Dom uciech (literackich)

Na pierwszy rzut oka budynek niczym szczególnym się nie wyróżnia – ot, następna z szeregu nudnych, szarych i zapomnianych przez zarządców kamienic. Kto by pomyślał, że jeszcze niedawno mieszkali tu najwięksi polscy twórcy, a na korytarzach spotkać można było Szymborską, Mrożka czy Miłosza.

Niewiele jest w Krakowie, ale i w całej Polsce, adresów tak „naznaczonych” literaturą jak Krupnicza 22. To właśnie tutaj mieścił się słynny Dom Literatów, w którym po wojnie pomieszkiwały, tworząc swoistą artystyczną bohemę, tuzy polskiej literatury.

Kamienica warta pół litra spirytusu
Po wojennej hekatombie dużą popularność zdobyły kolektywne ośrodki mieszkalne; to właśnie w przeludnionych domach najczęściej kończyła się wieloletnia tułaczka Polaków. Tu nareszcie mogli poczuć choćby namiastkę domowego ogniska i odzyskać siły po trudnych latach okupacji. Jeden z takich obiektów znajdował się w samym sercu Krakowa – zaledwie kilkaset metrów od Plant i Starówki. Tym, co go wyróżniało, był przekrój zawodowo-społeczny mieszkańców.

Kamienica przy ulicy Krupniczej od 1945 roku znajdowała się w ręku Związku Literatów Polskich, dzięki któremu lokale dostawali jego członkowie: pisarze i literaci. Co ciekawe, już z samym momentem przejęcia budynku wiążą się liczne anegdoty. Według jednej z nich pisarz Adam Ważyk miał wykupić kamienicę z rąk czerwonoarmistów za butelkę spirytusu; według innej Sowieci sami zachęcali przedstawicieli Związku do wprowadzenia się, twierdząc, że oni i tak za chwilę „ruszają na Berlin”.

Pejzaż osobowościowy
W budynku mieszkali artyści wielcy, znani, ale i ci zupełnie niszowi. Wszyscy wspólnie tworzyli wyjątkowy koloryt tego miejsca i na kolejne kilkadziesiąt lat wypełnili korytarze kamienicy swymi nietuzinkowymi osobowościami. Przez lata przy Krupniczej pomieszkiwały m.in. takie „nazwiska” polskiej literatury, jak: Szymborska, Gałczyński, Mrożek, Peiper, Różewicz, Andrzejewski czy Dygat. Była to wspaniała mozaika pokoleń i typów literackich XX wieku – od artystów pamiętających jeszcze końcówkę zaborów do najmłodszych generacji poetów.

Tajemniczości krakowskiemu Domu Literatów dodaje mała liczba oficjalnych archiwaliów z nim związanych. Pomimo to do legendy miejsca przeszły liczne opowieści, których głównymi bohaterami są mieszkańcy Krupniczej, a miejscem zdarzeń i charakterystycznym tłem ta niezwykła literacka kamienica.

Natchnienia…
Warunki bytowe w kamienicy nie należały co prawda do najlepszych, ale literaci nie zamierzali narzekać. Nawet w sytuacji, gdy musieli dzielić z innymi lokatorami niektóre pomieszczenia. A prowadziło to często do nietypowych sytuacji. Chociażby Konstanty Ildefons Gałczyński słynął z natchnień, jakich doznawał w trakcie porannych kąpieli. Gdy wena nadchodziła, nie bacząc na nic, Gałczyński wybiegał cały mokry ze wspólnej łazienki, byle tylko jak najszybciej zapisać nową myśl w swoim pokoju.

„Wątpliwości” budził także stan sanitarny kamienicy. Gdy Ireneusz Iredyński – niepokorny pisarz młodego pokolenia – oczekiwał na przydział mieszkania przy Krupniczej (który ostatecznie otrzymał), pewnego razu wyprosił nocleg u jednej z mieszkanek. Ta nie chciała się zgodzić, bo w jej lokalu brakowało już miejsca. Iredyński uparł się jednak, że będzie spał na podłodze. Właścicielka ostrzegła go, że to zły pomysł, bo w mieszkaniu jest jeszcze Kubuś – oswojony szczur…

Iredyński uznał to jednak za wymówki kobiety i postawił na swoim. Wieczorem położył się z książką w ręce na przygotowanym na podłodze legowisku. Jeszcze tej samej nocy mieszkańców kamienicy zbudził paniczny krzyk – okazało się, że Iredyński rzuca butami w przestraszone (jeszcze bardziej od niego) zwierzę. Kubuś bowiem faktycznie istniał – w dzień spał grzecznie pod jednym z łóżek, a w nocy dyskretnie spacerował po mieszkaniu, wypijał wodę w łazience, po czym wracał cicho do swojego kącika. Pech chciał, że tego wieczoru trasa przemarszu szczura prowadziła przez miejsce odpoczynku młodego literata. Po tym incydencie Iredyński szybko opuścił mieszkanie.

…i olśnienia
Wiele ciekawych „krupniczych” anegdot wiąże się ze Sławomirem Mrożkiem – młodym wówczas krakowskim literatem, który mieszkanie w kamienicy dostał niejako na zachętę – był bowiem jeszcze przed swoim książkowym debiutem. Kiedyś spotkał na krakowskim Rynku Głównym innego lokatora – Stefana Kisielewskiego (popularnego Kisiela, felietonistę „Tygodnika Powszechnego”, autora książek). Kisiel krytycznie odniósł się wówczas do artykułu Mrożka, w którym krytykował on zachodni styl bycia, jako przykład podając paradę kwiatową w Nicei. Kisiel zagadnął go później w swoim stylu:

– Był pan w ogóle w Nicei?
– Nie.
– No to co pan pieprzy?!

Ta krótka wymiana zdań, po której panowie rozeszli się w przeciwnych kierunkach, wywarła wielki wpływ na przyszłego dramaturga. Zostałem sam, szedłem przez Rynek i nagle zapytałem sam siebie: „Co ja pieprzę?”.

Dodatkowego smaczku tej historii dodaje dopisany kilkadziesiąt lat później epilog: Mrożek spędził ostatnie lata życia i zmarł w… Nicei.

Goście, goście
Na Krupniczej spotkać można było nie tylko wybitnych mieszkańców, lecz także ich niezwykłych gości. Na przykład w 1961 roku do siedziby Związku Literatów zawitał sam guru egzystencjalizmu, słynny francuski pisarz i filozof, późniejszy noblista (choć tej nagrody nie przyjął) Jean-Paul Sartre. Oczywiście w towarzystwie równie wybitnej partnerki życiowej – Simone de Beauvoir. Nie trudno wyobrazić sobie zdziwienie osób, które udając się na Krupniczą, spotkały słynną wówczas na całym świecie i otaczaną wręcz kultem parę myślicieli.

W 1981 roku Krupniczą odwiedził z kolei – już jako laureat Nagrody Nobla – Czesław Miłosz. Wydarzenie to wzbudziło wśród mieszkańców literackiej kamienicy wielkie emocje; na tyle duże, że woda ze szklanki z której pił Miłosz stała się swoistą, żartobliwą relikwią. Krążyła później po licznych imprezach (odbywających się na Krupniczej często i gęsto) i była dodawana do różnych trunków jako tzw. Nobel Water.

Pani Lola
Swoistym sercem domu były pomieszczenia rozlokowane na parterze, tuż przy wejściu: stołówka Związku Literatów oraz szatnia, w której urzędowała słynna pani Lola. To właśnie Lola jest być może największą spośród ikon Krupniczej. Zakrawa to zresztą na niezłą ironię losu – oto bowiem w budynku zamieszkiwanym przez dziesiątki wybitnych artystów, największą lokalną popularność zaskarbiła sobie zwykła, skromna szatniarka.

W 1990 roku powstał nawet film dokumentalny opowiadający o życiu pani Loli (a właściwie Karoliny Surówki, bo tak naprawdę się nazywała), w którym została przedstawiona jako dobrotliwa, ciepła kobieta pomagająca wszystkim mieszkańcom w różnych codziennych sprawach. W kamienicy mieszkała jeszcze długo po wyprowadzce ostatnich literackich lokatorów – tutaj też zmarła w 2001 roku.

W oczekiwaniu na nowe życie
Schyłek lat świetności domu przyszedł w latach 80. Wtedy to, wraz ze stanem wojennym, Związek Literatów Polskich został rozwiązany. Nadchodziła pora rozstań. Już wcześniej jednak wyprowadzki z domu przy Krupniczej nie były łatwe – według żartobliwej dykteryjki Tadeusz Różewicz opuszczał kamienicę przez dwa tygodnie; nie dlatego jednak, że miał ze sobą tyle bagaży. Wprost przeciwnie – posiadał tylko jedną walizkę. Po prostu przy każdej próbie on oraz towarzyszący mu Kornel Filipowicz na cały wieczór zatrzymywali się w barze, a później nie mając siły na kontynuowanie przeprowadzki, powracali na Krupniczą.

Mieszkańcy kamienicy uznali rozwiązanie Związku za okazję na opuszczenie znajdującego się w coraz gorszym stanie technicznym budynku. Z czasem ostatni nietuzinkowi lokatorzy się wyprowadzili. Kamienica przy Krupniczej po dziś dzień pozostaje w fatalnym stanie technicznym. Każdy zniszczony fragment elewacji wskazuje na potrzebę natychmiastowego remontu. Miejsce w żaden sposób nie jest upamiętnione, nie ma go nawet w przewodnikach turystycznych po mieście. Obiekt ewidentnie czeka na lepsze czasy, które być może nadejdą, bo duch literackiego Krakowa jest tu wciąż żywy i wyczuwalny.

W pracy nad tekstem pomocna była książka Wszystkie drogi prowadzą na Krupniczą Anny Grochowskiej.


Dodaj komentarz