„Często słyszę prawdziwe ludzkie emocje”

Hubert Woźniakowski – gitarzysta i basista, tworzy zespoły: Brutah, New People, Eric Shoves Them In His Pockets, Queer Resource Center; dodatkowo przez chwilę, a potem gościnnie grał z Paulą i Karolem. Należy także do zespołu Marceliny. Pod pseudonimem WHOB tworzy również własną muzykę (jego kawałków możecie posłuchać na Sound Cloud), a na co dzień pracuje w Beat Shop Studio Dźwiękowe w postprodukcji dźwiękowej na stanowisku realizator dźwięku.

 

Anna Sydorczak: Skoro przewodni temat numeru to popkultura, zacznę od tego, czym ten termin jest dla ciebie. Oraz jaki ma twoim zdaniem wydźwięk pozytywny czy negatywny?

Hubert Woźniakowski: Kiedy słyszę termin popkultura, raczej nie ma on dla mnie konkretnego wydźwięku – ani negatywnego, ani pozytywnego. Wszyscy w jakiś stopniu się do niej dokładamy, tworzymy i siłą rzeczy w niej uczestniczymy. Popkultura jest bardzo interesującym wytworem, czy też zjawiskiem, który proponuje wiele ciekawych rzeczy i daje ogromne możliwości rozwoju oraz inspiracji. Artyści wszelakiej maści oraz ludzie, którzy coś tworzą, w jakimś stopniu i na pewnym etapie działania chcą, by ich praca, dzieła bądź twórczość zostały w jakiś sposób docenione i zauważone. Kiedy to przeniknie do mas, zostanie przyjęte pozytywnie i z dużym rozgłosem, to należy się z tego cieszyć, doceniać i kontynuować. Jest to tylko dowód na to, że to, co robimy, ma dla kogoś innego oprócz nas samych jakąś wartość.

 

Czy uważasz się więc za jednego z twórców popkultury?

Oczywiście, że tak! (śmiech). Szczególnie, jeśli chodzi o moją codzienną pracę, którą wykonuję poza muzyką, czyli postprodukcję dźwięku w reklamach.

 

Oprócz grania tworzysz też własną muzykę z gatunku hip-hopu. Jak myślisz, czy launchpady zastąpią kiedyś instrumenty?

Rzeczywiście, hip-hop to gatunek muzyczny najbliższy mojemu sercu. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że wychowałem się na tej muzyce. Urodziłem się w Nowym Jorku na początku lat 90., mam nawet jakieś nagrania na VHS-ie, jak tańczę jako 3-latek do piosenki Snoop Dogga „Gin and Juice”. Moją największą inspiracją jest DJ Premier, więc jestem, można by powiedzieć, freak fanem boom bapu. A jeśli chodzi o launchpady, to mam nadzieję i wiem, że nie zastąpią instrumentów. To po prostu nigdy nie będzie to samo. Przez ostatnie dekady technologia poszła bardzo do przodu i dała nam niesamowite możliwości. Mimo to dla mnie instrument jest przedłużeniem ludzkiej ręki, i to o wiele bardziej dosadnym niż pad. Subtelność brzmienia oraz ilość niuansów, które można zawrzeć, np. grając na gitarze, jest tak przeogromna, że za pomocą pada i komputera możemy się ewentualnie do tego zbliżyć. Nie będzie to nigdy jednak takie samo. Często słyszę na różnych nagraniach w poszczególnych partiach instrumentów prawdziwe ludzkie emocje. Moim zdaniem za pomocą padów nie jesteśmy w stanie przekazać tego w tak wrażliwy sposób. Oczywiście nie jestem jednak konserwatystą. Sam używam padów i jestem ich ogromnym fanem, ale uważam, że najlepszym sposobem jest stosowanie ich jako wartości dodanej do swojej twórczości.

 

Pracujesz w Beat Shop Studio Dźwiękowe i tworzysz brzmienia m.in. do reklam. Jak postrzegasz tę aktywność jako twórczość artystyczną, czy już jako element popkultury?

To jest aktywność, która sprawia, że od jakiegoś czasu czuję się w pewien sposób mocniej związany z popkulturą. Jedno drugiego nie wyklucza. Można uprawiać twórczość artystyczną, która jest zarazem elementem popkultury. Uważam, że to, czym zajmuję się w studiu, czyli tworzeniem dźwięku do filmów różnej maści (od reklam przez seriale, programy telewizyjne, dokumenty, od krótkich po pełne metraże), jest właśnie takim przykładem, czyli twórczością artystyczną, będącą elementem popkultury.

 

Przeglądając twoje profile w mediach społecznościowych, można łatwo zauważyć, że muzyka ma w twoim życiu szczególne miejsce. Czy mógłbyś zdefiniować, czym dla ciebie jest?

Tak, zdecydowanie muzyka w moim życiu ma wyjątkowe miejsce. Jest dla mnie pasją, stylem życia, terapią, sposobem na spędzanie wolnego czasu, odpoczynkiem, relaksem, zakochaniem, cierpieniem, a czasem bywa czymś, co mnie przerasta i potwornie denerwuje.

 

Kolejne pytanie o twoją aktywność w social mediach: angażujesz się m.in. w to, co aktualnie dzieje się w naszym kraju. Jak myślisz, czy Facebook lub Instagram, jako elementy szeroko rozumianej popkultury, to dobre narzędzia do tego, by pokazywać swoje poglądy?

Uważam, że to są genialne narzędzia do tego! Technologia dała nam możliwość bycia

podłączonym do całego świata za pomocą małego urządzenia, które teraz większość ludzi

na świecie ma w kieszeni. Jeśli za jego pomocą, wrzucając kontent do internetu, możemy

dawać przykład, motywować, inspirować, uczyć, wyrażać swoje zdanie i dzielić się nim z

innymi, ale i konfrontować ze sprawami, które w pewnych środowiskach są pomijane lub nieuświadomione, to jest to dla mnie wręcz wstyd, by z tego nie korzystać. Szczególnie jeśli w naszym kraju pojawiają się rzeczy, które wymagają wskazania palcem i zauważenia.

 

Należysz także do zespołu Marceliny, grałeś na największych festiwalach muzycznych, jak Open’er. Jak to jest koncertować na dużej scenie?

Przy tej odpowiedzi muszę powiedzieć kilka zdań o Marcelinie, bo zwyczajnie nie można przejść obok tej postaci obojętnie. Oprócz tego, że Marcelina jest piękną i utalentowaną wokalistką, która tworzy i proponuje ciekawe rzeczy, to jest niesamowicie inspirującym człowiekiem, emanującym wyjątkowo pozytywną i przyciągającą energią. Jest doświadczona życiowo, a dla mnie w wielu sferach życia staje się przykładem do naśladowania. Uczy mnie nieskończonej ilości rzeczy. Jeśli chodzi o te wielkie festiwale i wspomniany tutaj Open’er, to akurat na nim nie miałem przyjemności grać z Marceliną, natomiast kilka lat z rzędu w poprzednich latach grałem tam z moimi innymi zespołami (Eric Shoves Them In His Pockets, New People).

A jak to jest koncertować na dużej scenie? Jeśli w zespole wszyscy kochamy się jak rodzina, mamy przemiłe relacje, wspólne dobre doświadczenia i wspaniały czas, to granie muzyki na żywo jest niezwykłe i wyjątkowe. Próbuję wtedy zapamiętać każdą sekundę spędzoną na scenie w takiej atmosferze, żeby móc to potem wspominać na starość. Co do samego grania na dużej scenie to wiadomo, że to jest ZAJEBISTE! Super się gra dla dużej liczby osób, szczególnie kiedy wszyscy cieszą się na twój widok. Do tego dochodzi zazwyczaj poważny sound system, który tylko dodaje mocy do grania i odbioru muzyki. Muszę jednak też tutaj zaznaczyć, że uwielbiam grać malutkie koncerty w ciasnych przestrzeniach. Są tak naprawdę i wbrew pozorom o wiele trudniejsze, ponieważ przez bliskość ludzi i intymność atmosfery widzimy i czujemy o wiele więcej, co często wpływa na nasze emocje i zaangażowanie podczas grania.

 

Gdybyś miał wybierać między pracą w studiu a na scenie, którą opcję byś wybrał?

To jest trudne pytanie i uważam, że trochę nietrafione. Kiedy obserwujemy różnych artystów lub ludzi zaangażowanych w branżę muzyczną, to bardzo duży procent oprócz tego, że gra muzykę (zazwyczaj w kilku składach naraz), to jeszcze produkuje, prowadzi studio nagraniowe, jest lutnikami, nauczycielami muzyki etc. Próbując jednak po części odpowiedzieć na to pytanie, mogę powiedzieć, że praca w studiu, np. reklamowym, jest o wiele stabilniejsza od grania muzyki. Granie to raczej sezonowy zawód i czasami trudno ocenić, ile się zagra koncertów. W studiu reklamowym praca jest w zasadzie cały czas. Dla mnie połączenie obu tych sfer jakiś czas temu stało się bardzo logiczne, a szczególnie rozwojowe pod kątem producenckim i muzycznym/artystycznym.

 

Jak sądzisz, czy w dobie popkultury muzyka może być sposobem na życie?

Oczywiście, że tak! Otaczają nas przecież tego żywe przykłady.

 

Co poradziłbyś osobie, która chciałaby rozpocząć tworzenie własnej muzyki, ale nie wie, od czego zacząć?

Zacząłbym od znalezienia instrumentu, który do takiej osoby najbardziej przemawia. No i oczywiście jego kupna. Niech gra i robi swoje. Naprawdę! To brzmi co prawda banalnie, ale tak jest. W dzisiejszych czasach ludzie za bardzo myślą o tym, co ktoś sobie pomyśli o tym, co się robi. Mamy skłonności do nadinterpretacji rzeczywistości, a najlepiej jest po prostu robić to, co się czuje, i przy okazji dodatkowo w to wierzyć i nad tym pracować. Prędzej, czy później będą z tego takie czy inne owoce.

 

Na koniec dokończ zdanie: gdyby nie muzyka, w swoim życiu zajmowałbym się…

Nie ukrywam, że podoba mi się to pytanie! (śmiech). Gdyby nie muzyka, zajmowałbym się pracą z głuchymi. Tak! Jako człowiek, który jest poddany cały czas dźwiękom i muzyce, zawsze fascynowali mnie ludzie, którzy są pozbawieni zmysłu słuchu. Najbardziej przyciąga mnie do nich ich odrębny język i kultura. W Polsce (nie wiedzieć czemu) ludzie żyją w przekonaniu, że głusi (nie głuchoniemi – głusi nie lubią, jak się ich tak nazywa) to osoby niepełnosprawne. Nie! To jest odrębna kultura, która powstała na przestrzeni wieków i tworzyła swój język oraz zwyczaje – tak jak Ślązacy czy Kaszubi. Na studiach miałem przyjemność uczęszczać na podstawy PJM (Polskiego Języka Migowego). W języku migowym jest podział na kraje i języki. Niestety przez natłok innych obowiązków nie kontynuowałem nauki PJM, więc tylko potrafię zamigać jakieś podstawowe słowa i zdania.

 

Rozmawiała Anna Sydorczak


Dodaj komentarz