„Jeżdżę, więc jestem…”, czyli jak nie pracować, a zarabiać

Praca nie musi być ciężką harówką. Można ją połączyć z tym, co się kocha, i jak mówi popularne przysłowie, nie przepracować w życiu ani jednego dnia. Można hodować kaktusy, organizować spływy kajakowe, zostać trenerem personalnym lub pisać książki. Jakie inne pomysły mają na siebie ludzie?

O tym, jak otworzyć własną stajnię i czy można na tym zarobić tyle, żeby móc się utrzymać, rozmawiam z Antoniną Wieczorek – tegoroczną maturzystką, menagerem stajni „Leśna” w Sosnowcu i pasjonatką koni.

Młodym ludziom często trudno jest uwierzyć w to, że mogą połączyć swoje pasje z pracą. Tobie się udało. Prowadzisz stajnię, uczysz ludzi jeździć konno i jeszcze na tym zarabiasz. Powiedz, w jaki sposób rozpoczęła się twoja przygoda z końmi?

Pasja pojawiła się, gdy byłam mała. Od przedszkola zawsze były to: konie, konie, konie… . Wiadomo, zaczęło się od takich jazd, na które przyprowadzali mnie rodzice. Z czasem część osób rezygnowała. Ja byłam wytrwała. I rzeczywiście, jeździłam z mniejszymi lub większymi przerwami, w zależności od rodziców: z taką częstotliwością, z jaką dali tam radę mnie wozić. Gdy byłam starsza, dużo czasu spędzałam w stajni. Rodzice zobaczyli, że to jednak nie przechodzi. Postanowili kupić konie. Zasada była jedna: przy zwierzętach wszystko musimy robić my. Jeśli nie, to zostaną sprzedane. Nie mamy stajennego, nie mamy nikogo do pomocy. To była taka szkoła życia. Z czasem babcia znalazła jeszcze szkołę w Żywcu o typowo „końskiej” specjalizacji. Jeśli chodzi o tę wiarę w siebie i w to, że pasja może być pracą – rodzice zawsze mi powtarzali, zwłaszcza tata: Nieważne, co robisz, jeżeli jesteś w tym dobra, będziesz mogła na tym zarabiać. Nie miałam z tyłu głowy myśli „nie, tego się nie da”. Miałam świadomość, że jeżeli będę dobra, to znajdę klientów, ludzie będą chcieli przychodzić. Więc możliwe, że to jest najważniejsze.

Największy impuls był ze strony rodziców?

Tak. I wsparcie. Nie ukrywam, że gdyby nie zaprowadzali mnie do stajni w wieku, powiedzmy, przedszkolnym…

To oni cię prowadzili czy sama chciałaś wtedy spróbować?

Ja chciałam. Mama wolała, żebym grała na skrzypcach. I rzeczywiście, mam za sobą cztery lata szkoły muzycznej. Jednak to nie było to. Siostrę zapisali do szkoły baletowej … Nie było tak, że spróbowałyśmy jednej rzeczy i koniec. Próbowałyśmy różnych rzeczy, było też i pływanie, i narciarstwo…. Natomiast jazda konna została i wytrwała. Rzeczywiście to jest to, co chcę robić.

Mówiłaś, że rodzice kupili pierwsze konie. Trzymaliście je w czyjejś stajni czy to była od razu wasza stajnia?

Ciężko mówić, że to jest stajnia. Po prostu było tam kilka pomieszczeń dla koni. Wiadomo, rodzice zakupili siano i tak dalej, natomiast my musiałyśmy wszystko przy zwierzętach robić. Budynek ten znajdował się niedaleko nas, ale jednak codziennie trzeba było tam dotrzeć. Zwłaszcza zimą przed szkołą: wstać, dać jeść, a potem wrócić do domu się wyszykować. I tak cały czas. To było chyba najgorsze. I najtrudniejsze dla takich dzieciaków, bo wtedy byłyśmy dzieciakami. Ja miałam trzynaście lat, siostra jedenaście. To rzeczywiście wyzwanie, bo jak taki dzieciak wstawał sobie o 6:30, żeby zdążyć na autobus, tak my wstawałyśmy o 6:00. Pamiętam zimę, zawsze jechałyśmy nakarmić zwierzęta na zmianę. Jeden dzień ja, jeden siostra. Teraz kiedy mam lat 20, jest dla mnie normalne, że jeżeli ktoś inny myje rano zęby, to ja w tym czasie jadę do koni.

A teraz zajmujesz się końmi sama czy ktoś ci pomaga?

Sama.

Bo to jest dosyć duże wyzwanie w momencie, kiedy planujesz studia, kiedy musisz zrobić całe obejście wokół koni, uczysz ludzi jazdy konnej, opiekujesz się profilami w social media…

No właśnie… Dopiero od tego roku zaczęłam stadninę traktować jako moją pracę. Wcześniej było to zajęcie z doskoku, bo naprawdę sprawiało mi radość. W czasie matur dużo znajomych mi pomagało, m.in. koleżanki, które w nagrodę za pomoc mogły pojeździć. Teraz, w czasie wakacji, robię wszystko sama. Natomiast od października, jeżeli miałabym więcej koni, myślę o zatrudnieniu jednego bądź też dwóch pracowników, którzy by mi pomagali przy tych zwierzętach.

I to ty będziesz odpowiadała za to, kogo zatrudniasz?

Tak. Nie ukrywam, że nie widzę siebie w roli stajennego. Wolałabym być menagerem, który tym zarządza. Chciałabym, żeby to tak się rozwinęło, żeby stajnia liczyła około dwudziestu pięciu koni.

A ile teraz ma?

Aktualnie jest siedem. Oczywiście wszystkie jazdy, treningi byłyby już prowadzone przeze mnie.

I na te dwadzieścia pięć koni wszystkie treningi prowadziłabyś sama?

To jest tak, że przynajmniej 20 koni byłoby w pensjonacie. To znaczy, że ludzie, którzy mają swoje konie, wynajmują boks i płacą co miesiąc. Natomiast pięć koni byłoby w rekreacji, to znaczy, że jazdy prowadziłabym tylko na tych. Więc nie jest tak, że musiałabym jeździć na wszystkich.

Mówiłaś, że masz siedem koni. Czy któreś już przebywają w pensjonacie?

Tak, trójka. Natomiast czwórka jest moja. Jest jeszcze jeden koń należący do siostry.

Chciałabym jeszcze dopytać o wsparcie ze strony rodziców. Mówiłaś, że oni ci pomogli. Kupili przecież konie. Czy osoby, które nie mogą liczyć na taką pomoc ze strony rodzicówrowadziłabyś, są w stanie jakoś w ten biznes wejść? Czy raczej jest to trudne?

Jest trudno. Po pierwsze trzeba być bardzo pracowitym. Dużo osób, zwłaszcza moich rówieśników mówi: – Super, bo ty masz konie… Ale ze swojego otoczenia znam tylko jedną osobę, dziewczynę w moim wieku, która by do mnie przychodziła. Bo im się wydaje, że to jest takie super. Ale nie widzą tej codziennej pracy. Trzeba codziennie wstać o 6:00. Nieważne, czy byłam na imprezie, czy mam właśnie osiemnastkę, czy jest Wigilia, czy też Sylwester. Konie muszą dostać jeść codziennie. Więc to nie jest praca dla każdego. Trudno jest w to wejść, i to nie chodzi nawet o samą pomoc, ale o to, jakie ktoś ma podejście. Bo znam dziewczyny, które nie mają swoich koni, a są w stanie zdziałać naprawdę wiele.

Ty dostałaś konia, ale poza tym wszystko musiałaś robić przy nim sama. W twoim interesie leżało rozkręcenie biznesu. Gdyby nie to, nie miałabyś teraz w stajni siedmiu zwierząt.

Tak. Musiałam zachęcić ludzi, musiałam… To jest nie tylko praca włożona w konie, w stajnię, ale trzeba zrobić promocję, marketing. Samemu wszystkim zarządzać. Choćby zamówienie paszy – nie jest to łatwe, bo w tym akurat biznesie kobiety są bardzo rzadko spotykane. Dam ci taki przykład: chcę zamówić siano. Muszę zadzwonić, powiedzmy, do rolnika. No to u rolnika co? Baba w kuchni, chłop w polu. I z chwilą gdy usłyszą młody damski głos, to nieraz chcą mi takie gówno, za przeproszeniem, wcisnąć… Stare siano, z tamtego roku jakieś złe pokosy. I tutaj muszę nieraz powiedzieć: –Tato słuchaj. Chcę to, to i to. I jak tylko usłyszą głos taty, to już jest zupełnie inna gadka. Przywożą to, co chcę. Nie ukrywam, że czasem mnie olewają. Nawet w sklepie… Przychodzę do Castoramy na dział budowlany i patrzą na mnie tak: „Idź, dziewczynko…”.

Skojarzył mi się z tym Fineasz i Ferb. „Nie jesteście czasem za młodzi, żeby to robić?”. „Tak, jesteśmy”.

No tak to właśnie wygląda. (śmiech) Nieraz się z tym spotkałam. I nieraz wiele osób, gdy słyszy, w jaki sposób są prowadzone treningi, jak to wszystko wygląda, i widzi tak młodą osobę, to jest pozytywnie zdziwionych. Nieraz pytają: – Przepraszam, a ile pani ma lat?

„A wy nie jesteście za młodzi, żeby to robić?”

(śmiech)

Chciałam się jeszcze odnieść do tematu kosztów i zysków. Rozumiem, że jak już rozkręci się cały interes, można się z tego spokojnie utrzymać.

Tak, jak najbardziej można. Jest to ciężki kawałek chleba, bo mamy nie tylko zyski, ale też dużo kosztów pod postacią zakupu paszy, weterynarza, kowala, odrobaczanie, szczepienia… Rzeczywiście tego jest trochę. Natomiast spokojnie jeden koń w rekreacji zarobi spokojnie i na swoje utrzymanie, i na, powiedzmy, odprowadzenie podatków. Wiadomo, że z jednego konia się nie wyżyje, trzeba mieć kilka…

Ale masz jednego, potem dorabiasz się drugiego, trzeciego, i już można.

Trzeba też brać pod uwagę, że czasem jakiś koń może wypaść. Bo to jest jednak żywe zwierzę, może zachorować, może coś się z nim stać, zestarzeje się… To nie jest sprzęt, który kupujemy na lata i codziennie jest taki sam. To jest żywy organizm i trzeba się też liczyć z tym, że czasem kupimy konia, wydamy osiem tysięcy, a za tydzień nam ten koń padnie i jesteśmy do tyłu. Czy też, powiedzmy, siano się zepsuje. Trzeba się z tym po prostu liczyć. Natomiast po odjęciu wszystkich kosztów: weterynarz, kowal, wyżywienie, media, bo to też się w to wlicza, sprzęt, który się zużywa… Ostatnio miałam taką większą inwestycję w sam sprzęt do jazdy, ale też w sprzęt, którego się używa do skoków. Przeważnie są przeszkody, przez które się skacze, a to rzeczywiście pochłania wiele finansów. Ale jeżeli się to dobrze zarządza: i swoim czasem, i dobrze ustawia się jazdy, i planuje się to wszystko budżetowo, to bez problemu można się z tego utrzymać.

To jeszcze pytanie o klientów. Ludzie są różni. Zdarzają się trudni klienci?

Tak. Na szczęście w mojej karierze jest to jakiś tam mały procent. Natomiast tak, nieraz zdarzają się śmieszne sytuacje lub dziwne wymagania. Dużo osób przychodzi i są całkowicie zieloni, jeśli chodzi o jazdę konną… Wymagają Bóg wie czego. To jest nie tyle praca z końmi, co praca z ludźmi. A oprócz tego nie tyle z ludźmi, lecz z rodzicami. To jest najgorsze.

Czyli jeździć przychodzą przede wszystkim dzieci?

Przychodzą wszyscy. Dzieci, które właśnie skończyły trzy latka, ale też miałam klienta, który przyszedł w wieku siedemdziesięciu kilku lat i chciał się nauczyć jeździć. Więc przedział jest ogromny. Natomiast największy procent stanowią młodzież i dzieci szkolne. I dziewczynki.

Masz swojego ulubionego konia?

Nie, nie mam. W swojej karierze spotkałam różne konie. Z jednym współpracuje mi się lepiej, z drugimi gorzej. Jest takie stare powiedzenie, słowa bardzo dobrej zawodniczki: – Nie ma złych koni, są tylko źli jeźdźcy. Nie każdy koń nadaje się do wszystkiego. Mają przecież różną budowę. Ja mam oczywiście kilka koni, z którymi pracuje się super. Z innymi troszeczkę gorzej. Może moja praca, moje podejście podczas jazdy im nie odpowiada. Nie każdemu dany koń musi pasować. Porównam to do auta, troszeczkę tak to jest. Jedni wolą wielkie, inni wolą małe. To jest kwestia gustu, kwestia podejścia. Jedni wolą szybkie, inni wolą troszeczkę wolniejsze, ospałe. Ja mam akurat to szczęście, że wszystkie konie, które mam, są bardzo chętne do pracy i rzeczywiście widzę, że potrafimy się dogadać. Chciałabym mieć jak najwięcej takich właśnie koni.


Dodaj komentarz