Dobry reżim

Na pewno każdy z nas – czy to w internecie, czy też w prawdziwym życiu – wyrażając swoje oburzenie czyjąś opinią przynajmniej raz usłyszał w odpowiedzi: “Ja tylko żartowałem, a poza tym chyba mam prawo do własnego zdania”. Wolność słowa działa jednak zupełnie inaczej.

 

Osoby, które najczęściej używają takiego argumentu, szukają usprawiedliwienia dla swojego poczucia bezkarności. Nie zrobiły przecież nikomu krzywdy, w końcu to tylko opinia, mają do niej prawo. Ktoś czuje się pokrzywdzony? Jego problem, jest zbyt delikatny, jeśli chce przeżyć w prawdziwym świecie musi wyrobić sobie odporność, a jak nie to niech lepiej się nie czepia. Jest to bardzo wygodne wytłumaczenie. Łatwo zasłonić się ideą wolności słowa, zwłaszcza w takim kraju jak Polska, gdzie owa wartość przez lata była czymś niedopuszczalnym. Tymczasem ludzie stosujący tego typu retorykę zapominają, że wszystko ma swoje dopuszczalne granice, również dobrodziejstwa demokracji.

Samowykluczenie

Michał Głowiński, ceniony profesor nauk humanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim, analizując mowę nienawiści zwraca uwagę, że jej głównym wyznacznikiem jest fakt, iż stosujący ją ludzie nie traktują swoich oponentów jako przeciwników, lecz jako wrogów. W jego rozumieniu przeciwnik to ktoś, z kim można się dogadać, znaleźć linię porozumienia, ale przede wszystkim traktować jako równego sobie. W przypadku wroga jest to niemożliwe, bowiem jego należy zniszczyć.

 

Uznanie przeciwnej strony jako przeciwnika jest podstawą zdrowej i rozsądnej debaty. Tak samo jest w przypadku wolności słowa. Jej najważniejszym założeniem, jest przekonanie, że opinia jednej osoby jest tak samo ważna jak wszystkich pozostałych. Język nienawiści, którego głównym celem jest dyskredytacja i pogrążenie grup i ludzi których dotyczy, niszczy tę harmonię. Głowiński zauważył także, że ten rodzaj retoryki nie jest kierowany do ludzi, których opisuje. W ogóle nie bierze się ich pod uwagę. Adresatami mają być wszyscy nieprzekonani bądź ci, którzy już dany pogląd wyznają. Każdy chcący podjąć jakąkolwiek polemikę od razu staje się podejrzanym. Tym samym w rzeczywistości kreowanej przez hejterów wolność słowa zostaje wyparta. Nie ma w niej bowiem żadnego miejsca na dyskusję, a szanse na porozumienie są zerowe.

Nietolerancyjna tolerancja 

“Skoro jesteś taki tolerancyjny to dlaczego nie tolerujesz mojej opinii!”. To zdanie pada wyjątkowo często, w sytuacji, w której ktoś już zwróci uwagę, że może czyjaś wypowiedź ma krzywdzący charakter. Czasem odwracanie kota ogonem może być dezorientujące. Istnieje jednak coś takiego jak paradoks tolerancyjny. Owa idea ukuta została ukuta w 1945 roku przez austriackiego filozofa Karla Poppera i zakłada, że nieograniczona tolerancja doprowadzi w końcu do swojego unicestwienia przez nietolerancję. Innymi słowy tolerując ludzi nietolerancyjnych doprowadzimy ostatecznie do tego, że dzięki swojej nieustępliwości zniszczą oni całą ideę tolerancji. Popper zaznacza jednak, że nie w każdym wypadku należy ograniczać swobodę wypowiedzi dyskryminujących, a przynajmniej “tak długo jak możemy zwalczać je racjonalnymi argumentami i trzymać w szachu dzięki opinii publicznej”. Myśl tę rozszerzył w 1971 roku John Rawls twierdząc, że nietolerancyjną wolność słowa można ograniczać tylko wtedy, gdy zaczyna stanowić realne zagrożenie dla wolności pozostałych.

 

W podobny sposób Głowiński pisał o retoryce empatii jako kompletnym przeciwieństwie retoryki nienawiści. Jest to ten rodzaj wypowiedzi, w którym zrozumienie jest kluczem do udanej dyskusji. Nie chodzi tylko o poznanie sposobu myślenia przeciwnika w celu wygrania debaty, ale o pełne zrozumienie, dlaczego zajmuje takie a nie inne stanowisko i co można zrobić, aby przekonać go do swoich racji. Niestety, jak pisze Głowiński, empatia nieraz nie wystarczy, zwłaszcza w opozycji do destruktywnej retoryki nienawiści, nieznającej żadnych granic. Jako przykład podaje procesy norymberskie, w których szukanie zrozumienia dla akcji nazistowskich zbrodniarzy nie wniosłoby nic dobrego. Co ciekawe sam podkreśla, że jest to przykład skrajny, samemu będąc ocalałym z holokaustu.

Presja dobroci 

Wynika z tego zatem, że empatia, czyli jakakolwiek próba zrozumienia zachowań nietolerancyjnych, w tym mowy nienawiści, jest bezskuteczna. Brak jednoznacznej odpowiedzi na tego typu działania doprowadziłby tylko i wyłącznie do ich eskalacji. Co zatem można zrobić? Jasne, cenzura i spychanie szkodliwych środowisk na margines są na pewno pomocne, ale tylko na krótką metę. W zasadzie powinny to być działania ostateczne, gdyż ich radykalny charakter bardzo szybko doprowadziłby do powstania czegoś w rodzaju dyktatury. Spotęgowało by to tylko nienawiść cenzurowanych grup i konflikt ten nigdy nie zostałby zażegnany.

 

Nie oznacza to jednak, że jesteśmy skazani na trwanie w tym impasie. Ciekawe rozwiązanie zaproponował w 1997 roku Michael Walzer. Zauważył, że mniejszości – głównie te religijne – same w sobie pielęgnują zachowania nietolerancyjne, lecz jednocześnie istnieją dzięki panującej tolerancji. Według Walzera dzięki tej zależności możliwe jest, że prędzej czy później owe grupy przyjmą tolerancję jako swoją wartość. Innymi słowy w szerszym i bardziej przyziemnym aspekcie można porównać to do mody. Jeżeli dana rzecz staje się popularna i z czasem powszednieje, to tylko bardzo nieliczne jednostki będą się jej opierać. Większość ludzi nawet czasem nieświadomie przyjmie i zaakceptuje zmiany. W końcu ilu jest dzisiaj osób, które twierdzą, że wolą stare telefony z klawiaturą zamiast smartfonów?

 

Tym sposobem tworzy się presja dobra. Jeżeli otaczająca nas większość przyjmuje postawę tolerancyjną jest zdecydowanie bardziej prawdopodobne, że zaczniemy zauważać w tym jakąś rację. Być może to zbyt daleko idące skojarzenie, ale przypominają się słowa bł. ks. Jerzego Popiełuszki: “zło dobrem zwyciężaj”. To często krytykowana idea, która zazwyczaj jest porównywana do nastawiania drugiego policzka, co uchodzi za przejaw słabości i uległości. Tymczasem jeśli stworzyć by reżim miłości okazuje się, że odnajdziemy w tym pomyśle siłę i stanowczość. Nienawiść poczuje się wtedy osaczona i ostatecznie będzie musiała się poddać. Czy ktoś wtedy będzie mógł oskarżyć nas o ograniczanie jego wolności słowa? Nie, po prostu sam zrezygnuje z szerzenia krzywdzących opinii.

 

 

Marcin Kornacki


Dodaj komentarz