Jak nie pracować na Półwyspie

Podchodzi mężczyzna. Koło czterdziestki, z niemałą tuszą. Kolejny samolubny grubas – przechodzi mi przez głowę, zanim rozum zdoła wyciszyć emocje. Przecież to nie jego wina. On o niczym nie wie.

Jarmarczne miejsce. Zdecydowanie mija się z moim wyobrażeniem o eleganckim kurorcie. Plejadę kiczu rozpoczynają stoiska z kolorowymi pocztówkami, pluszakami i innymi pamiątkami znad morza. Kończy się na budkach z kebabem i zapiekankami. Dodatkowo wysyp knajp w marynistycznym stylu, z rybą w roli głównej. Gdyby zrobić mały demograficzny eksperyment i przeanalizować wszystkich, którzy się tu znajdują, okazałoby się, że tzw. lokalsów praktycznie nie ma. Latem zwalniają miejsce wczasowiczom i pracownikom. Niektórzy decydują się szukać zatrudnienia nad morzem, żeby przez chwilę zmienić otoczenie. Inni, zwłaszcza osoby z małych miejscowości, nie mają zbyt wielu możliwości znalezienia sezonowej pracy w swoich stronach.

Zapowiadano, że będzie trudno. Nawet piętnaście godzin dziennie – mówiła kobieta przez telefon. W ogłoszeniu była mowa o trybie zmianowym dzień-dzień, czyli dniu pracy, a potem dniu wolnym. Zamieściła je na grupie szkoły na Facebooku tegoroczna maturzystka, reklamując jako biznes koleżanki jej mamy. Dodała, że to fajna okazja na wakacje. Ciężka praca zrównoważona dniem wylegiwania się na plaży. Oferta rzeczywiście wyglądała na atrakcyjną.

Mam zacząć na początku lipca. Dzień przed umówioną datą przyjazdu dzwoni szefowa. Mówi, że na razie mają pełen skład i żebym przyjechała tydzień później. To niedługo, więc postanawiam poczekać.

Kilka dni później wysiadam z pociągu i kieruję się w stronę białych namiotów z lodami. Chłopacy za ladą proszą, żebym chwilę poczekała, bo mają klientów. Z wcześniejszej lektury opinii na Facebooku o firmie, która prowadzi lodowy biznes, dowiedziałam się, że ludzie narzekają na niemiłą obsługę i wygórowane ceny. Ci dwaj, na których zmianę trafiam, wyglądają dosyć sympatycznie. Za to nigdzie nie ma podanej ceny za porcję.

Zawożą mnie do sąsiedniej miejscowości, gdzie mam również spać. Dziewczyny z punktu z lodami dostają instrukcje, żeby zaprowadzić mnie na miejsce i przekazać wszystkie ważne informacje. Pogoda nie dopisuje, nie ma zbyt wielu klientów, więc jedna z nich znajduje chwilę, żeby pokazać mi zakwaterowanie. Jak się okazuje – w budynku szkoły adaptowanym na hostel w okresie wakacyjnym. Moje łóżko jest poplamione. Na podłodze leżą śmieci. Chcę podłączyć telefon, ale widzę tylko dwa kontakty, oba zajęte. Dostaję czystą pościel. Widać po niej, że ma swoje lata. Klucz jest jeden, stale dostępny na recepcji. Jeśli go tam nie ma, znaczy, że ktoś jest w pokoju, a właściwie szkolnej klasie. Mieszkamy łącznie w sześć osób. W sali stoją jeszcze trzy wolne łóżka. Dziewczyna, którą zmieniam, ma wyjechać następnego dnia rano.

Dowiaduję się, że pracujemy codziennie. Czyli nici z plażowania. Potem poznaję godziny pracy – o dziesiątej otwieramy. Zamykamy między dziewiątą a dziesiątą wieczorem, w zależności od tego, o której szef przyjedzie się z nami rozliczyć. Jeśli weźmie się pod uwagę wachlarz rozrywek dostępnych w nadmorskim kurorcie, to widać, że nici właściwie ze wszystkiego poza zakupami w spożywczaku i spaniem (później okazało się, że ze spaniem też łatwo nie jest, ale do tego jeszcze wrócę).

Pytam szefa o dni wolne. Wolne? Przecież przyjechałaś tu, żeby pracować. Osoby, do których dołączyłam, były tam już od dziesięciu dni. Nie miały żadnej przerwy, ale nie narzekają. Tak wyglądają prace sezonowe – odpowiadają na moje zdziwienie.

Pierwsza noc. Męska część koedukacyjnego pokoju głośno chrapie. Rano trzeba załatwić sobie śniadanie, bo pracodawca zapewnia tylko obiad. Do wyboru drożdżówka albo kanapka w jedynej piekarni, która jest czynna o godzinie, kiedy wychodzimy do pracy. W Żabce ekspres do kawy nie działa, kawiarnie i knajpy jeszcze pozamykane. Niczego ciepłego do picia nie dostanę.

Otwieramy punkt. Przyjeżdża szef. Informuje, że zainstalowano kran z bieżącą wodą. Ponoć wcześniej nie było, ale sanepid się przyczepił. Poza noszeniem dosyć ciężkich kuwet z lodami, nasze zadanie nie wydaje się trudne. W wirze pracy nawet pół doby za ladą mija szybko.

Po pierwszym dniu boli mnie ręka. Drugiego puchnie. Dłoń nie ma kiedy odpocząć. Za to słyszymy dużo komplementów. Włoski sposób nakładania, smak dzieciństwa, prawdziwe lody. Państwo cieszą się deserem, a ja chciałabym zjeść obiad – mimowolnie przelatuje mi przez myśl, bo para, która przyszła po lody, przerywając nam przerwę na jedzenie, najwyraźniej czuła potrzebę poprowadzenia luźnej pogawędki. Za nimi ustawiła się kolejka, więc posiłek musiał poczekać jeszcze godzinę. Pierwszego dnia obiad przyjechał koło południa. Następnego dnia chwilę po. W kolejnych – zupełna ruletka. Najpóźniej dostałyśmy jedzenie o dziewiętnastej.

Zagaduję szefa o umowę. Mam ją dostać na dniach. Koledzy-pracownicy uprzedzają, że będzie się na niej znajdować data obejmująca cały okres wakacji i wpisane zostanie wynagrodzenie o wartości dziewięciuset złotych za całość. Ale mam się nie martwić – słyszę zapewnienia, że na pewno wypłacą zgodnie ze stawką. Kilka dni później przypominam się w tej sprawie. Szef nieco agresywnie odpowiada, że przecież powiedział, że dostanę umowę w poniedziałek. Dobrze. Nic więcej nie mówię.

Kilka dni względnego spokoju w nocy powoli dobiega końca. Dołącza do nas jeden mężczyzna, na oko koło trzydziestki. Kierowca meleksa. Pracuje tylko kilka godzin w ciągu dnia, przez resztę czasu leży na swoim łóżku z laptopem i sączy piwo. Obsługa szkoły dostawia jeszcze dwa łóżka. Łącznie jest ich już jedenaście. W ciągu kilku dni wszystkie zapełniają się nowymi lokatorami. Od pana obok dzieli mnie tylko odległość krzesła, które wstawiono między łóżka. Chyba ma służyć jako zastępczy nocny stolik. Jeden na naszą dwójkę. A jeśli podzieli się łączną liczbę krzeseł w pokoju przez liczbę lokatorów, należałoby pewnie stwierdzić, że jeszcze dwie osoby mogłyby rościć sobie prawa do jego części.

Okazuje się, że muszę zwolnić się z pracy wcześniej. Niecałe dwa tygodnie, czyli w sumie połowę całego okresu, jaki miałam tam spędzić. Kiedyś trzeba poinformować szefa. Zastanawiam się tylko, czy jak już dostanę umowę czy przed. Do poniedziałku jeszcze trochę czasu. Decyduję, że im wcześniej, tym lepiej.

Trochę się zdenerwował, ale nie jest tak źle, jak myślałam. Dowiaduję się, że to nie w porządku. Biorę głęboki oddech i w myślach żegnam się z umową. Nikt o niej już więcej nie mówi. Ani ja, ani szef. To się rozumie samo przez się, że już nie ma o czym.

Północ. Gasimy światła. Godzinę później budzą nas trzask otwieranych drzwi, zapalane światło i głośne śmiechy. Wracają współlokatorzy w stanie wyraźnej nietrzeźwości. Piątka śpiących osób zdaje się dla nich nie istnieć. Chodzą plotki, że ktoś z nich jest podejrzewany o kradzież pieniędzy z kasy w jadłodajni, w której pracuje. Zaczynam się bać o moje rzeczy.

Budzę się niewyspana. Zwlekam z otwieraniem punktu do ostatniej chwili. Mam tam spędzić najbliższe dwanaście godzin. Dostajemy informację, że główna szefowa robi obchód. Lepiej, żeby nie zobaczyła nikogo siedzącego. Jeść może naraz tylko jedna osoba. Najlepiej, żeby ktoś stał przed namiotem i zapraszał na degustację lodów. Zmieniam się w jarmarczną przekupkę. Gdy szef przychodzi po pierwsze dzienne rozliczenie, napomykamy o sytuacji w pokoju. Mówię, że boję się o siebie i moje rzeczy. Brak szczególnej reakcji.

Późnym popołudniem klientka prosi o dwa lody. Jeden mango, drugi marakuja. Razem dwanaście złotych. Co?! A dlaczego nie sześć, tak jak jest wszędzie? Bo nasze porcje są ponad dwa razy większe od tradycyjnej gałki. Argument nie przeszedł. Spod ziemi wyskakuje jej partner. A to nie można jednej porcji podzielić na dwa wafle? – pyta z pretensją w głosie. Można, ale trzeba nas o tym poinformować. Oburzenie nie schodzi z ich twarzy. Nie przestają się wykłócać. Nie wytrzymuję. Biorę jednego loda i wyrzucam do kosza. Teraz kosztuje sześć złotych. Dokładnie tak jak wszędzie.

Tym razem o pierwszej w nocy cały komplet jest już w łóżkach. Cieszę się, że w końcu się wyśpię. Druga w nocy. Ktoś przypomina sobie, że nie zabrał rzeczy z prania. Dosyć głośno sobie przypomina. Przewraca się pierwszy klocek domino. Zaczynają narastać śmiechy i rozmowy Po piętnastu minutach zaczynam się denerwować. Proszę ich, żeby się uciszyli. Słyszysz, mamy się uciszyć – mówi ze śmiechem jedyna kobieta w głośnym towarzystwie. Ogólny stosunek płci w pokoju wynosi 3:8. Przewaga po stronie mężczyzn.

Co jakiś czas nerwowo spoglądam na zegarek. Czwarta rano. Chce mi się płakać. Zaczynam pakować walizkę z myślą, że wyjadę pierwszym możliwym pociągiem. W końcu udaje mi się zasnąć. Budzik dzwoni trzy godziny później. Wstaję z bólem głowy. Mam spuchnięte oczy. Mimo to jestem nieco spokojniejsza. Jak wyjadę teraz, nie dostanę pieniędzy. Szkoda mi mojej pracy, ale nie jestem w stanie dłużej wytrzymać w tych warunkach. Dzwonię do szefa. Opowiadam o minionej nocy. Wiem, że mają problem ze znalezieniem pracowników. Albo znajdziesz nam inne zakwaterowanie od zaraz, albo to mój ostatni dzień pracy – mówię.

Po kilku godzinach oddzwania z informacją, że wieczorem przenosimy się do przyczepy należącej do zaufanego hostelu. Tylko nasza trójka, pracująca przy lodach. Mamy całą przyczepę z minikuchnią dla siebie. Możemy używać łazienki w hostelu. Jest czysta, nigdy nie brakuje ciepłej wody, co zdarzało się w szkole. Ulga. Decyduję się zostać do końca umówionego, choć już i tak skróconego, terminu.

Czeka mnie jeszcze tylko jeden stres. Szef zapowiada, że zapłaci mi przedostatniego dnia pracy, wieczorem. Wieczorem mówi, że rano. Rano, że popołudniu. Umawialiśmy się już na wczoraj wieczór – zauważam. A co za różnica? Już się gdzieś wybierasz? Widzi moje zdenerwowanie i się z niego podśmiewa. Właściwie mógłbym ci nie wypłacić, bo nie będziesz pracować tyle, na ile wcześniej się umawialiśmy – słyszę.

Wypłacił, zgodnie z umówioną stawką. Ale chyba byłam ostatnią, która miała tyle szczęścia. Pracowałam już miesiąc i dziesięć dni. Chciałam zwolnić się wcześniej do domu, ale szefostwo zagroziło, że nie wypłacą mi wtedy za sierpień. Tysiąc złotych piechotą nie chodzi. Zostałam – opowiada pracownica innego punktu. W ciągu całego dwumiesięcznego okresu pracy miała cztery dni wolnego.

Wybieram najwcześniejszy pociąg powrotny. Jestem na stacji o pół godziny za wcześnie. Dziesięć razy upewniam się, czy jestem w dobrym pociągu. Dzieci, które biegają po stacji, pytają mamy, czy nie mogą zostać dłużej. Wrócimy tu, prawda? Może też tu kiedyś wrócę. Będę beztrosko urlopować, a moją przyjemność wzmocni świadomość, że ktoś na moje szczęście ciężko pracuje. Ale ja będę już po drugiej stronie barykady.

 


Dodaj komentarz