Dom utracony, dom zyskany

Zanim II wojna światowa na dobre opanowała polskie tereny, w mojej małej ojczyźnie miały miejsce dwa wydarzenia, które do dziś mocno tkwią w pamięci mieszkańców. Pierwsze z nich to wysiedlenie śródleśnej wioski, które pozbawiło domu kilkadziesiąt rodzin, a drugie – tragiczne w skutkach bombardowanie nad jeziorem Nury, za sprawą czego splotły się losy moich pradziadków i powstał dom, do którego wracam jak na skrzydłach.

Moje dzieciństwo kojarzy mi się z mlekiem prosto od krowy i wiklinowym koszykiem na rower, w którym dziadek woził mnie do przedszkola. Kiedy byłam już w podstawówce, rowerowe wyprawy często kończyły się w nieco mistycznym miejscu – w głębokim lesie, przy kapliczce wybudowanej z okazji 60. rocznicy wysiedlenia wsi Bonów.

Przerwana sielanka
Jeśli w ogóle można mówić o latach świetności skromnej wioski, to z całą pewnością był to czas, kiedy działała tu szkoła oraz sklepik, a gospodarze zbierali plony z okolicznych pól oraz sprzedawali grzyby i chrust w pobliskim Dęblinie. Ten obrazek daleki jest od idyllicznych wspomnień z mojego dzieciństwa, ale odkąd pierwszy raz poznałam historię tych ludzi, zrozumiałam, jak ważne jest pielęgnowanie domowego ogniska, pamięci o lokalnej tradycji oraz historii.

Wiosek takich jak ta jest w Polsce dziesiątki, jeśli nie setki. W najbliższej okolicy naliczyłam przynajmniej pięć. Zniknęły z mapy Polski z różnych powodów, ale łączy je jedno – otoczka nostalgii za miejscem, w którym się dorastało i które nagle przestało istnieć. W miejscu, gdzie niegdyś znajdował się Bonów, wciąż można poczuć wyjątkowy klimat osady zagubionej w leśnych ostępach, a o sentymencie do tego miejsca świadczy wspomniana kapliczka, ufundowana przez wysiedlonych oraz ich przodków, a także zeszyty wypełnione wspomnieniami odwiedzających. Krótka przechadzka wśród drzew pozwala odkryć zawieszone na nich oraz wbite w ziemię tabliczki upamiętniające, co znajdowało się w danym miejscu. Tu stała szkoła, informuje jedna z nich.

Na drugi koniec województwa
Dawna wieś leży na północny wschód od mojej rodzinnej miejscowości, Gołębia. Jej historia jest długa i kończy się w momencie, kiedy powstaje plan stworzenia na jej miejscu wojskowego poligonu dla lotniska w Dęblinie. W 1936 roku opuściło ją ponad 30 rodzin. Większość z nich przeprowadziła się kilkadziesiąt kilometrów dalej, w okolice miejscowości Siostrzytów, gdzie założyli wieś o tej samej nazwie. Rok później wieś Bonów zupełnie opustoszała, a domostwa z czasem zostały zrównane z ziemią. Pozostali mieszkańcy zostali przesiedleni w okolice Bychawy, a część zdecydowała się pozostać w okolicznych wioskach, takich jak Gołąb.

W wielu źródłach można odnaleźć wzmiankę o betonowym bunkrze, który miał być celem ćwiczebnym wojskowych samolotów. Mówi się o rozsianych po tutejszych lasach bombach, po których ślady w postaci głębokich dołów można znaleźć do dziś, a także o katastrofie, w której zginął młody bułgarski pilot, przez co zaprzestano ćwiczeń na tym terenie. Żeby piloci mogli trwać w stanie gotowości do wojny, wieś musiało opuścić około 350 osób. Poligon wykorzystywano nie dłużej niż dwa lata.

Pierwsze dni wojny
Kiedy patrzę na zdjęcia Gołębia z tych czasów, widzę duże, wolne przestrzenie, mało drzew, niewielkie, bielone domy i drewniane zabudowania gospodarskie. W pierwszych dniach II wojny światowej życie we wsi toczyło się w miarę zwyczajnie – do mieszkańców z całą pewnością docierały już sygnały o agresji III Rzeszy, ale życie na wsi wymagało pewnych utartych schematów, których zaniechanie oznaczało straty. Nie dziwi więc fakt, że zamiast ukrywać się po chałupach, gołębiacy pewnego słonecznego wrześniowego dnia postanowili udać się nad pobliskie jezioro Nury, żeby zrobić pranie.

Wyobrażam sobie, jak rozmawiali przy pracy, słyszę stukot kijanek do prania i plusk czystej wody. Czystą pościel rozkładali na drabiniastych wozach oraz na trawie. To lato było podobno wyjątkowo ciepłe, a wrzesień słoneczny. W pewnym momencie nadleciał hitlerowski samolot i ostrzelał znajdujących się nad jeziorem ludzi. Białe płachty zmyliły pilota – kilka miesięcy wcześniej niemieccy osadnicy dostali polecenie, by w ten sposób oznaczać obiekty godne zbombardowania. Pomyłka nie ostudziła zapału lotnika – poleciał dalej w kierunku polskiego hangaru wojskowego, który również zniszczył.

Gdyby nie ta tragedia?
Wśród trzynastu ofiar znalazła się matka mojego pradziadka oraz jego młodsza siostra. Zginęły na miejscu, podobnie jak pozostała jedenastka. Niektórzy mówią, że jedna kobieta trafiła do szpitala w Puławach, gdzie ślad o niej zaginął. W domu mojego pradziadka pozostał jego brat oraz ojciec, który po kilku miesiącach postawił sprawę jasno: „W domu musi być kobita, więc albo wy się żenita, albo ja”. Poszukiwania ograniczały się oczywiście do najbliższej okolicy, a jak to na wsi bywa, wiadomość błyskawicznie rozeszła się po okolicznych wioskach.

Popularne w moich okolicach były „podmiany”, czyli sytuacja, w której na przykład dwóch braci bierze sobie za żony dwie siostry. Tak stało się również w tym przypadku. W pobliskiej miejscowości Borysów mieszkały młodziutkie panny. Moja prababcia miała wtedy 16 lat i zdecydowanie wolała nie wychodzić za starszego od siebie mężczyznę, ale ciężka sytuacja oraz dobre serce chłopaka skłoniły ją w końcu do zamążpójścia. Przeprowadziła się do Gołębia i razem stworzyli dom, za który bardzo jestem im wdzięczna.


Dodaj komentarz