Język współczesnej polityki – jaki jest?

Rok 1989 – Polska przechodzi wiele znaczących zmian gospodarczych, politycznych, społecznych i kulturowych. W wyniku rewolucji Solidarności stało się możliwe głoszenie różnych poglądów politycznych. Czy wraz ze zwiększoną dostępnością do kultury ludzie przestali pamiętać o podstawowych zasadach komunikacji? Czy dostęp do mediów nie zmienił też naszego postrzegania osób na wysokich stanowiskach? Przyjrzyjmy się, jak przekształcił się język polityki po odsunięciu nowomowy komunistycznej.

Warto byłoby zacząć od zdefiniowania języka polityki, jest to bowiem niełatwe nawet dla językoznawców. Oto jedna z terminologii według Stanisława Dubisza, Elżbiety Sękowskiej i Józefa Porayskiego-Pomstę: Znaczenie tego terminu ma dwa aspekty. Po pierwsze, należy przez to określenie rozumieć słownictwo i frazeologię odnoszące się do szeroko rozumianej działalności politycznej. Po drugie, przez ten termin należy rozumieć przekazy formułowane przez różne grupy użytkowników polszczyzny, biorących udział w szeroko rozumianym życiu politycznym i działalności politycznej.

Istnieje wiele odmian języka polityki, przez co nie jest on ujednolicony, łączy w sobie różne style i sposoby mówienia. Wraz ze swobodą i możnością wypowiadania publicznie wielu kwestii zmienił się nie tylko język polityków, lecz także nasz sposób ich postrzegania. W momencie gdy człowiek na wysokim szczeblu publicznie wypowiada słowa, których nie powinien poznać świat, staje się dla ludzi pośmiewiskiem i spotyka się z ostrą krytyką. Na przestrzeni lat jednak zdążyliśmy się już przyzwyczaić do wielu wpadek językowych wśród polityków. Większość z nas przestało to bawić, ponieważ obnaża to niekompetentność ludzi, którym nierzadko zaufaliśmy podczas wyborów.

Kto jest dobry, a kto zły?

Jak słusznie zauważa Kazimierz Ożóg, polski profesor nauk humanistycznych, niezmiennie w języku czołowych przedstawicieli rządu występuje skrajne wartościowanie na zasadzie opozycji: dobry–zły, my–oni. W czasach komunizmu była to opozycja między społeczeństwem (my) a rządzącymi (oni). Po 1989 roku opozycyjne stały się względem siebie partie polityczne (obecnie PO–PiS). Słownictwo wartościujące zależy od ideologii i programu danego ugrupowania. Kto jest dobry, a kto zły – zdecydujcie sami.

Luz blues

Już w latach 90. badaczka Maria Frankowska zauważyła pewną tendencję występującą wśród graczy politycznych. Jest nią pewien luz językowy. Wraz z odejściem od sztywnej mowy komunistycznej język zwrócił się ku potoczności i zaczęła panować moda na swobodę językową oraz przełamywanie oficjalności. Wiąże się z tym skłonność do prostego tłumaczenia zjawisk politycznych przez użycie potocznych metafor i frazeologizmów. Ta tendencja ciągle się nasila. Rośnie również chaos informacyjny, który sprawia, że coraz mniej młodych ludzi interesuje się sceną polityczną w kraju, istnieje również taka grupa osób, która – jak słusznie zauważył Marek Czyżewski – obserwując chamstwo, prostactwo, brak kultury osobistej i nieumiejętność posługiwania się językiem polskim wśród części elit politycznych, stwierdziła szkoda na to czasu.

„Upadek politycznego mówienia”

Tymi słowami Kazimierz Ożóg zwraca uwagę na zjawisko pauperyzacji, inaczej zubożenia języka polityki. Wymienia on również kilka czynników na nie wpływających, takich jak zmiany obyczajowe, które przyniosły obniżenie kultury osobistej, tendencje postmodernistyczne oraz te z Zachodu, które zaczęły napływać po rewolucji Solidarności. Wulgaryzmy, prymitywne sfomułowania czy nierzadko obelgi rzucane w stronę opozycji – to już, można powiedzieć, standard wśród graczy politycznych. Obserwujemy modę na potoczność. Kazimierz Ożóg w swoim artykule O języku współczesnej polityki podaje kilka przykładów z przełomu 2005/2006 roku:

współpracować z tym politykiem to tak jakby kozę puścić do zagrody; obecna sytuacja przypomina klatkę, w której znajduje się pyton i  dwie kury – Samoobrona i LPR, wcześniej czy później wąż pożre kury; Platforma nie może się umawiać na kolejną randkę w ciemno; po południu wszystkie scenariusze trafił szlag; to może wkurzyć tak święte rodzeństwo wsparte Lepperem i Giertychem; możliwość koalicji jest nierealna – do tanga trzeba dwojga.

Ożóg nazywa taką manierę „manierą antyintelektualną”. Język oparty zostaje na doświadczeniach zwykłego odbiorcy:

polityczny thriller trwa już kilka dni; polityczny zawrót głowy, czyli walentynki po polsku; był to żałosny, infantylny spektakl; w tej grze Lepper będzie tak grał jak chce tego Kaczyński; polityczny serial; polityczny dreszczowiec.

Obserwujemy tu obniżenie jakości języka zwłaszcza w tekstach populistycznych. Dziś wystarczy odpalić internet i wpisać np. „najgłupsze wypowiedzi polityków z 2018 r.”. Obiecuję wam, że spotkacie się z mnóstwem filmików o tej tematyce, a oglądając je, nie będziecie się nudzić.

„Ale wkoło jest wesoło…”

Tak grał zespół Perfect w czasach komunistycznych. Dziś już nie ma takiej propagandy, jaka była w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Dzisiaj polityk musi się sprzedać, zwrócić uwagę na siebie, być oryginalnym. Nieważne, jak mówią, ważne, że mówią. Niestety. Słowo odgrywa wielką rolę, jest reklamą, ma być politycznie i wesoło. Proces nadmiernego używania żartu, groteski i ironii w celu wzbudzenia zainteresowania nazywamy karnawalizacją. Nie ośmielę się pominąć przytoczonych przez Ożóga prymitywnych wypowiedzi dotyczących sfery seksu czy wydalania:

nocne igraszki PiS; lubię seks jak koń owies; pakt stabilizacyjny to konkubinat PiS-u, i to z dwoma partnerami naraz; PiS boi się trudnego małżeństwa z Samoobroną.

Tego typu wypowiedzi są jedynie pokarmem dla mediów. Jaki więc jest ten język współczesnej polityki? – włączcie telewizor i zobaczcie sami.

 

 

Klaudia Sordyl


Dodaj komentarz