#czytamwiersze: Olszański

Zastanawiając się nad wyborem poety do kolejnego odcinka kącika poetyckiego, szukałam inspiracji w różnych miejscach. Twórczość Grzegorza Olszańskiego podsunęła mi znajoma, była dziennikarka Outro, która sama niedawno zmierzyła się z jego najnowszym tomem zatytułowanym Biały album. A ja postanowiłam podjąć wyzwanie. Jednak tym razem zamiast własnych refleksji przygotowałam dla ciebie… wywiad z samym autorem. Zapraszam do lektury!

Martyna Kłos: Badania pokazują, że Polacy prawie nie czytają. Jeśli już czytają, to prozę. Po co w takim razie zajmować się poezją? Dlaczego współcześnie ludzie decydują się na „bycie poetą”?

Grzegorz Olszański: Proces, o którym pani wspomina, swego czasu kapitalnie zdiagnozował Lem: Nikt nic nie czyta, a jeśli czyta, to nic nie rozumie, a jeśli nawet rozumie, to nic nie pamięta. Nic dodać, nic ująć. Odpowiedzi na pytanie, dlaczego ktoś zaczyna pisać wiersze, mogą być zapewne bardzo różne. Ktoś naczytał się romantyków albo zafascynował Szymborską. Ktoś inny ma złamane serce, a jeszcze inny właśnie się zakochał i szuka ujścia dla swoich emocji. Na szczęście – a mówię to jako osoba, której od czasu do czasu zdarza się pełnić funkcję jurora na jakimś konkursie poetyckim – dość szybko okazuje się, że drugą Szymborską stać się jednak dosyć trudno, serce nie zrasta się pod wpływem metafor, a ukochana od wieńca sonetów bardziej ceni regularne wizyty w Aparcie. W efekcie zainteresowanie poezją przechodzi niczym sienny katar. Osobiście chciałbym myśleć, że poezję wybiera się dlatego, że to forma najbardziej adekwatna do tego, co się chce powiedzieć. W inny sposób niewyrażalna, albo – by ująć rzecz nieco ostrożniej – wyrażalna w znacznie gorszy sposób. W jednym ze swoich utworów posłużyłem się takim oto paradoksem, aby to przekonanie wyartykułować: Mówię językiem wiersza to, czego nie potrafię powiedzieć słowami. A co do liczby czytających – ich niewielką liczbę na szczęście równoważy jakość.

W przeciwieństwie do literatury muzyka ma zdecydowanie większą liczbę odbiorców. A to jest przecież pana druga pasja – zajmuje się pan krytyką muzyczną w kwartalniku „Opcje”. Nawiązania muzyczne znaleźć można również w pana najnowszym tomie poetyckim Biały album. Jest w nim wiele odwołań m.in. do krążka The White Album zespołu The Beatles. Dlaczego właśnie do tej płyty?

To trochę skomplikowana sprawa. Po pierwsze, już od dłuższego czasu raczej myślę książką niż pojedynczym wierszem. Innymi słowy staram się, żeby moje książki poetyckie były nie tyle zbiorami pojedynczych utworów, co pewną zazębiającą się, pracującą na siebie całością. Tak było w przypadku Sztuki mięsa, Kronik filmowych czy Starych nieznajomych. W przypadku pracy nad tą ostatnią książką też tak miało być, szukałem elementów scalających – wcześniej było kino, teraz pomyślałem o jakieś analogii muzycznej. Ponieważ od lat wielbię Beatlesów, pomyślałem, że może punktem zaczepienia staną się teksty Lennona i spółki. Tu pojawiły się jednak problemy. Przede wszystkim teksty piosenek w polskich tłumaczeniach, w oderwaniu od muzyki, okazały się materiałem dość średnim. Absurdalny humor, nieoczywiste metafory, zabawne skojarzenia – to wszystko gdzieś ginęło, więc zacząłem poważnie zastanawiać się nad sensownością takiego pomysłu. Po drugie, przez długi czas kompletnie nic się w tej książce nie chciało zazębiać. Używając terminologii muzycznej, miałem zbiór piosenek, acz za cholerę nie układały się one w żadną płytę. W którymś momencie pomyślałem – proszę wybaczyć megalomanię, ale to raczej skrót myślowy niż wyraz przekonania o wadze swej osoby – że to trochę jak z Beatlesami, którzy po nagraniu Sierżanta Pieprza…, genialnego koncept-albumu, postanowili zrobić coś radykalnie odmiennego. The White Album to znakomita płyta, acz nic się w niej niemal nie klei, to piosenki wyciągnięte z różnych szuflad. Paradoksalnie zespół potrafił uczynić z tego spory atut. W tych okolicznościach pomyślałem, że może i ja powinienem iść tą drogą. W ten sposób pojawił się dość ryzykowny koncept, żeby posłużyć się tym tytułem. Po czasie okazało się co prawda, że wraz z kolejnymi wierszami, które pojawiały się na stronach mojej książki, coś zaczyna się tu jednak zazębiać – nietrudno wskazać istnienie pewnych dominujących motywów, które powodują, że historie, które tam opowiadam stają się coraz bardziej spójne. W efekcie to, co miało być zbiorem piosenek finalnie stało się jednak rodzajem koncept albumu. W tej sytuacji być może powinienem zrezygnować z tytułu i wymyślić nowy, acz byłem już na tyle oswojony z tym pomysłem, że nie wchodziło to grę. Oczywiście jest jeszcze skojarzenie z obrazem Malewicza, no i Białym rękopisem Kamieńskiej, co dość dobrze łączy się z żałobną tonacją pierwszej części mojej książki.

Taką tonację można spotkać nie tylko w Lamentacjach. Jest ona dosyć powszechna w całej pana twórczości. Skąd wzięła się ta fascynacja śmiercią?

Właśnie czytam książkę Wytępić całe to bydło i tam jest piękny passus, w którym bohater powiada: Śmierci nie uwzględniano w mojej edukacji. Podczas dwunastu lat w szkole i piętnastu na różnych uniwersytetach nie uczono mnie sztuki umierania. Obawiam się, że o śmierci nawet nie wspomniano. Coś w tym jest. Nie jestem co prawda przekonany, czy faktycznie można nauczyć się umierać, że między ars poetica a ars moriendi zachodzą jakieś związki. Faktem jest jednak, że śmierć jest „innym” współczesnego świata, że cała kultura nakierowana jest na wypieranie myśli o niej. Śmierć jako wypadek, zamach, zdarzenie ma oczywiście swoje miejsce w przestrzeni publicznej, acz myśl o śmierci traktowanej jako pewien nieuchronny proces, który toczy każdego z nas, jest wypierana na tysiące sposobów. W tych okolicznościach poezja jest formą negacji takiego myślenia. Jednocześnie wcale nie jestem przekonany, czy jest tak, że to my wybieramy zjawiska, które opisujemy. Być może pewne tematy po prostu wybierają nas.

To możliwe. W związku z tym, jako fanka piłki nożnej, nie mogę nie nawiązać do jednego z wierszy z Białego albumu. Kilka dni temu Barcelona zwyciężyła w… Gran Derbi. Jednak w tym sezonie przed nami jeszcze co najmniej jedno starcie „Dumy Katalonii” z Realem Madryt. Komu pan kibicuje?

Mam nadzieję, że wygra Barcelona, bo siłą rzeczy mi, jako człowiekowi urodzonemu na Śląsku, Katalonia jest bliższa niż centralny Madryt (śmiech). A mówiąc poważnie, wbrew pozorom nie jestem kibicem. Piłkę oglądam ze względu na piękno tej dyscypliny, nietypowe zagrania, rewelacyjne akcje, dramatyzm wpisany w niektóre mecze. To, kto finalnie wygrywa, jest – przynajmniej w większości wypadków – dość wtórne. W końcu, by posłużyć się frazą wiersza, do którego pani nawiązuje, niezależnie od tego, kto wygra, my wciąż przegrywamy / bez szans / na dogrywkę.

W swej karierze pisarskiej był pan związany z grupą poetycką Na Dziko, która występuje m.in. na odbywającym się co roku na Śląsku festiwalu Ars Cameralis. Dlaczego zrezygnował pan z tej części działalności artystycznej?

Stworzyliśmy formację Na Dziko, bo w jednym czasie studiowaliśmy na jednym wydziale, razem redagowaliśmy pismo, jeździliśmy na te same literackie imprezy. Z drugiej strony dość szybko zrozumieliśmy, że literatura to nie sport zespołowy, więc trudno byłoby doszukiwać się jakiś poważniejszych podobieństw między tym, co robiliśmy. Łączyły nas dość analogiczne artystyczne fascynacje, dzieliła poetyka, bo każdy z nas pisał jednak inaczej, po swojemu, na własny rachunek. Przez długi czas wspólnie robiliśmy też Zlot Poetycki Na Dziko, o którym pani wspomina. Od pewnego czasu nasze drogi coraz mocniej zaczęły się rozchodzić już nie na poziomie estetycznym, lecz przyjacielskim. Pamiętam, że były bodaj jakieś dwa festiwale, gdzie nawet nie tyle o programie tej imprezy, co o swoim udziale dowiadywałem się z plakatów rozwieszonych na mieście. Nikt ze mną nie konsultował udziału, nikt nie rozmawiał na temat zapraszanych gości, rzeczywistość zaczęła skrzeczeć. W tej sytuacji powiedziałem „pas”, nie chcąc żyrować dłużej pewnej fikcji. Aktualnie – przynajmniej z częścią chłopaków – jestem w dobrych relacjach, z innymi straciłem wspólny język. Jakby powiedział Kurt Vonnegut: Zdarza się. Niezależnie od wszystkiego cieszę się jednak, że impreza przetrwała i wciąż trwa. Być może się mylę, ale wydaje mi się, że Śląsk swoimi imprezami nie rozpieszcza nadmiernie wielbicieli literatury.

Na zakończenie bardzo proszę powiedzieć naszym czytelnikom, jakie są (z pana punktu widzenia) powody, dla których powinni czytać wiersze?

Profesor Piotr Śliwiński napisał kiedyś, że gdyby ludzie czytali więcej poezji, to być może nie dawaliby się tak łatwo nabierać mowie polityków czy retoryce reklam. Wiersz uczy nas pewnej nieufności do języka, dystansu do przekazu. Podejrzewam, że to dla dużej części czytelników może być dość abstrakcyjne, ale ja po prostu lubię słowa. Lubię, gdy nie udajemy, że język jest rodzajem przezroczystej szyby, przez którą postrzegamy świat. Jednocześnie nie chciałbym myśleć o poezji jako powinności. Ludzie nie powinni czytać wierszy. Ludzie powinni chcieć je czytać. Zero musu. Wiersz, by posłużyć się frazą Mariusza Grzebalskiego, faktycznie powinien być jak bluza z kapturem. Innymi słowy, nie znoszę traktowania poezji jako czegoś odświętnego, zarezerwowanego na wyjątkowe okazje. Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą – to na pogrzeb. Miłość łaskawa jest… – to z kolei na ślub. Problem w tym, że oprócz pogrzebów i ślubów jest w życiu mnóstwo okazji, które doskonale dają się opisać za pomocą wierszy. Warto ich zatem poszukać.

Jeśli po przeczytaniu tego wywiadu nadal potrzebujecie zachęty, by poszukać okazji do zapoznania się z tomem Biały album, to jego recenzję znajdziecie na stronie https://ostatni-czytelnik.blogspot.com/2017/12/r-play.html

*Grzegorz Olszański – bytomski poeta i badacz literatury. Autor wielu książek poetyckich, m.in. Tamagotchi w pustym mieszkaniu, Kronik filmowych i Białego albumu. Krytyk muzyczny w kwartalniku „Opcje”. Współtwórca grupy poetyckiej Na Dziko. Doktor habilitowany nauk humanistycznych, pracownik Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.


Dodaj komentarz