Głos ulicy

W lipcu przez polskie miasta przetoczyła się fala potężnych protestów politycznych. Polacy udowodnili, że potrafią zabrać głos w ważnej dla nich sprawie i poświęcić swój czas dla spraw publicznych. Czy jednak którykolwiek z decyzyjnych polityków wsłuchuje się w głos ulicy?

Odbiegnijmy nieco od bieżących wydarzeń, aby spojrzeć na sprawę szerzej. Demonstrowanie swojego zadowolenia bądź – częściej – niezadowolenia z poczynań polityków jest przecież znane, od kiedy tylko istnieje polityka. Można zaryzykować stwierdzenie, że to jedna z najstarszych form wyrażania poglądów przez ludzi.

Szczególną popularność uliczne protesty zdobyły jednak w XX wieku. Był to w końcu czas, gdy rządy nad światem – przynajmniej teoretycznie – objęły masy. Nierzadko brały one sprawy bezpośrednio w swoje ręce i wpływały na bieg wydarzeń, zmieniając historię.

Przykłady? Jest ich nieskończenie wiele: marsze ruchu praw obywatelskich w Stanach Zjednoczonych, pochody nazistów w Niemczech, protesty chińskich studentów na placu Tian’anmen, studenckie protesty w 1968 roku w Europie Zachodniej, ale także słynne „polskie miesiące” – a więc protesty robotnicze, jak ten najsłynniejszy w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku. Jak widać, przekrój jest niezwykle szeroki i różnobarwny. Swoje demonstracje mieli wszyscy: od faszystów do radykalnych anarchistów.

Przeszkody na drodze
Teoretycznie sprawa jest prosta – grupa obywateli wychodzi na ulicę, aby wyrazić swoje zdanie w danej sprawie. Jeśli władza zgadza się z ich poglądami, to albo czuje się zmotywowana do dalszej działalności, albo – jeśli protestujący domagali się jakiejś zmiany – dostosowuje się do ich żądań. Jeśli zaś zgody na argumenty protestujących nie ma, władza czeka, aż demonstracja się wypali, bądź ofiaruje buntownikom „nagrodę pocieszenia”, która ma uspokoić ich emocje. To jednak tylko teoria, w praktyce na demonstrujących czeka wiele utrudnień w ich symbolicznym marszu po swoje racje.

Szable
„Policzmy się!” – to podstawowe zadanie, które staje przed organizatorem każdej manifestacji. Co oczywiste – im więcej osób bierze udział w danym marszu czy demonstracji, tym większe jest jej znaczenie. To oczywiste, ale jak się okazuje, nawet liczby mogą być względne. Cóż bowiem z tego, że na wydarzenie przyjdzie, powiedzmy, dziesięć tysięcy osób, skoro władza może odeprzeć to argumentem, że w danym kraju mieszka ich przecież kilkanaście milionów. I czyż nie będzie miała odrobiny racji? Z drugiej jednak strony z pewnością wyprowadzenie przykładowych dziesięciu tysięcy demonstrujących jest sporym osiągnięciem i nie powinno być traktowane jako głos niszowy czy nieznaczący.

A jednak politycy uwielbiają używać tego argumentu – np. prezydent USA Richard Nixon użył słynnego stwierdzenia o „milczącej większości”, komentując przedłużające się protesty przeciwko wojnie w Wietnamie. Stwierdził wówczas, że zdecydowana większość obywateli Stanów Zjednoczonych nie bierze udziału w tych protestach, a to oznacza, że zgadzają się z jego wojenną polityką.

Zarazem jednak należy pamiętać, że w dziejach świata nie było takiego protestu w którym wzięłoby udział więcej niż połowa mieszkańców danego państwa, co oznaczałoby, iż stanowią oni zdecydowaną większość. To odróżnia protesty uliczne od wyborów, gdzie jednak zawsze do owej większości (choćby była minimalna) należy głos decydujący. Nawet polska „Solidarność” w swoim szczytowym okresie zrzeszała 10 milionów członków, a więc jedynie nieco około połowy dorosłych obywateli kraju.

Co powiedzą w TV?
Media, a więc czwarta władza, to również niezwykle ważny aspekt każdej demonstracji. Podstawowe pytanie sprowadza się tu do wątpliwości: „czy nas pokażą?”, a jeśli odpowiedź brzmi „tak”, to: „co o nas powiedzą?”. Jak uczy historia, demonstracje bez medialnego zainteresowania umierały śmiercią naturalną i nie były w stanie nic wskórać. Za to protesty, które może nie były imponujące liczbowo, ale za to miały mocne medialne wsparcie, często osiągały swoje cele.

Jak jednak zdobyć zainteresowanie mediów? Czasami jest to proste – jeśli demonstracja organizowana jest przez znaczącą siłę polityczną, to na pewno jakaś zaprzyjaźniona stacja czy redakcja zrelacjonuje ten protest. Gorzej jeśli na ulicę wychodzą zwykli obywatele. W takiej sytuacji pomocna jest kontrowersja. Wiele grup zawodowych domaga się podwyżek czy swoich praw, ale gdy robią to górnicy albo pielęgniarki, można być pewnym, że na miejscu spotkamy tłumy dziennikarzy. Dzieje się tak, dlatego, że te środowiska zawsze zapewniają świetne zdjęcia operatorom i fotografom – górnicy swego czasu regularnie obrzucali Sejm racami i palili przed nim opony, pielęgniarki z kolei potrafią w imię swoich interesów wedrzeć się do Kancelarii Premiera i ją okupować albo rozbić przed budynkiem białe miasteczko.

Czasami, gdy media zainteresują się protestem, pojawia się nowy problem – okazują się być mu przeciwne. Przykłady możemy obserwować na bieżąco w Polsce – podczas ulicznych wieców czy pochodów obecnej opozycji. Wystarczy śledzić przekaz z tych wydarzeń w dwóch największych stacjach informacyjnych kraju: TVP Info i TVN24, aby doznać czegoś na kształt medialnej schizofrenii. W obu przekaz jest kompletnie inny. Czasem nawet sposób kadrowania maszerującego tłumu przez telewizyjnych operatorów ma na celu ukazać dane zgromadzenie jako wielkie i majestatyczne lub małe i przerzedzone. Wszystko wedle doraźnego zapotrzebowania.

Krzyk oburzonych
Manifestacje odbywające się w kompletnej ciszy też już miały swoje miejsce w historii. Jednak najczęściej ludzie wyrażają swoje zdanie poprzez krzyk, skandowanie haseł i prezentowanie transparentów. Hasła nie powinny być za długie, najlepiej żeby się rymowały i łatwo wpadały w ucho, co ułatwi ich wykrzykiwanie. Do tego dobrze, aby były kreatywne i wyrastały ponad standardowe zwroty typu: „Precz z X!”, „Żądamy X!” czy: „Mamy dość!”.

Warto też, aby pojawiły się jakieś symbole protestu, które będą odtąd się z nim kojarzyły. Najczęściej są to różnego rodzaju kwiaty niesione przez manifestantów – symbolizują pokojowe i dobre zamiary, a przy tym zapadają w pamięć. Dobry efekt dają także pochodnie, ale tu skojarzenia są oczywiście zupełnie odmienne: wystarczy wspomnieć, że takim atrybutem posługiwali się podczas swoich marszów naziści.

„Dlaczego tu jesteś?”
Dziennikarze najczęściej zadają demonstrantom pytanie: „Dlaczego pan/pani bierze udział?”. To pozornie proste i oczywiste pytanie bardzo często przyprawia jednak odpytywanego o istny zawrót głowy i konieczność szukania na szybko jakiegoś sensownego powodu. Okazuje się, że ludzie działają intuicyjnie i wybierając się na dany marsz, nie myślą, po co to robią. Czują tylko potrzebę i po prostu wychodzą na ulicę. Gdy jednak przychodzi zwerbalizować swoje motywacje przed kamerą (która dodatkowo wzmaga stres), spanikowani nie wiedzą, co odpowiedzieć.

Dlatego ważne jest aby poza kluczowym impulsem emocjonalnym znaleźć w sobie także racjonalne podstawy działania. I to jeszcze zanim opuścimy nasz dom i skierujemy się na ulicę. To bardzo ważne, nie tylko ze względu na ryzyko spotkania w tłumie wścibskiego dziennikarza, ale także dla nas samych. Jeśli coś robimy, to dobrze, żebyśmy wiedzieli dlaczego i mieli pewność, że czasem nie ulegamy tanim emocjom dodatkowo podkręcanym przez liderów demonstracji, którzy chcą na niej coś ugrać.

Nie można zapominać, że demonstracja polityczna – jak wszystko, co ma w nazwie ten przymiotnik – wpisana jest nieomal zawsze w jakąś większą grę i zahacza o niezliczone interesy mniej lub bardziej znanych osób. Choć z pozoru może wydawać się, że sprawa jest prosta i czysta – ot, jakiejś grupie osób nie podoba się ta sama kwestia, więc wychodzą to wyrazić – nie zawsze tak jest. Często organizatorom tego typu wydarzeń bardziej niż na wyrażeniu woli tłumu zależy na własnych zyskach. Manifestujących traktują zaś jako trampolinę do osobistego sukcesu, za sprawą której chcą uzyskać jakąś korzyść. To wielkie ryzyko i należy zdawać sobie z tego sprawę, zawsze kiedy podejmujemy decyzję o udziale w takim wydarzeniu.

Demonstracja i co dalej?
Wreszcie należy zapytać o rzecz w zasadzie najważniejszą. Czy tego typu marsze uliczne mają w ogóle sens? Czy ktokolwiek się z nimi liczy?

Odpowiedź jest dwojaka i zapewne nikogo nie zadowoli – brzmi ona: i tak, i nie. Oczywiście należy zaznaczyć, że mówimy o demonstracjach, nie zamachach stanu czy rewolucjach. Te również często zaczynają się od manifestacji politycznych, a później przybierają krwawy obrót. Choć nawet tu powodzenie nie jest tak oczywiste i historia uczy, iż nie zawsze próba przeprowadzenia zmian politycznych siłą daje jakieś korzyści.

Co jednak z demonstracjami względnie pokojowymi? Czy one kogokolwiek poza mediami interesują? Politycy są przecież wtedy bezpieczni w swoich gabinetach i mogą skutecznie odciąć się od danego tematu, albo nawet nie próbować go zgłębić. O wyborców zdążą się zaś zatroszczyć, gdy będą zbliżały się kolejne wybory. Pozornie tak jest, ale w istocie często demonstracje przynoszą realne skutki. Warto wspomnieć choćby o protestach przeciwko międzynarodowej umowie ACTA, które rozlały się po Europie zimą 2012 roku.

Zdaniem organizatorów protestów ACTA miała cenzurować Internet i ograniczać wolność w sieci. W efekcie tysiące młodych ludzi – pomimo zimowej pory – wyległo na ulicę i domagało się niewprowadzania tego prawa w życie. Odnieśli sukces i ACTA wylądowało w koszu. Wówczas zadecydowały dwa czynniki: po pierwsze swoisty element zaskoczenia (na ulicę w środku zimy wyszło najmłodsze pokolenie, które dotąd uważane było za nieaktywne publicznie i nieskore do tego typu akcji), po drugie istotne znaczenie miała polityka ówczesnego premiera Donalda Tuska. Wiedział on, że trzon jego elektoratu stanowią właśnie młodzi ludzie i nie warto iść z nimi na wojnę.

I to właśnie od pozytywnego ułożenia wielu różnych czynników zależy powodzenie danego protestu. Nie zawsze się to jednak udaje i bardzo wiele manifestacji kończy się poczuciem klęski. Czasem jednak bywa tak, że na sukces trzeba długo poczekać. Rosyjska opozycja pomimo ponawianych regularnie protestów od blisko dwudziestu lat nie może się doczekać końca epoki Władimira Putina, chińscy działacze opozycyjni z kolei czekają na koniec obecnego komunistycznego systemu w tym kraju już blisko… siedem dekad. I w obu przypadkach nie zanosi się, aby szybko to nastąpiło. A nawet jeśli w końcu do tego dojdzie, to nie będzie miało związku z manifestacjami, ale wpływ na taki rozwój sytuacji wywrą zupełnie inne czynniki.

Przywilej ulicznego buntu
Jak widać, manifestacje polityczne to zasadniczo ciężki kawałek chleba, który nie zawsze przynosi oczekiwane rezultaty. Myślę jednak, że sama satysfakcja z udziału w tego typu wydarzeniu i chociażby próby wpłynięcia na losy swojej społeczności warta jest podjęcia tej gry. Jeśli tylko mamy pewność, że dana demonstracja albo uliczny protest wyraża nasze rzeczywiste potrzeby i identyfikujemy się z jej żądaniami – czemu by nie wziąć w niej udziału?

Pamiętajmy, że są na świecie kraje, gdzie za chociażby próbę podobnego zachowania grozi pobicie, ciężkie więzienie, a nierzadko po prostu śmierć. Doceńmy więc tę – jak widać, wcale nie tak oczywistą – wolność, którą dostaliśmy od losu, i weźmy polityczne sprawy w swoje ręce.


Dodaj komentarz