Fotografuj, znaczy: nie przyjmuj świata takim, jakim się zdaje

Bielsko-Biała brzmiało podejrzanie. Też tak macie? Przyzwyczajona do kursowania komunikacją międzymiastową w poszukiwaniu kultury do dużych ośrodków miejskich czułam się nieswojo podążając tym razem w odwrotnym kierunku. Strach mnie obleciał, że mogę w tym 180-tysięcznym mieście nie znaleźć nic fotograficznie ciekawego – bo różnie to bywa z festiwalami. Konkluzję mam jedną: dobrze, że nie jestem nieomylna.

Od 11 do 27 października w Bielsku- Białej odbywa się 8. FotoArtFestiwal im. Andrzeja Baturo – nie lada wydarzenie dla fanów malowania światłem. Na początku Festiwalu miał miejsce Maraton Autorski, czyli intensywny weekendowy cykl spotkań z fotografami. Choć można się zastanawiać, czy spędzenie całego weekendu w zamkniętej sali wykładowej to dobry pomysł (zwłaszcza, że w ten weekend góry rozciągające się nad Bielskiem-Białą wyglądały bardzo kusząco), to jednak myślę, że taka formuła sprawdza się bardziej, niż gdyby przez cały tydzień odbywały się pojedyncze spotkania. Dzięki temu w parę godzin dostaje się ogromną dawkę wizualnych wrażeń, które jednak nie nudzą się, bo organizatorzy dbają o różnorodność artystyczną. Twórcy są dobierani zarówno pod kątem tego, jaki typ i rodzaj fotografii prezentują (jak możemy przeczytać na stronie Festiwalu, znajdziemy tam „dokument, pejzaż, portret, reportaż, eksperyment, tradycyjną fotografię analogową i nowoczesne media cyfrowe), jak i tego, skąd pochodzą. Dużym atutem Festiwalu jest więc fakt, że wielu z tych artystów możemy spotkać na żywo na Maratonie i dowiedzieć się więcej na temat tego, jak powstały ich zdjęcia, jakie są ich metody pracy, porozmawiać z nimi lub też po prostu ich zobaczyć. Takie spotkania, jak na przykład to z Michaelem Hanke, inspirują do rozpoczęcia własnych poszukiwań artystycznych. Fotograf opowiadał o tym, jak choroba wpłynęła na jego dojrzałość artystyczną, oraz że warto zaczynać fotografowanie w każdym wieku. On sam pierwszy raz na poważnie chwycił za aparat w wieku 40 lat i wciąż zajmuje się fotografią amatorsko, bo na co dzień pracuje w marketingu. Nie przeszkadza mu to jednak zdobywać jednych z najważniejszych nagród prasowej fotografii na świecie. Pochodzący z Czech artysta jest świetnym przykładem na to, by zobaczyć, jak osobowość autora przekłada się na jego pracę. Czeski optymizm i humor wybrzmiewał z każdej jego fotografii.

Jeżeli nie zdąży się na Maraton, to nic nie szkodzi na przeszkodzie, żeby zdjęcia pooglądać tradycyjnie na wystawach. Dla wszystkich tych, którzy chcieliby sobie zafundować trochę sztuki w tym tygodniu, mam dobrą wiadomość: do końca festiwalu i zamknięcia wystaw pozostało jeszcze kilka dni, więc warto wykorzystać je na wycieczkę do Bielska-Białęj. W tym roku na FotoArcie możemy zobaczyć zdjęcia artystów z aż dwudziestu krajów, dzięki czemu oglądając wystawę często przenosimy się w odległe regiony świata i dotykamy problemów, które są nam obce. Tak jest na wystawach w Starej Fabryce, na przykład na tej autorstwa Espena Rasmussena, ukazującej problemy amerykańskiej klasy średniej żyjącej w Pasie Rdzy czy podczas oglądania prac Michała Solarskiego skupiającego się na tematyce czasu wolnego w republikach postsowieckich.

Warto też wspomnieć, że FotoArtFestiwal bardzo prężnie działa w kwestii wspierania młodych stażem twórców. Wystawom głównym towarzyszy wystawa FotoOpen, na którą każdy może zgłosić swoje prace i przy odrobinie szczęścia się do niej zakwalifikować. Prace są prezentowane w różnych przestrzeniach w centrum Bielska- Białej. Często są to miejsca bardzo osobliwe, na przykład małe bary ze skrzypiącymi podłogami albo Dom Kultury. Taka otwarta formuła konkursu jest kusząca. Z drugiej strony prace te nie zawsze są istotnie wyróżniające się, co może budzić pytania o kryteria ich doboru.

Jeżeli jednak chodzi o wystawy główne, to bez dwóch zdań są to prace na najwyższym, światowym poziomie, o czym zresztą możemy się przekonać spoglądając choćby na życiorysy różnych artystów i nagrody, którymi niektórzy z nich zostali uhonorowani (m.in. World Press Photo) albo na ich miejsca pracy (New York Times, National Geographic). W pamięci zapadły mi szczególnie wystawy takich artystów, jak Vincenta Descotilsa (zdjęcia o niecodziennym formacie, prezentowane na małych, drewnianych, okrągłych płytach ), Julii Fullerton-Batten (cykl fotografii o specyficznym filmowym klimacie, ukazujący historie ludzi związanych z rzeką Tamizą) oraz seria „Miłość w cyrku” autorstwa Stephanie Gengotti o codzienności artystów cyrków objazdowych. Za najciekawszy zaś uważam podwójny fotoreportaż o zakładzie poprawczym dla nieletnich na Węgrzech autorstwa Adama Urbana i jego ojca Tamasa. Zdjęcia zostały wykonane w odstępie ponad czterdziestu lat w tym samym miejscu, są jednak zaskakująco do siebie podobne, co pobudza do refleksji na temat tego, jak niewiele zmienia się w stosowanych przez nas metodach wychowawczych i w relacjach międzyludzkich w ogóle.

Festiwal na wystawach i spotkaniach z artystami się nie kończy. Jeżeli ktoś jest chętny podszlifować swoją technikę, może wziąć udział w prestiżowych warsztatach z fotografami. Z kolei ci, którzy mają już prace w zanadrzu, mogą zapisać się na przegląd portfolio. Kontakt z osobami z branży może się okazać nieoceniony na początku fotograficznej kariery. Opcja dla leniwych, ale ciekawych świata zakłada przeglądanie stoisk z fotograficznymi książkami i technicznymi nowinkami oraz wałęsanie się po pięknym mieście z aparatem przy oku. W końcu motto festiwalu brzmi: „Zwolnij!”. Wciąż trochę sceptyczna, zastanawiałam się między jednym wykładem a drugim: Czy nie lepiej byłoby zorganizować taki festiwal w większym mieście, gdzie łatwiej dojechać, więcej ludzi jest na miejscu i może z niego skorzystać? Ale wtedy spoglądałam na rysujący się w tle masyw Beskidów, rozmawiających wokół z pasją ludzi… I właściwie, skoro można sobie zrobić tak przyjemną wycieczkę na parę dni, to pytanie brzmi: dlaczego nie? Następna okazja za dwa lata, nie przegapcie.

fot. materiały organizatorów


Dodaj komentarz