Jak cię widzą, tak cię piszą?

Ty to masz fajne życie. Tyle w nim robisz… Widzę to po twoich zdjęciach na Instagramie. Jeździsz co pół roku za granicę, zawsze do innego kraju, spędzasz czas w fajnych miejscach, spotykasz się ze swoimi przyjaciółmi, twoje życie towarzyskie kwitnie. Też tak chcę! 

Takie słowa usłyszałam kiedyś od znajomej. Pomyślałam wtedy: No tak, jeżdżę za granicę na konferencje, ale jakim kosztem – okrutnie boję się latać! Owszem, spędzam czas w fajnych miejscach, ale dosyć rzadko w porównaniu do tego, ile czasu spędzam w mieszkaniu, a ze swoimi przyjaciółmi spotykam się tylko raz na jakiś czas, bo nigdy nie możemy dopasować wspólnego grafiku. 

Tak wygląda moje normalne życie, ale ile z niego sama pokazuję? I jaką jego stronę? Dopiero niedawno zdałam sobie sprawę, że, podobnie jak wielu innych ludzi, kreuję swoje życie w mediach społecznościowych tak, by wyglądało chociaż w jakimś stopniu na idealne. Selfie w nieskazitelnym makijażu, wystudiowana poza, by wyglądać jak najszczuplej i odpowiednio ułożone jedzenie to zwyczajne naśladowanie tego, co kiedyś mignęło nam u kogoś na profilu – wszystko po to, by nie wypaść przy kimś innym „blado”.

„Social media seriously harms your mental health”

Wiele gwiazd i innych influencerów posiada właśnie taki napis na swojej obudowie, jednocześnie chętnie pozując w lustrze z torebką Prady okraszoną licznymi elementami biżuterii na palcach. Niby ma to na celu zwrócenie uwagi na problem nadużywania mediów społecznościowych, ale w sumie czemu nie zrobić sobie przy okazji modnego zdjęcia?

Miał być przekaz, ale jakoś tak sztucznie wyszedł. A okazuje się, że 30 minut dziennego przeglądania cudzych zdjęć na portalach społecznościowych wystarczy, by uznać się w stosunku do innych kobiet za mniej atrakcyjną. 30 minut?! Większość dziewczyn (w tym niechlubnie przyznając się, ja) spędza na Instagramie co najmniej dwie godziny dziennie. Jak mówią statystyki przeprowadzone dla serwisu attn.com, 9 na 10 nastolatek nie jest zadowolonych ze swojego wyglądu właśnie ze względu na porównywanie siebie do koleżanek ze zdjęć dysponujących „idealną” figurą klepsydry. Tak naprawdę wystarczy znać pozy, w których dobrze wygląda się na zdjęciach i odpowiedni kąt ich robienia, by wyszły jak najlepiej. I nie będzie tu nawet potrzebny żaden Photoshop ani Lightroom.

Przejmujemy myślenie

Emma Hope Allwood w jednym ze swoich artykułów przyznała, że złapała się ostatnio na dziwnej rzeczy. Myślała o kimś, z kim zaczęła się spotykać. Zaczęła sobie wyobrażać, jak wyglądałyby ich wspólne randki, ale także to, jak wspólnie… wyszliby na zdjęciu w jej Instastories. Autorkę to zszokowało – mnie szczerze mówiąc już nie. Powracamy znowu do punktu wyjścia, czyli kreowania siebie w sieci. Alwood myślała nie tylko o wspólnych wyjściach, randkach i codzienności, która miała stać się ich nową rzeczywistością. Ona już planowała, jak będzie wyglądał jej nowy feed oraz to, jak odebrany zostanie przez jej obserwatorów.

Uwielbiamy lajki – dużą ilość lajków – i poczucie, że ktoś to widzi i nam zazdrości. Że znów pokazujemy, jakie mamy ciekawe życie, jak dużo w nim robimy, że przed nami kolejny „secret project”, który i tak finalnie nigdy nie powstanie. Lubimy być chwaleni, ale tak naprawdę nie przekłada się to na żaden realny efekt. Pamiętacie pierwszy odcinek trzeciego sezonu netflixowego serialu „Czarne lustro”, zatytułowany Nosedive? Tam, gdzie każdą czynność trzeba było oceniać gwiazdkami w skali od 1 do 5? Sądzę, że w dobie rozwijającego się i zyskującego popularność Instagrama to bardzo prawdopodobna do spełnienia wizja przyszłości. I tak już robimy wszystko, by stać się popularniejsi, mieć jak największą ilość followersów. Wszystko po to, by zaspokoić swoją dumę i próżność.

Piękniej, szczuplej, więcej

Ostatnio trafiłam na profil swojego rodzaju instagramowej „mentorki”, która prowadziła na swoim koncie warsztaty poświęcone tworzeniu spójności profilu. W filmikach opowiadała o tym, jakie zdjęcia ze sobą zestawiać, a jakie nie, że bardzo dużo użytkowników wstawia mało spójne kolorystycznie posty, że za mało hasztagów, że szanujący się profil musi mieć co najmniej ponad tysiąc obserwatorów. Ale… po co? Do czego nam tak śpieszno? Do ludzi, których w znacznej części nigdy nie zobaczymy na żywo, nie mówiąc o poznaniu czy rozmowie z nimi? Dlaczego wszyscy wokół wmawiają nam, że ma się dla nas liczyć opinia osób, których tak naprawdę nie znamy? Kiedy Instagram robił „czystki” nieaktywnych kont, nic bardziej nie zabolało influencerów, jak malejące cyferki w statystyce ich rzekomych odbiorców. Skarżyli się więc tabunami. Narzekali nawet sami celebryci, że ich zasięgi zostały ograniczone. Instagram w końcu uległ i przywrócił wszystkim roszczeniowym osobom ich liczby. W przestrzeni sieci znów choć na chwilę zagościł ład i porządek hierarchii mniej i bardziej wpływowych.

Jak się przed tym chronić? Jak nie zostać kolejną modelką z Insta lub, jak kto woli, dziewczyną z sąsiedztwa, która prowadzi swoje konto jako „publiczny pamiętnik” i co pięć minut wrzuca zdjęcia tego, co przed chwilą zjadła? Odpowiedź jest jedna: tylko najwytrwalsi dadzą radę i pozostaną przy swoich autentycznych ujęciach własnej wizji świata.

Anna Sydorczak


Dodaj komentarz