współczesności funkcjonują jedynie w swoim własnym czasie, nie powstają z zamiarem umożliwienia czerpania z nich refleksji w przyszłości. Odpowiadają na potrzeby teraźniejszości i wraz z jej fluktuacjami prędko się dezaktualizują. Dla Horacego stanowiłoby to powód do cierpienia, my natomiast bez poczucia żalu uznajemy taką stratę za efekt działania zwyczajnego prawa przemijania. Dla wrażliwych na walory estetyczne badaczy literatury i kultury taki stan rzeczy stanowi jednak często powód do niepokoju. Pojawia się konstatacja – co przekażemy przyszłym generacjom? Czy staniemy się źródłem ich badań bądź w ogóle jakiegokolwiek zainteresowania? Co, jeśli okaże się, że nasze czasy przejdą do historii szeroko pojętej sztuki jako pstrokata plama, której mnogość i brak ładu zachęca jedynie do milczenia? Czy nie grozi nam przypadkiem śmietnik dziejów?
Na świadectwo, jakie pozostawimy po sobie na przyszłość, z troską spoglądał Zbigniew Herbert, który w jednym ze swoich najbardziej znanych utworów, zatytułowanym Dlaczego klasycy?, pisał:

jeśli tematem sztuki
będzie dzbanek rozbity
mała rozbita dusza
z wielkim żalem nad sobą

to co po nas zostanie
będzie jak płacz kochanków
w małym brudnym hotelu
kiedy świtają tapety

Uderza z ostatniej strofy głęboki pesymizm, szczególnie gdy odczytamy go w duchu hermeneutycznym. Średniowiecze pozostawia po sobie obraz miłości czystej, ściśle duchowej i pozbawionej fizycznego pożądania – takim uczuciem obdarzali się Tristan i Izolda. Barok brytyjski zrodzi najszerzej rozpoznawalną parę kochanków w dziejach – Romea i Julię, których pełna wierności, lecz i tragiczna miłość zaprowadzi ich do wspólnego grobu. Romantyzm wzniesie się na wyżyny apologetyki usiłując przezwyciężyć racjonalistyczne i fizjologiczne spojrzenie na naturę międzyludzkiego przywiązania, ukazując jednocześnie siłę miłości prostej, płynącej z serca, noszącego „prawdy żywe”.

Herbert zdaje się pytać – co my po sobie zostawiamy? Co w nas zainteresuje naszych następców? Świadomość, że współczesność i jej nieopanowany eklektyzm treści i form powiązany z obrazoburczym obaleniem kanonów i podziałów normatywnych może stać się dla kolejnych epok pośmiewiskiem i ciemną plamą na tle dziejów, przepełnia wybitnego poetę kultury obawą.

Popkultura a aktualność

Postawę autora cytowanego wyżej utworu niejeden uczestnik dzisiejszego życia społecznego i kulturalnego ostro by skrytykował. Jaka jest bowiem praprzyczyna potrzeby uwiecznienia swych dokonań dla przyszłych pokoleń? Jaki imperatyw nad nami ciąży? Jego natura pozostaje niejasna, a status ontyczny niepewny – takich niedookreślonych bytów zwykliśmy się zaś, jako racjonalistycznie działający ludzie XXI wieku, skrzętnie pozbywać. Stąd non omnis moriar nie wzbudza już szczególnych emocji. Nie brak twórców, którzy zdają się zgadzać na to, że nie tylko własna sztuka ich nie przeżyje, lecz więcej – stanie się nieaktualna i trafi do szuflady zawierającej archiwalne materiały jeszcze na długo przed ich odejściem z tego świata.

Ta krótkość trwania dzieła sztuki współczesnej, gwałtowne nieraz przejście od szczytu sławy i popularności do absolutnego zapomnienia, stała się czymś naturalnym dla artysty – efektem dynamiki rynku i zmiennych potrzeb odbiorców. Można by powiedzieć, że twórczość się sfunkcjonalizowała kosztem dumy i niezależności. Popkultura i jej wytwory nastawione są na potrzebę chwili, co czyni je w generalnym ujęciu niezdatnymi do użycia w dłuższej perspektywie czasowej. W wielu minionych epokach uznano by te cechy za istotne wady, ponieważ wobec literatury czy sztuki stawiano wymóg ponadczasowości. Dziś wręcz przeciwnie, choć nadal powstające teksty kultury zawierają najczęściej okruch prawd uniwersalnych, to jednak wypowiadane są raczej zwyczajowo lub na zasadzie językowego przyzwyczajenia – nie stają się zwykle głównym wątkiem utworu. Nie można jednak generalizować i rozciągać tej refleksji na całość popkultury – pośród bogactwa różnorodnych wytworów tego nurtu są i te spełniające funkcję dydaktyczną, jak chociażby wspominana w innym artykule w tym wydaniu Outro (patrz str. ………) animacja Disneya pod tytułem Kraina lodu – jednym z jej głównych przesłań było zmierzenie się z trudnymi tematami odrzucenia i samotności, które przewijają się jako temat dzieł artystycznych od wieków.

Klasyczność dzieł popkultury

Ody Horacego czy pieśni Jana Kochanowskiego powstawały z odgórnie narzuconym przez autorów najważniejszym celem – zyskać sławę i uznanie tak wielkie, by w każdym kolejnym pokoleniu znajdowali się chętni do ich zgłębiania i analizowania. To z kolei zapewniało samym pisarzom wieczne życie poprzez swoje twórcze dokonania. Choć utwory tworzone przez artystów popkultury takich ambicji wcale nie posiadają, to jednak zdarza się, że ich popularność trwa jeszcze długo po śmierci twórcy, zdobiąc jego nazwisko złotymi zgłoskami.
Przypomnijmy chociażby kompozycję Puszki z zupą firmy Campbell Andy’ego Warhola, jednego z herosów pop-artu. Powstała w 1962 roku, a mimo to po dziś dzień jest szeroko rozpoznawalna i powszechnie kojarzona z nieżyjącym już od dawna amerykańskim grafikiem. Jest też wielce prawdopodobne, że swój status utrzyma przez kolejne wieki. Dlaczego? Ponieważ stała się pewnego rodzaju ikoną, stałym punktem odniesienia dla opisu zjawiska kultury popularnej. Historycy literatury określają czasami takie zjawisko metaforą palimpsestu – tytuł 32-elementowej grafiki Warhola pojawił się już (i zapewne pojawi się) w tak wielu publikacjach, nakładając się na ich sensy, że tworzy ostatecznie kompozycję trudną do powszechnego zbadania – zaczyna żyć swoim własnym życiem.
Michał Głowiński zwracał uwagę, że każda epoka wytwarza swój nurt klasyczny i awangardowy – wystarczy, że rozwija się dostatecznie długo i wtedy powstaje nurt kultury o cechach typowych dla danego okresu oraz drugi, który przełamuje schematy i konwenanse. Dzieje popkultury we współczesnym rozumieniu sięgają dwudziestolecia międzywojennego, był to więc czas dostatecznie długi, aby zyskać dzieła klasyczne oraz dzieła awangardowe. Warto wreszcie zauważyć, że to, co na początku stanowiło awangardę, z upływem czasu może zacząć uchodzić za klasykę – taki właśnie był przypadek Warhola. To, co dziś w pop-arcie nas szokuje, zadziwia, już za kilkanaście lat stać się może trwałym elementem jego dorobku wobec powstania nowych, jeszcze bardziej odmiennych od przyjętych reguł dzieł.

Przemijające, lecz trwałe 

Czy wobec powyższych rozważań mają sens obawy o to, jakie opus stworzy sobie współczesność? Z jednej strony zapewne tak, bo ambicją wszystkich dotychczasowych epok było pozostawienie po sobie jakiegoś przesłania, dowodu na własne istnienie. Z drugiej strony nie należy popadać w skrajność – nie jest prawdą autorytatywne stwierdzenie, że dzisiejsza kultura przed autorytetem Horacego, Owidiusza czy Marka Aureliusza może tylko przyklęknąć i ukorzyć się z powodu swej mierności. Rządzi się swoimi prawami, ma swoje cechy charakterystyczne – nie można jej zarzucić epigoństwa, a co za tym idzie odtwórczości i braku sensu. Jak ocenią nasz dorobek kolejne epoki, nadal jest niewiadomą. Pozostawiamy jednak po sobie wiele – i nie jest to tylko wszechobecny plastik.

Krzysztof Andrulonis


Dodaj komentarz