#czytamwiersze: Hartwig

Z okładki spogląda na mnie rudowłosa kobieta w czerni. Jej uśmiech sprawia, że wydaje się być osobą pewną siebie, ale taka lekka nutka arogancji mnie nie zniechęca. Swoją postawą mówi, że czeka na mnie, by zabrać mnie na spacer po zakątkach swojej duszy. Zgadzam się w ciemno – bo czyż można odmówić samej Julii Hartwig?

Zawsze wśród swoich

Julia Hartwig urodziła się 14 sierpnia 1921 roku w Lublinie. Jej rodzice mieszkali w Rosji, lecz w 1918 roku cała rodzina zmuszona była opuścić dom z powodu rewolucji bolszewickiej. Ojciec Julii prowadził zakład fotograficzny, ale córka nie poszła w jego ślady. Fotografem za to został jej brat Edward – do dziś znany i ceniony w branży. Mógł liczyć na talent pisarski siostry, która tworzyła wstępy do jego albumów. Rodzinę Hartwigów cechowała duża tolerancja, w duchu której były wychowywane również dzieci. Julia chodziła z matką zarówno do kościoła, jak i do cerkwi. Po ukończeniu podstawówki uczyła się w Gimnazjum im. Unii Lubelskiej, której absolwentkami są również Hanna Malewska, Anna Kamieńska i Anna Szternfinkiel. Właśnie tam poetka zadebiutowała wierszem bez tytułu w międzyszkolnym czasopiśmie W słońce. W tym czasie zetknęła się z poetami takimi jak Jerzy Pleśniarowicz, Józef Łobodowski czy Józef Czechowicz, który był pierwszym recenzentem jej prac. Po zdaniu matury w 1939 roku, podczas wojny, wraz ze swoimi braćmi brała udział w konspiracji. Była łączniczką Armii Krajowej. Uczestniczyła także w podziemnym życiu kulturalnym. Udało jej się ukończyć studia polonistyczne i romanistyczne na tajnym Uniwersytecie Warszawskim, gdzie również obracała się w towarzystwie przyszłych wieszczy.

W czasie wojny udało jej się spotkać z Czesławem Miłoszem. Jego adres zdobyła od wspomnianej wcześniej Anny Kamieńskiej, której ciotka była żoną poety. Jak później wspomniała, spotkanie to było dla niej największym literackim wydarzeniem w okupowanej Warszawie. Zastukałam, otworzył mi Miłosz, domowo ubrany – przerwałam im chyba wtedy jakieś małżeńskie wygrzewanie na słońcu. Dostałam herbaty i ciasteczko, pokazałam mu wiersze. Miałam tremę, ale on się zachował łagodnie. Na pochwały nie miałam co liczyć, bo z natury nie był do nich skłonny. Spojrzał na moje teksty i powiedział mniej więcej coś takiego: „A, o miłości… Miłość to nie jest temat na wiersze”. Strasznie mnie tym zaskoczył, ale po jakimś czasie zrozumiałam o co mu chodziło (J. Mikołajewski, Największe szczęście, największy ból).

Miłosz w spódnicy

Pierwszy wielki sukces Julii nie miał wiele wspólnego z jej talentem poetyckim. W 1949 roku Hartwig przetłumaczyła na język polski tomik francuskiej pisarki Elsy Triolet, Kochankowie z Avignonu i inne opowiadania. Siedem lat później wydała swój pierwszy zbiór wierszy – Pożegnania. Później zajęła się tworzeniem bajek dla dzieci. Spod jej pióra wyszły m.in. Pierwsze przygody Poziomki i Tomcio Paluch. Twórczość poetki cechuje różnorodność. W 2002 roku wydała ciekawą pozycję Błyski. Był to zbiór luźnych cytatów, myśli, spostrzeżeń. Czasem były to krótkie wiersze. Czytelnikowi zdawać by się mogło, że Hartwig próbowała ,,zapisać świat”. Przelać na papier to, co z pozoru wydaje się monotonną codziennością. W 2009 roku światło dzienne ujrzał tomik Jasne niejasne, który można by postawić w opozycji do tego sprzed siedmiu lat. Dostajemy tym razem zbiór wierszy, w których autorka porusza kwestie metafizyczne. Nie zachwyca się już pięknem fizycznym, ale ubolewa nad tym, że nie na wszystkie zadane pytania można udzielić jasnych odpowiedzi. Choć wydawać by się mogło, że poezja jest dla autorki swego rodzaju azylem i czymś powszechnym, sama jednak określiła, że pisze, bo musi. Sparafrazowała tym samym słowa poznanego wcześniej Czesława Miłosza. Ze względu na podobny stosunek do poezji Julia Hartwig jest nazywana przez krytyków „Miłoszem w spódnicy”.

Więc nie za cnoty i charakter nagroda jest miłość 

i nie za posłuszeństwo ani lojalność 

ale za wdzięk i niepokorność 

za życie samo w sobie w całej jego oczywistości

za urodą i zniewalające spojrzenie 

Wielka jest bowiem w nas potrzeba kochania

(Kot Maurycy)

Gdy czytam wiersze Hartwig, czuję się, jakbym czytała encyklopedię wiedzy o życiu. Kiedy zagłębiam się w jakikolwiek jej wiersz, Autorka staje się dla mnie autorytetem. Czuję, że podmiot liryczny wie, co mówi. Nic w tym dziwnego – osoba przeżywająca swoją młodość w czasach drugiej wojny ma o wiele większe doświadczenie życiowe niż niejeden czytelnik. Hartwig dzieli się z odbiorcą swoimi przemyśleniami, z którymi po chwili namysłu nie można się nie zgodzić. Kiedy więc sięgać po poezję tej autorki? Na to nie ma momentów niewłaściwych. Zarówno w chwilach radosnych, jak i tych smutnych warto jest posłuchać zewnętrznego głosu rozsądku, jakim jest Hartwig.

Dla Polski

Julia Hartwig w styczniu 1976 r. podpisała Memoriał 101 – dokument wyrażający sprzeciw przeciwko projektowanym zmianom w Konstytucji PRL, tj. wpisania do niej „przewodniej roli Partii” czy „trwałego i nienaruszalnego sojuszu z ZSRR”. Wraz z mężem brała udział w wielu akcjach opozycyjnych. Jednej z nich, przeprowadzonej w nocy z 23 na 24 marca 1978 r., poświęciła swój wiersz.

Jeszcze paliło się wówczas papierosy

więc w pokoju było gęsto od dymu

i telefon terkotał raz po raz

zapowiadając przyjaciół na ten wieczór

Trochę alkoholu coś do jedzenia

Jerzy przyjechał z Krakowa

Adam który przyszedł się z nim spotkać

Maciej z Żoliborza, Andrzej z Kazią

i studentka która przyjechała z materiałami dla Adama

Adam przysiada się do Jerzego

mówi szybko i z impetem jak to on zacinając się z lekka

Jerzy milczy i słucha uważnie jak to on

Czy jest zadaniem Kościoła obrona praw człowieka?

O, nie było to wówczas pytanie na które dziś mamy tak jasną odpowiedź

To było niemal tak trudne

jak rozprawianie o demokracji w Kościele

Kiedy wyszli około drugiej w nocy

uchylając okno zadymionego pokoju

zobaczyłam w fali mroźnego powietrza

jak z zaparkowanych samochodów

doskakuje do nich gromada krępych osiłków w kożuchach

i wciąga ich do aut

Na pustej ulicy został tylko Jerzy

który przez dłuższą chwilę stał jeszcze w miejscu nieruchomo

jakby czekał na swoją kolej

po czym powoli skierował się w kierunku Nowego Świata

Wszystko odbyło się tak bezgłośnie

że w naszej kamienicy nie zapaliło się żadne okno

(Tamten wieczór)

Kiedy czyta się wiersze 96-letniej poetki, aż cisną się na usta życzenia: Pani Julio – sto lat to za mało!

 


Dodaj komentarz