Kto i co chciał ugrać na marcu 1968?

Ostatnio światem polityki wstrząsnął konflikt polsko-izraelski. Poszło o niełatwą wspólną historię obu narodów. I rzeczywiście – jest ona pełna kryzysów. Tak się składa, że okrągłą rocznicę jednego z tych dramatycznych momentów obchodzimy w tym miesiącu.

Było to w dwunastym roku rządów Władysława Gomułki. I sekretarz partii, który władzę obejmował w atmosferze przełomu i nadziei na lepsze czasy, zdążył stać się dla większości Polaków symbolem znienawidzonej rzeczywistości. Momentem, w którym przelała się czara goryczy, był właśnie słynny marzec ’68.

Połowa lat sześćdziesiątych to był niespokojny czas na świecie – USA pogrążone były w wojnie wietnamskiej i związanymi z nią niepokojami społecznymi; krajami zachodnimi wstrząsały wielkie protesty studenckie; z kolei na Bliskim Wschodzie Izrael stoczył zwycięską wojnę (tzw. sześciodniową) z Egiptem i innym krajami arabskimi.

I to właśnie pokłosiem tego ostatniego faktu były wydarzenia nad Wisłą. Kraje bloku wschodniego (w tym ówczesna PRL) zgodnie ze swoją doktryną poparły w wojnie sześciodniowej państwa arabskie. Część z nich szła bowiem w kierunku tzw. socjalizmu arabskiego, poza tym Moskwa w miała w tym swój interes ekonomiczny; Izrael z kolei symbolizował imperialistyczne zło, a sami Żydzi kojarzeni byli z największymi majątkami kapitalistów. Sytuacja była więc jednoznaczna: Żydzi – źli, Arabowie – dobrzy.

Żądza władzy
Antyżydowskie nastroje szybko dotarły na polski grunt. W efekcie wkrótce po kraju rozlała się fala nienawiści wymierzona w przedstawicieli „narodu wybranego”. Podczas specjalnie zwoływanych wieców działacze partyjni z różnych stron kraju atakowali przedstawicieli mniejszości żydowskiej, której, wbrew pozorom, był po II wojnie światowej w Polsce nadal całkiem znaczny odsetek.

W tym samym czasie objawiła się w Polsce grupa, która postanowiła ugrać coś dla siebie na tej antyżydowskiej atmosferze. Mowa o tzw. partyzantach – frakcji prawicowej w łonie partii komunistycznej (jakkolwiek absurdalnie to nie brzmi). Na ich czele stał przebiegły i żądny władzy Mieczysław Moczar, a sama nazwa brała się od partyzanckiej przeszłości liderów grupy z czasów wojny.

Członkowie tej grupy wiedzieli dobrze, że znaczna część ówczesnego kierownictwa partii ma korzenie żydowskie. Należało więc skierować główną część antyżydowskiego „hejtu” właśnie na te osoby, a następnie… wskoczyć na ich miejsce, zdobywając nowe wpływy w partii. Kulminacją miało być przejęcie przez partyzantów pełni władzy. Prawda, że brzmi jak niesamowicie sprytny plan?

Do Syjonu!
Los sprzyjał Moczarowi. W styczniu 1968 w Warszawie wystawiano cieszące się popularnością mickiewiczowskie „Dziady” w reżyserii Kazimierza Dejmka. Już podczas pierwszych przedstawień młoda publiczność reagowała najżywiej, gdy ze sceny padały antyrosyjskie aluzje. To oczywiście bardzo nie spodobało się władzy, która już po czterech spektaklach nakazała ściągnąć sztukę z afisza. To z kolei wywołało protesty studenckie, które rozlały się po Warszawie i innych miastach kraju.

Przy tłumieniu studenckich wystąpień użyto przemocy, co tylko wzmogło emocje. Momentalnie w łonie partii pojawiły się zarzuty, że za całą sprawę odpowiadają – wiadomo – Żydzi. Zaczęło się więc szukanie konkretnych winnych. Masowe wyrzucanie z pracy osób pochodzenia żydowskiego dotknęło przede wszystkim warstwę inteligencji. Z uczelni zwolniono wówczas m.in. Leszka Kołakowskiego i Zygmunta Baumana. Tysiące osób pochodzenia żydowskiego zostało także zmuszonych do emigracji z Polski.

Ofiarami byli również dwaj młodzi studenci Uniwersytetu Warszawskiego – Adam Michnik i Henryk Szlajfer. Obaj spełniali dwa podstawowe warunki, by stać się wielkimi wrogami władzy – byli antykomunistami i legitymowali się semickim rodowodem. Ich wyrzucenie z uczelni szczególnie wzmogło protesty studentów.

Plan Moczara nie w pełni udało się jednak wcielić w życie – wkrótce sami komuniści zrozumieli, że posunęli się nieco za daleko. Ataki na społeczność żydowską (wyrażane choćby słynnymi hasłami typu: „Syjoniści do Syjonu, studenci do nauki!”) doprowadziły do tysięcy dramatów ludzkich i rodzinnych. To wszystko zaczynało coraz bardziej niepokojąco przypominać mroczne czasy okupacji…

Mieczysław Moczar nie zrealizował ambicji swego życia – nie udało mu się stanąć na czele partii. Po dwóch latach Gomułka został co prawda odsunięty (po krwawych rozruchach na Wybrzeżu), ale zastąpił go ktoś z zupełnie innej bajki – Edward Gierek. Sam Moczar zaś z biegiem lat tracił kolejne stanowiska i wpływy. Ostatecznym ciosem było zesłanie go na – tylko teoretycznie istotne – stanowisko prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Znaczyło to tyle, że od tej pory to właśnie Moczar jest pod ścisłą kontrolą partyjnej „góry”.

W cieniu Marca
Czego uczy nas niezwykle ponura historia marca 1968? Z pewnością tego, że drzemią w nas, jako narodzie, skrywane pokłady nienawiści względem inności. I nie jesteśmy tu żadnym wyjątkiem. Nasz problem z Żydami bierze się zapewne stąd, że przez wieki była to nacja, z którą najczęściej się stykaliśmy. Swego czasu na stałe wtopili się oni w polski krajobraz, tworząc bardzo liczną mniejszość; i zachowując przy tym elementy swojej odrębnej kulturowej tożsamości. To rzucało się w oczy i irytowało część społeczeństwa.

Pozostałości po tej, często podświadomej, niechęci tkwią w nas do dziś. Najwyższy czas, by podjąć z nimi walkę. Choć jak zgodnie twierdzą eksperci, zwalczenie ksenofobii jest niezwykle długotrwałe i wymaga udziału co najmniej kilku pokoleń, to jednak wydaje się być to proces konieczny. To bowiem nic innego jak naturalny proces ewolucji. Poza tym inaczej nie będziemy mogli mieć pretensji, gdy jakaś odrębna nacja żywić będzie niechęć do Polaków, tylko dlatego, że jesteśmy… inni.


Dodaj komentarz