IMPRESJE – Tam, gdzie szybuje barwny ptak

Dla wielu jest inspiracją, czynnikiem wyzwalającym emocje, lecz także spokojem. Odkrywa przed nami zupełnie nowe światy. W XXI wieku stała się najpowszechniejszą ze sztuk, obcuje z nią chyba każdy i to codziennie. A nie zabiera jej to ani trochę wyjątkowości. Oczywiście mowa tu o muzyce.

 

Monumentalny budynek z ponad stuletnią historią, panowie w szykownych garniturach, panie w wieczorowych sukniach, kulturalne rozmowy, powaga i oczekiwanie. Sympatyczny mężczyzna z obsługi informuje nas, że nasze miejsca znajdują się na balkonie, zaraz po lewej stronie. Siedzenia w kolorze królewskiej purpury pogłębiają nastrój wzniosłości. Ściany pokryte zdobnymi ornamentami. Zerkam na sufit, stamtąd spada wodospad świetlistych brylancików. Kieruję swój wzrok nieco niżej – nawet drzwi są tu dziełem sztuki.

Na razie to tylko próba. Muzyka otacza mnie ze wszech stron. Dźwięki pokrywają mnie jak kolorowy koc, wpływają we mnie każdym możliwym sposobem, stają się częścią mnie, a ja staję się częścią nich. Jestem dźwiękiem, muzyką, wszechświatem. Nie istnieje już nic innego poza melodią, ona jest wszystkim, a wszystko jest nią. Orkiestra z uwagą stroi instrumenty, a na widowni słychać jeszcze szelesty i szepty przejęcia. Na razie dźwięki to chaos, jakby roje pszczół, z których każda doskonale zna swój cel, jednak obserwowane z zewnątrz tworzą niezrozumiałe kompozycje. Powoli bzyczenie milknie, a właściwy koncert się rozpoczyna.

W mojej głowie zaczynają się rodzić dziesiątki porównań, brak w nich spójności i nie ma w nich logiki. Wypływają i jest ich coraz więcej i więcej. Rodzą się nowe światy, nowe historie. Dźwięk fletu: przez ułamek sekundy to piękna królowa, w białej sukni brodząca we wzburzonym oceanie. Dźwięki skrzypiec: fale, które raz, po raz oblewają jej delikatne ciało. Suknia jest długa, zalewają ją bałwany fal; czasem materiał zdaje się być wzburzonym morzem, a czasem morze delikatną kreacją. Na twarzy dziewczyny igra delikatny uśmiech. Przez moment myślę, że to ona kontroluje przestwór oceanu, a potem znowu zdobywam pewność, że to wody panują nad nią. Wszelka materia się przeplata, nic tu nie jest jasne.

 Dziewczyna zaczyna się przeobrażać. Suknie rozwiewa wiatr, a materiał zmienia się w pierzaste skrzydła, a kobieta zamienia się w błękitnego ptaka. Ależ to stworzenie jest radosne! Kilka dźwięków skrzypiec – ptak igra z wiatrem. Bawi się i ćwierka wesoło. Rzewny dźwięk fletu, ptak wzbija się coraz wyżej – ku słońcu, ku gwiazdom! Szybuje w bezkresie. Cóż za piękny widok, pstry ogon – wielość instrumentów.

Spoglądam na widownię wszyscy wciśnięci w fotele jakby zahipnotyzowani. Nikt nie ma odwagi nawet się poruszyć. Ja sama siedzę, jakby owładnięta muzyką. Szybko przestaję skupiać się na publiczności, delikatnie przymykam oczy i z powrotem całą moją uwagę kieruję ku jedynemu istniejącemu dla mnie wszechświatowi– orkiestrze.

Niebieski ptak zaczyna się rozpływać, teraz znajduję się na dworze królewskim. Jaki szyk i elegancja! Skoczna muzyka przedstawia dworskie obyczaje. Widzę damy i rycerzy splecionych w miłosnych uściskach, wirujących na parkiecie, a jednak tak naprawdę zamkniętych we własnej czasoprzestrzeni. Dźwięk fletu i kontra skrzypiec w tej samej melodii – zalotny uśmiech rycerza, piękna kobieta odpowiada tym samym. Zatrzymanie. Skrzyżowanie spojrzeń. To tylko moment. Znów wirują w rytm muzyki.

Rozpoczynają się partie solowe flecisty. Jakie to niesamowite! Jego twarz przedstawia obraz najwyższego skupienia. Porusza palcami po instrumencie w tylko mu znanych kombinacjach, robi to tak szybko, że nawet nie potrafię dostrzec prawidłowości. Na chwilę odrywa swe usta od fletu, aby nabrać powietrza. Na sali panuje bezkresna cisza, słyszę dokładnie każdy oddech artysty. A on niczym tonący na chwilę wynurzający się z wody, bierze oddech, tak ogromny jakby miał być jego ostatnim, a potem znów porywa go nurt muzyki. A kiedy gra jego policzki są tak nadęte, jakby miały za chwilę wybuchnąć, jakby właśnie tam mieścił się cały wszechświat. Zaczerpnięcie, fale, szalone wiry, zaczerpnięcie, bezkresny szum, zaczerpnięcie. Muzyka faluje w naszych uszach.

Znów skupiam się na muzyce, niebieski ptak zniknął. Słyszę harmonijne dźwięki owadów. Dźwięk fletu – rzewny śpiew świerszcza, szukającego swojej kochanki. A reszta instrumentów? Dźwięki otaczającej go przyrody. Szum traw, plusk strumyka, drzewa też się odzywają. A on śpiewa nieugięty. Całą noc. Muzyka staje się coraz weselsza. Dostrzegam motyla i kolorową łąkę. To niezwykle rzadki modraszek adonis. Przelatuję z kwiatka na kwiatek sącząc, delikatny nektar. Ambrozja – nektar. Ambrozja – muzyka.

A dyrygent? On całkowicie odcięty od naszego świata. To właśnie jego umysł kreuje to inne uniwersum. On wie więcej, widzi więcej, słyszy więcej niż ktokolwiek zamknięty na tej sali. Jego ruchy to szalony taniec, przeżywa wszystko całym swoim ciałem, całym umysłem i duszą. On jest falą, świerszczem, motylem i ptakiem, to on tworzy fale, świerszcza, motyla i ptaka. Jest jak najpotężniejszy czarnoksiężnik, rzuca magiczne zaklęcia, a każde z nich ma określony dźwięk i tak wirują wokół niego w szalonym korowodzie. A my, owładnięci jego magią, jedyne co możemy robić to siedzieć nieruchomo na tej cudownej purpurze i słuchać.

Ach muzyka, muzyka z tym akcentem na pierwszą sylabę. To brzmi tak śpiewnie! Słowo idealnie pasujące do desygnatu którą opisuje. A czym jest? W tym momencie czystym szczęściem, niewysłowioną radością, największą z harmonii jakie mogą istnieć. Czymś metafizycznym, nieuchwytnym, ale przez to idealnym w swej formie. Jeśli inne wszechświaty są tu, to ona z pewnością jest jednym z nich.

 

 

Weronika Siemińska


Dodaj komentarz